Tom Hardy gościem Yoli



Pamiętamy go z "Bronsona"  i "Incepcji", a lada moment zobaczymy w "Szpiegu". Dziś Tom Hardy  to gorące nazwisko. To jemu Christopher Nolan  powierzył rolę Bane'a w "Mroczny Rycerz Powstaje", a George Miller  zaprosił do udziału w nowym "Mad Maksie". Yoli Czaderskiej-Hayek  aktor opowiada o swojej pracy nad nowymi rolami, w tym nad bokserskim "Warrior".

Yola Czaderska-Hayek: W "Szpiegu" Tomasa Alfredsona grasz "łowcę skalpów", czyli faceta, który uwodzi piękne dziewczyny, żeby werbować je do współpracy z brytyjskim wywiadem. Właściwy człowiek na właściwym miejscu!

Tom Hardy: Dziękuję (śmiech), ale chyba trochę przesadzasz.

Dlaczego? Chyba mi nie powiesz, że dziewczyny nie lecą na Ciebie!

Wbrew pozorom różnie bywa. Wszystko zależy od tego, w jakim filmie akurat występuję i co przy tej okazji zrobią ze mną charakteryzatorzy. Kiedy grałem w "Bronsonie", ludzie bali się do mnie podejść na ulicy. Pamiętasz, jak wtedy wyglądałem? Napakowany, łysy facet z wielkim wąsem. Moja była dziewczyna [Rachael Speed - Y. Cz.-H.] była wtedy w ciąży. Kiedy szliśmy razem na spacer, wyglądaliśmy przedziwnie (śmiech). Przez te wąsy kobiety zaczęły mnie traktować jak dobrego wujaszka, kogoś w rodzaju Świętego Mikołaja. Raczej nie groziło mi, że któraś na mnie poleci. Z kolei, kiedy grałem bezdomnego [w filmie telewizyjnym "Stuart. A Life Backwards"  - Y. Cz.-H.], ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać, jakby instynktownie wyczuwali, że coś jest ze mną nie tak. Podobnie z rolą Tommy'ego w "Warrior" - rodzina i znajomi zaczęli mnie wypytywać, co się stało, dlaczego tak źle wyglądam. A mi się wydawało, że z wyglądem akurat nie miałem problemów, bo to kolejny film, do którego musiałem ostro trenować! Tyle że Tommy to bardzo nieszczęśliwa postać. No i ten jego smutek jakoś mi się udzielił.

Teraz znowu przybrałeś na wadze. Grasz Bane'a w nowym filmie Christophera Nolana, "Mroczny Rycerz Powstaje".

No tak. Kolejny napakowany facet. Brutalny, wredny brzydal, który nie czuje bólu. I to chyba kolejna postać, od której coś przejąłem. Nie tak dawno moja narzeczona [Charlotte Riley, której Tom Hardy oświadczył się w ubiegłym roku - Y. Cz.-H.] przywaliła mi w nocy łokciem, bo za bardzo chrapałem. Nie da się nie chrapać, kiedy człowiek tyle ćwiczy w siłowni. Przyłożyła mi z całej siły, a ja nic nie poczułem! Obudziłem się tylko i spytałem odruchowo: "Co, trzeba zajrzeć do małego?" [Hardy wychowuje trzyletniego syna, Louisa - Y. Cz.-H.]. Niesamowite. Kiedy człowiek ma na sobie tyle mięśni, rzeczywiście nie czuje bólu. Ale powiem Ci szczerze, że chciałbym już wrócić do dawnej wagi. Ważę teraz piętnaście kilo więcej! Patrzę w lustro i... to nie jestem ja!

Czy stałeś się równie agresywny, co Bane?

Nie, agresja to uczucie mi całkowicie obce. Nie jestem z tych, co się lubią bić, tylko z tych, co siedzą w domu i oglądają razem z dzieckiem "Strażaka Sama".

Trudno w to uwierzyć, kiedy patrzy się na Ciebie w "Bronsonie".

Ale na tym właśnie polega aktorstwo! Wydaje mi się, że jestem dość dobrym obserwatorem i umiem odtworzyć cudze zachowanie. Tak właśnie zrobiłem w "Bronsonie", grając tego faceta w więzieniu. Chodziło o to, żeby całkowicie stać się kimś innym, żeby zniknąć za swoją rolą. Swoją drogą, to przedziwny film, niemożliwy do zdefiniowania, bardziej zbiór scenek niż zwarta opowieść. Ale wyjątkowo go lubię, bo to właśnie dzięki niemu po raz pierwszy zwrócili na mnie uwagę w Ameryce. Zacząłem dostawać kolejne propozycje, tylko dziwnym trafem za każdym razem oferowano mi role agresywnych, lekko szalonych typów (śmiech). Nie narzekam. Zawsze to jakieś wyzwanie.

A potem ukradłeś wszystkim show w "Incepcji".

To przede wszystkim zasługa Christophera Nolana. Zaufał mi, zainwestował we mnie i obsadził w potężnym, niezmiernie ważnym projekcie. A teraz, przy okazji "Mrocznego Rycerza..." robi to drugi raz. Jestem mu za to niesamowicie wdzięczny. Ten facet to prawdziwy geniusz i jeśli na planie poprosi mnie o cokolwiek związanego z filmem, to zrobię to bez wahania. W sekundę! To dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem. I będę o tym pamiętał.

Fani Batmana mają spore oczekiwania związane z postacią Bane'a. Podejrzewam jednak, że wkrótce znajdziesz się pod jeszcze większą presją jako Mad Max.

Nawet mi nie mów! Zdjęcia jeszcze się nie zaczęły, a ja już nie mogę przestać o tym myśleć. Mad Max, podobnie jak Batman, to postać, którą wszyscy znają. I wiem, że nie mogę zanadto przeszarżować, muszę się trzymać wizerunku z poprzednich części. Ciśnienie jest rzeczywiście ogromne. Na szczęście "Fury Road"  reżyseruje George Miller, który nakręcił wszystkie poprzednie części, więc w razie wątpliwości będę miał kogo spytać o radę. Na plan wchodzimy w kwietniu przyszłego roku, choć na razie nie wiadomo, jak wszystko się potoczy, bo pojawiły się niespodziewane komplikacje. W Australii, jak wiesz, nastąpiły w tym roku rekordowe opady deszczu. Dla przyrody, dla środowiska to świetnie, ale dla nas trochę gorzej. Bo nagle zniknęły gdzieś te wszystkie pustynne, apokaliptyczne plenery, a na ich miejscu pojawiły się piękne, bujne łąki pełne kwiatów. A wyobrażasz sobie "Mad Maxa" na łące?

Za nic w świecie.

No właśnie. Dlatego George razem z producentami muszą podjąć decyzję, co dalej. Dotąd zależało im na nakręceniu "Fury Road" w Australii, bo tam przecież powstały poprzednie części. Ale jeśli nie znajdą odpowiednich plenerów, to nie wiem, co będzie. A czasu jest coraz mniej.

Czy miałeś okazję porozmawiać z Melem Gibsonem  na temat "Mad Maxa"?

Nie, niestety. Nigdy się nie spotkaliśmy. Bardzo żałuję. Ciekaw jestem, co miałby do powiedzenia.

Chciałabym zapytać Cię o Twój tegoroczny film "Warrior", który nie był jeszcze wyświetlany w Polsce. O czym jest ta historia?

Wspominałem już wcześniej o tym filmie. To opowieść o dwóch braciach, którzy z różnych powodów, niezależnie od siebie startują w turnieju mieszanych stylów walki. I oprócz tego, że muszą zmierzyć się ze sobą na ringu, mają też do pokonania dzielące ich konflikty.

Mieszane style walki? A przed chwilą mówiłeś, że nie lubisz się bić.

Bo to prawda. Nie mam natury wojownika, nie należę do ludzi, którzy pod byle pretekstem chcą się bić. A Tommy, bohater filmu, to taki facet, który walkę ma we krwi. Wchodzi na ring i rozwala przeciwnika w paru szybkich ruchach. Z początku producenci chyba nie widzieli mnie w tej roli i wcale im się nie dziwię. Ale dotąd wierciłem im dziurę w brzuchu, aż się w końcu zgodzili. Także Gavin [O'Connor , reżyser filmu - Y. Cz.-H.] długo wojował w moim imieniu. Wierzył, że będę w stanie zamienić się w gościa, dla którego bijatyka jest sensem życia.

Jak wyglądały Twoje przygotowania do tej roli?

Razem z Joelem [Edgertonem  - Y. Cz.-H.], który gra mojego brata, zaczęliśmy trening na dwa miesiące przed rozpoczęciem zdjęć. Gavinowi, oprócz wiarygodności i realizmu, zależało na tym, abyśmy nabrali choćby minimalnego pojęcia, czym właściwie są mieszane style walki. Ponieważ ten sport ma bardzo złą sławę. We Francji na przykład jest zakazany jako zbyt krwawy i brutalny. Tymczasem Gavin chciał, żebyśmy w filmie pokazali inną stronę tego zjawiska. Żebyśmy skupili się na tym, jak ciężko ci zawodnicy trenują, jak pracują nad sobą, na ile wyrzeczeń muszą się zdobyć. Tej dyscyplinie trzeba całkowicie się poświęcić i nieustannie się doskonalić. Mieszane style walki nie polegają wyłącznie na mordobiciu, w tym jest pewien element sztuki. Innymi słowy, chodziło nam o to, aby pokazać ten sport jako... sport. Tylko tyle i aż tyle.

Udało Ci się pokonać awersję do walki?

To był akurat najmniejszy problem! Miałem utrudnione zadanie, bo Joel to urodzony sportsmen, ma czarny pas w karate, a ja co najwyżej złoty medal w siedzeniu na kanapie i graniu na XBoksie (śmiech). Chodzenie do sklepu po mleko albo spacery z psem to był szczyt mojej aktywności fizycznej. A tu nagle trzeba było zebrać się do kupy i udawać sportowca. Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak: wstawaliśmy wcześnie rano i jechaliśmy do szkoły Erica Hiblera [prestiżowa placówka w Pittsburghu, w której trenuje się mieszane style walki - Y. Cz.-H.]. Tam przez dwie godziny trenowaliśmy boks. Potem dwie godziny z muay thai. Potem dwie godziny jiu-jitsu albo trening aerobowy. A potem dwie godziny w siłowni. I tak przez siedem dni w tygodniu!

Można się wykończyć.

No właśnie. Ale jest i dobra strona. Pozwalali mi jeść wszystko, bez żadnych ograniczeń. Trener powiedział: "Tom, chodzi przede wszystkim o to, żebyś przybrał na wadze. Więc jedz, co chcesz i ile chcesz. Potem oczywiście przytyjesz. Wtedy stań przed lustrem, spójrz na oponkę na brzuchu i powiedz sobie: to musi zniknąć. Więc zaczniesz biegać" (śmiech). Jakby normalnego treningu było mało! I tak zaczęło się spalanie węglowodanów. Potem jeszcze doszła choreografia walk, jakie rozgrywają się w drugiej połowie filmu, no i tego najważniejszego, finałowego pojedynku. I na koniec najtrudniejsze: język!

Słucham?

Język sportowców. Zawodnicy, którzy uprawiają mieszane style walki, mają swój język, stosują specyficzne określenia na różne rodzaje ciosów: łokciem, kolanem, stopą... Joel i ja musieliśmy sobie przyswoić te wszystkie nazwy, żeby w filmie używać ich swobodnie. Żeby te nasze dialogi nie brzmiały sztucznie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że do kina przyjdą nie tylko zwykli ludzie, ale przede wszystkim fani mieszanych stylów walki. Nie chcieliśmy ich rozczarować. Zależało nam na tym, aby mieli satysfakcję, widząc, że ich ulubiony sport został rzetelnie przedstawiony na ekranie.

Wspomniałeś wcześniej, że udzielił Ci się smutek Tommy'ego. Możesz wytłumaczyć, o co chodzi?

Tommy to postać, która nosi w sobie różne traumy. Zarówno w wojsku, jak i we własnej rodzinie spotkały go przykre rzeczy. Nie może się pogodzić z ojcem. Nie potrafi mu darować różnych rzeczy, które ten robił pod wpływem alkoholu. Kiedy masz do zagrania taką postać, zdajesz sobie oczywiście sprawę, że to tylko rola, ale część tego depresyjnego tonu zostaje na jakiś czas w człowieku. Poza tym, jeśli jednym z tematów filmu jest alkoholizm w dysfunkcyjnej rodzinie, to siłą rzeczy nasuwają się wspomnienia, człowiek myśli o własnych doświadczeniach [Tom Hardy zmagał się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, przeszedł terapię odwykową, od 2003 roku jest całkowitym abstynentem - Y. Cz.-H.]. Przypominają się pewne rzeczy, o których wolałoby się zapomnieć. Psychicznie "Warrior" był dla mnie wykańczający w tym samym stopniu, co fizycznie.

Ale dałeś radę, to najważniejsze.

No, nie ze wszystkim. Nie udało mi się opanować wysokich kopnięć, najwidoczniej nogi mam z drewna. Podczas sparringów musiałem używać głównie pięści. Niestety nie jestem Natalie Portman, do "Czarnego łabędzia" by mnie nie wzięli (śmiech).

Kankana też byś nie zatańczył.

Nie da się ukryć. A szkoda, bo jedno z moich marzeń to zagrać w musicalu. W czymś lekkim, przyjemnym, gdzie byłoby dużo śpiewu i tańca. Marzy mi się nowa, współczesna wersja "Facetów i laleczek". I jak już będę miał kiedyś dość tego nieustannego przybierania i zrzucania wagi, to zrobię wszystko, żeby w czymś takim wystąpić.

No właśnie, ile można grać twardzieli?

Zwierzę Ci się z czegoś, tylko to na razie sekret. Razem z ojcem pracujemy nad pewnym projektem [Edward Hardy, ojciec Toma, jest pisarzem - Y. Cz.-H.]. Być może uda nam się zrobić serial dla telewizji. To byłaby kostiumowa opowieść z XIX wieku. Coś w rodzaju "Sherlocka Holmesa", ale bliżej Billa Sikesa [słynny zbir z "Olivera Twista" - Y. Cz.-H.]. Poza tym ojciec ciągle suszy mi głowę, że porzuciłem teatr dla filmu. A ja nie mam nic przeciwko występom na scenie, byleby tylko czas pozwolił. Tyle rzeczy jest do zagrania! Cały Szekspir, cały Czechow. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się te wszystkie plany zrealizować. A na razie siedzę w Hollywood, gram twardzieli i też jest fajnie. Nie narzekam.



[Yola Czaderska-Hayek]