Henry Cavill gościem Yoli



Henry Cavill chciał być Bondem, ale wyścig o rolę wygrał Daniel Craig . Dziś Cavill jest pełen uznania dla kolegi a sam pojawia się w filmie "Immortals. Bogowie i herosi 3D" oraz pracuje by wiarygodnie oddać na ekranie postać Supermana. Cavill to pierwszy Brytyjczyk, który wciela się w Człowieka ze stali. O tych wszystkich rolach aktor mówi w, przeprowadzonym specjalnie dla Stopklatki, wywiadzie, którego udzielił naszej hollywoodzkiej korespondentce Yoli Czaderskiej-Hayek .

Yola Czaderska-Hayek: Kilka lat temu magazyn "Empire" nadał Ci tytuł najbardziej pechowego aktora w Hollywood. Ominęły Cię role Bonda, Batmana, Edwarda Cullena... Teraz jednak szczęście się do Ciebie uśmiechnęło. Zagrałeś Tezeusza w filmie "Immortals. Bogowie i herosi", a teraz wcielasz się w Supermana.

Henry Cavill: Zgadzam się, że to niesamowite szczęście, ale chciałbym najpierw sprostować kilka rzeczy. To nieprawda, że ubiegałem się o rolę Batmana . Nie byłem ani na żadnym castingu, ani na zdjęciach próbnych. Z nikim nawet na ten temat nie rozmawiałem! Nie mam pojęcia, jak narodziła się ta plotka. Tak samo jest ze "Zmierzchem" . Podobno kiedyś, zanim jeszcze powstał pierwszy film, autorka powieści powiedziała o mnie: "Byłby idealny jako Edward Cullen" i to wszystko, co mi wiadomo na ten temat. Inna sprawa, że byłem wtedy o wiele młodszy i wyglądałem troszeczkę inaczej. Nie jestem pewien, czy dzisiaj autorka nadal widziałaby mnie w tej roli.

Bonda jednak się nie wyprzesz. Brałeś udział w castingu.

Tak, zgadza się. Oczywiście to nie było przyjemne, kiedy mi powiedzieli "Nic z tego". Wiązałem z tą rolą spore nadzieje. Ale potem zobaczyłem, jak fantastycznie w Bonda wcielił się Daniel Craig. I stwierdziłem, że dobrze się stało. Nasz zawód polega na opowiadaniu, na przekazywaniu historii i jeśli ktoś robi to naprawdę świetnie, to żaden wstyd z nim przegrać.

Czy udział w wyścigu do roli Supermana kosztował Cię sporo nerwów?

Zdziwisz się, ale nie. Do castingów z reguły staram się podchodzić bez emocji i nie nastawiać się na zbyt wiele. Inaczej można byłoby umrzeć z frustracji, wyczekując na telefon. W dziewięciu przypadkach na dziesięć dostaje się odpowiedź odmowną, to jest po prostu normalna część pracy aktora, choć zapewne nie wszyscy lubią po tym mówić. A po doświadczeniu z Bondem wiem, ile nerwów kosztuje odmowa. Dlatego startując do roli Supermana, nie robiłem sobie jakichś wielkich planów. To po prostu był kolejny casting, na który trzeba było pójść, zaprezentować się jak najlepiej, a potem zapomnieć o wszystkim i nie zadręczać się oczekiwaniem. Dlatego na początku nie mogłem uwierzyć, kiedy do mnie zadzwonili i powiedzieli, że dostałem tę rolę. Skakałem z radości po całym domu jak dziecko.

W "Immortals" grasz herosa z mitów greckich, a w nowym "Supermanie" [film nosi tytuł "Man of Steel" - Y. Cz.-H.] superbohatera. Który z nich wydaje Ci się bliższy?

O, to ciekawy dylemat: czy lepiej byłoby mieć supermoce, czy dar nieśmiertelności? Prawdę powiedziawszy, nieśmiertelność nigdy mnie jakoś nie pociągała. To z pewnością atrakcyjna idea dla kogoś, kto boi się śmierci czy starości. Ja jednak nie wyobrażam sobie nieskończonego życia na tym smutnym świecie, którym bez przerwy wstrząsają kolejne wojny czy kataklizmy. Dziękuję uprzejmie, niech sobie z tymi problemami radzą kolejne pokolenia. Nieśmiertelność raczej bym sobie odpuścił, pozostają więc supermoce. Mi to pasuje, nie mam nic przeciwko.

Ale Superman też jest nieśmiertelny.

Tego wcale nie wiadomo. Zdania są podzielone.

W "Immortals" bardzo dobrze wyglądasz, aż miło popatrzeć. Podejrzewam, że przed rozpoczęciem zdjęć musiałeś nieźle popracować w siłowni.

Owszem. Poznałem nową metodę ćwiczeń, nazywa się tabata. Słyszałaś o niej?

Nie. Na czym polega?

Pochodzi z Japonii. Polega na wykonywaniu jak największej liczby powtórzeń przy minimalnym wypoczynku. W jednym bloku wykonujesz sto powtórzeń w czterech seriach po dwadzieścia pięć, z czego każda to inne ćwiczenie. Po każdej serii masz czas na zrobienie ośmiu oddechów - to się liczy jako odpoczynek. Nie ma przerw między blokami. Jak zrobisz sto powtórzeń, znowu masz czas na osiem oddechów i zaczynasz następny blok.

Ile takich bloków byłeś w stanie zrobić?

Przeciętnie robi się cztery bloki. Ja doszedłem do pięciu, ale przyznaję z ręką na sercu, że potem nie miałem siły się ruszyć. Tabata jest potwornie wyczerpująca, ale z drugiej strony daje niesamowitą satysfakcję. Krew, pot i łzy naprawdę się opłacają, bo potem człowiek zyskuje fantastyczną kondycję.

Do roli Supermana też tak intensywnie ćwiczyłeś?

Nie, przygotowania do "Immortals" i "Man of Steel" to dwie różne sprawy. Rola Tezeusza wymagała ode mnie szczupłej sylwetki i wytrzymałości. Superman zaś to przede wszystkim większa waga i więcej masy mięśniowej. Dlatego przed rozpoczęciem zdjęć do "Człowieka ze stali" głównie wyciskałem sztangę w siłowni. Im więcej kilogramów, tym lepiej.

Mickey Rourke opowiadał, że trenując do roli króla Hyperiona, zażywał sterydy, żeby przybrać na wadze. Ty też używałeś wspomagaczy?

Nie. Wychodzę z założenia, że nic nie daje większej satysfakcji niż własna, ciężka praca. Kiedy człowiek przechodzi przez cały ten młyn, kiedy dochodzi niemalże do kresu własnych możliwości, kiedy myśli sobie: "Już nie dam rady", kiedy marzy tylko o tym, by rzucić wreszcie te ciężary, ale zamiast się poddać, robi jeszcze jedną serię z jeszcze większym obciążeniem i potem, po ośmiu miesiącach takiej harówki, może spojrzeć w lustro i stwierdzić, że jednak warto było - nie da się tego porównać z niczym innym. Tego poczucia, że wygląd i formę zawdzięcza się samemu sobie, własnemu wysiłkowi i zaangażowaniu. Oczywiście nie twierdzę, że ludzie, którzy zażywają sterydy, idą na łatwiznę. Oni też muszą się ciężko napracować. Sterydy jedynie wspomagają przyrost mięśni, ale nie sprawiają, że człowiek z dnia na dzień będzie wyglądał jak kulturysta. Trzeba odsiedzieć swoje w siłowni. Nie mam nic przeciwko sterydom... tylko że jakoś czuję większą satysfakcję, wiedząc, że poradziłem sobie bez nich.

Ćwiczysz nieprzerwanie od ośmiu miesięcy?

Tak, pół roku zajęły przygotowania do "Immortals", a następne dwa - do "Man of Steel". Przez ten czas zdążyłem juz przybrać na wadze dziesięć kilo!

Zacząłeś w kwietniu?

Na przełomie marca i kwietnia. Moim trenerem jest Mark Twight, facet, który założył fitness klub Gym Jones [Twight trenował również obsadę filmu "300" - Y. Cz.-H.]. Rewelacyjny instruktor. Bez przerwy doskonali swoje metody, poszukuje nowych rozwiązań. Nienawidzi rutyny, ponieważ w trakcie ćwiczeń, kiedy ciało podlega nieustannym zmianom, trzeba stymulować mięśnie na rozmaite sposoby. Zmienia się również zapotrzebowanie na kalorie. Inaczej wygląda trening, kiedy na przykład chcesz przybrać na wadze, powiększyć masę mięśniową, a inaczej, kiedy zależy Ci na uzyskaniu szczupłej, wysportowanej sylwetki. Można również łączyć obydwa te programy i przez pewien czas stosować dietę wyszczuplającą, a potem wrócić do powiększania masy. Cały ten proces jest niesamowicie skomplikowany i trochę się bałem, że czeka mnie orka na ugorze, ale Markowi udało się zachęcić mnie do ćwiczeń i w gruncie rzeczy miałem w siłowni sporo zabawy. Znajomi ostrzegali mnie, że intensywny trening uzależnia i potem ciężko przestać. I coś jest chyba na rzeczy, bo "Immortals" dawno już skończyliśmy, a ja ciągle ćwiczę (śmiech).

Lepiej być zdrowym i wysportowanym niż chorym i niedołężnym?

To też, ale kondycja przydaje się przede wszystkim w pracy. Realizacja "Immortals" była wyczerpującym zadaniem. Przez pięć dni w tygodniu spędzaliśmy na planie po czternaście, piętnaście godzin. Szczególnie trudne były sceny walki, które trzeba było powtarzać w nieskończoność. Dosłownie padaliśmy na twarz ze zmęczenia. Trzeba było nieraz żelaznej odporności - i to nie tylko fizycznej, ale także psychicznej - żeby to wszystko wytrzymać. Wyobraź sobie na przykład, że jest piątek, sterczysz na planie od jedenastu godzin, masz już wszystkiego dość, po czym reżyser mówi: "Dobrze, to zróbmy jeszcze jeden, ostatni dubel". Przy czym hasło "ostatni dubel" słyszysz już piąty czy szósty raz. Spróbuj w takiej sytuacji nie oszaleć. Naprawdę nie jest łatwo. Na szczęście dzięki dobrej formie można przetrwać takie kryzysy. I nakręcić jeszcze ten jeden nieszczęsny dubel.

Tak z ciekawości: jaki masz sposób na odpoczynek po takim ciężkim dniu?

Ojej, kiedy ja ostatnio miałem czas na odpoczynek?... Nie pamiętam. Zdążyłem zapomnieć, jak to jest, kiedy nie ma się nic do roboty. Z reguły, kiedy nie jestem na planie albo nie przygotowuję się do kolejnej roli, robię najzwyklejsze rzeczy. Chodzę na spacery. Spędzam czas z rodziną i przyjaciółmi. Po prostu. Przy moim obecnym trybie pracy raczej nie mogę sobie pozwolić na jakieś większe formy aktywności. Kiedy człowiek codziennie ćwiczy w siłowni i spędza na planie kilkanaście godzin, to potem nie ma siły na nic. Marzy tylko o tym, żeby poleżeć i nic nie robić. To jest najpiękniejsza forma spędzania wolnego czasu, jaką można sobie wtedy wyobrazić. Oczywiście nie trwa to wiecznie. Po skończonych zdjęciach, kiedy już udaje mi się nabrać sił, zaczynam się nudzić. I wtedy najchętniej wróciłbym do pracy, zajął się czymś konkretnym. Zaczynam czytać scenariusze, wyobrażam sobie bohaterów kolejnego filmu. Mówiąc krótko, kiedy mam wolny czas, po prostu ładuję akumulatory. Nic więcej.

Podejrzewam, że w porównaniu z "Immortals" kręcenie "Supermana" to dla Ciebie relaks.

Można tak powiedzieć, choć oczywiście pojawiają się wyzwania innego typu. Sporo scen kręcimy na tle zielonego ekranu. Trzeba więc wysilić wyobraźnię, żeby wiarygodnie wypaść w filmie. Na szczęście nie są to sytuacje typu "Udawaj, że ta piłeczka pingpongowa to w rzeczywistości T-rex, który chce cię pożreć". Większość dekoracji istnieje fizycznie, a nie tylko w komputerze, można ich dotknąć. Nie gramy w całkowitej próżni.

No i pewnie latasz uwieszony na uprzęży?

Oczywiście! Ale to mi akurat zupełnie nie przeszkadza, choć między nami mówiąc, uprząż czasem potwornie uwiera i potem człowiek ma siniaki na całym ciele. Mówi się trudno, zaciskam zęby. Jeśli tylko dzieje się to z korzyścią dla filmu, to nie mam nic przeciwko lataniu na uprzęży.

Jak wysoko Cię podwieszają?

Na jakieś dziesięć, piętnaście metrów. Mówię Ci, jest fajnie.

Jakie to było uczucie, założyć po raz pierwszy kostium Supermana?

Nie do opisania. Naprawdę. To znaczy, oczywiście nie wyglądało to w ten sposób, że przyszedłem na plan, włożyłem gotowy kostium i już. Najpierw trzeba było przejść etap projektowania poszczególnych elementów, nanoszenia poprawek, dopasowywania całego stroju do mojej sylwetki. Ale w końcu przyszedł ten dzień, kiedy dostałem do przymierzenia pierwszy prototyp kostiumu. Podczas zakładania stałem tyłem do lustra, nie chciałem w ogóle na to patrzeć, dopóki strój nie będzie w całości na mnie leżał. Po czym odwróciłem się i... To była jedna z tych chwil, których nie zapomnę do końca życia. Miałem na sobie kostium Supermana! I nawet czułem się jak Superman. Wydawało mi się, że wystarczy lekko odbić się od podłogi, żeby poszybować. Wspaniały, niesamowicie ekscytujący moment.

Po raz pierwszy w historii Brytyjczyk gra ikonicznego bohatera Ameryki. Nie obawiasz się reakcji widzów?

Obawiam się, i to jak! Z jednej strony to jest niesamowity zaszczyt i przyjemność, móc zagrać tak sławną i popularną postać. A z drugiej to potworne wyzwanie i olbrzymi stres. Superman to wcielona doskonałość, nie ma wad. Niezwykle trudno zagrać kogoś takiego. Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań widzów.



[Yola Czaderska-Hayek]