Johnny Depp gościem Yoli



Johnny Depp  ponownie w Stopklatce! Ale jest ku temu znakomita okazja. Do kin w Polsce wchodzi film "Dziennik zakrapiany rumem" . O swojej przyjaźni z Hunterem S. Thompsonem, alkoholu, nietypowym pogrzebie, tajemniczej wyspie oraz innych filmach aktor mówi w, przeprowadzonej specjalnie dla Stopklatki, rozmowie z Yolą Czaderską-Hayek .

Yola Czaderska-Hayek: "Dziennik zakrapiany rumem" to kolejna, po "Las Vegas Parano" , adaptacja książki Huntera S. Thompsona, w której grasz główną rolę. Czy można powiedzieć, że w obydwu filmach zagrałeś samego Thompsona?

Johnny Depp: Tak mi się wydaje. W obydwu przypadkach bohaterowie nazywają się inaczej, ale bez wątpienia jeden i drugi wzorowani są na Hunterze. Raoul Duke z "Las Vegas Parano" to Hunter S. Thompson w roku, powiedzmy, 1971. A Paul Kemp z "Dziennika..." jest trochę młodszy, to Hunter na etapie z roku 1960. Z jednej strony miałem ułatwione zadanie, bo nie musiałem zbierać informacji na jego temat, a z drugiej - miałem do rozwiązania dość poważny problem. Jak zagrać Huntera S. Tompsona, zanim jeszcze stał się "tym" Thompsonem, zanim odnalazł swój charakterystyczny styl? Na szczęście stoczyłem z Hunterem wiele rozmów, podczas których opowiadał mi o swojej młodości. Nawet kiedy jeszcze nie był sławnym dziennikarzem, zawsze buntował się przeciwko władzy, zawsze miał skłonność do wpadania w kłopoty, zawsze musiał narozrabiać. A jednocześnie, o czym mało osób wie, był wspaniałym dżentelmenem z amerykańskiego Południa. Te jego dwie natury toczyły nieustanną wojnę, popychając go do pisania. I to one sprawiły, że stał się "tym" Hunterem.

Masz rację, nie wiedziałam, że z Thompsona był taki dżentelmen. Możesz opowiedzieć coś więcej?

Hunter potrafił być czarujący, potrafił być szarmancki. Wiem, że to może zabrzmieć niewiarygodnie, ale miał niezwykle silny kręgosłup moralny. Miał zasady, które pozwalały mu odróżniać dobro od zła i kierował się nimi w życiu. A przy tym oczywiście wyprawiał mnóstwo absurdalnych rzeczy, ale to zupełnie inna sprawa. Miał własny, prywatny kodeks honorowy, który jakimś cudem był w stanie pogodzić ze skłonnością do totalnej anarchii. Większość ludzi kojarzy Huntera jako wiecznie naćpanego wariata, wściekłego na cały świat. Ja poznałem fantastycznego faceta, z którym można było godzinami dyskutować o literaturze. Pamiętam, że siedzieliśmy u niego w kuchni i gadaliśmy o wszystkim: o Fitzgeraldzie, o Baudelairze, o Nathanielu Weście, o Hemingwayu... Hunter był dla mnie kimś pomiędzy przyjacielem, starszym bratem a nauczycielem. I wciąż czuję go przy sobie. Wciąż tu jest.

Kiedy patrzę na bohaterów, których grasz w "Las Vegas Parano" czy "Dzienniku zakrapianym rumem", trochę trudno mi w to wszystko uwierzyć. Raoul Duke prawie bez przerwy bierze narkotyki, a Paul Kemp pije i zakochuje się w niewłaściwych kobietach...

Zgadza się, to cały Hunter (śmiech).

Jakoś nie mogę wyobrazić sobie Was razem.

To prawda, że gdybym spróbował pić tyle, co on, to wylądowałbym w szpitalu (śmiech). Na przykład nie byłbym w stanie za jednym posiedzeniem opróżnić całego minibaru w pokoju hotelowym. Dla Paula Kempa w "Dzienniku...", czyli tak naprawdę dla Huntera, nie był to żaden problem.

W porównaniu z nim wyglądasz jak abstynent.

Żeby nie było nieporozumień: dobrym alkoholem na pewno nie pogardzę. Na przykład podczas długiej podróży, kiedy po dwunastu godzinach lotu przyjeżdżam wreszcie do hotelu, zmęczony, spocony, nieświeży i niewyspany z powodu różnicy czasu, nie ma nic przyjemniejszego niż wyjąć z lodówki chłodnego szampana i napić się zaraz po wejściu do pokoju. Nie ma też jak porządne wino...

Ale jest różnica między piciem szlachetnego trunku a chlaniem na umór.

To prawda, tylko że chcę Ci wytłumaczyć pewną ważną rzecz: dla mnie przyjaźń nie polega na tym, żeby się razem upodlić. Zupełnie nie o to chodzi. Przyjaźń to jest przede wszystkim tysiąc procent lojalności. Pewność, że w razie czego mogę na kogoś liczyć, że mogę zaufać i że ten ktoś na pewno przyjdzie mi z pomocą. Hunter był właśnie jednym z takich ludzi, którzy dla przyjaciela rzuciliby wszystko i poszli w ogień. Miałem naprawdę olbrzymie szczęście poznać w życiu parę takich osób. Dziwnym trafem to wyłącznie stara gwardia: Hunter, Marlon Brando, Keith Richards... Zawdzięczam im bardzo wiele. I to właśnie oni nauczyli mnie lojalności. Na milion procent. Cała reszta nie ma znaczenia.

Jak właściwie poznaliście się z Hunterem?

To było w grudniu 1994 roku. Chcieliśmy z rodziną i znajomymi spędzić święta w jakimś miłym miejscu, gdzie jest dużo śniegu. Wybraliśmy Aspen w Kolorado. Jeden z miejscowych, którego znałem, zapytał mnie w jakimś momencie: "Nie chciałbyś poznać Huntera Thompsona? Mieszka tu niedaleko". Ja na to: "Bardzo chętnie, powiedz mi tylko, jak i kiedy". Powiedział: "Czekaj po północy w barze 'Woody Creek'". Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać. Siedziałem w najdalszym kącie i czekałem. O pierwszej w nocy drzwi do knajpy otworzyły się z hukiem i ktoś wrzasnął "Zejść mi z drogi, gnoje". Nie wiedziałem, co się dzieje, widziałem tylko sypiące się iskry. Nagle ludzie zaczęli odsuwać się pod ściany, zupełnie jakby morze się rozstąpiło. A środkiem szedł Hunter, trzymając w jednej dłoni elektrycznego pastucha, długiego na metr, a w drugiej paralizator. Stanął przy moim stoliku, wyciągnął rękę i przedstawił się: "Cześć, jestem Hunter". "Cześć, jestem Johnny, siadaj" - odparłem. Usiadł i zaczęliśmy gadać. I właściwie już wtedy, od pierwszej chwili się polubiliśmy. Obydwaj byliśmy z Kentucky - on z Louisville, ja z Owensboro - więc od razu pojawiły się wspólne tematy. Potem przeszliśmy na literaturę i naszych ulubionych pisarzy, a potem na tych mało znanych. Hunter był w szoku, że jakiś aktor z Hollywood w ogóle czyta książki. A później, tej samej nocy, zaprosił mnie do siebie do domu. Na ścianie wisiała piękna strzelba Smith & Wesson, kaliber 12. Hunter widział, że mi się podoba i zapytał: "Chciałbyś sobie postrzelać?". "No pewnie!". A było wpół do trzeciej w nocy! (śmiech) Hunter na to: "Dobra, zrobimy tylko parę bomb". Wzięliśmy butle z gazem, Hunter podał mi jakiś pojemnik i powiedział: "Przyklej to do butli". Nachyliłem się nad tym, papieros zwisał mi z ust, po czym spytałem: "A co jest w środku?". "Nitrogliceryna". Zatkało mnie (śmiech) i odrzuciłem papierosa jak najdalej. Poszliśmy na podwórko, ustawiliśmy bomby. Strzelałem jako pierwszy. Trafiłem! Wybuchła wielka na prawie 30 metrów kula ognia. O trzeciej w nocy! I chyba właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że Hunter mnie sprawdzał i zdałem test. Nie bałem się strzelby, nie bałem się bomby. Tamtej nocy zostaliśmy przyjaciółmi. I trwało to aż do jego śmierci [Hunter S. Thompson popełnił samobójstwo w 2005 roku - Y. Cz.-H.].

O ile wiem, wyprawiłeś mu wystrzałowy pogrzeb. Czy to prawda?

Hunter jeszcze w latach 70. wymyślił, jak chce być pochowany. Zażyczył sobie, aby jego prochy wystrzelić z armaty "na jego podwórku", jak to określał, czyli na farmie w Kolorado. Podejrzewam, że chodziło mu o to, by po jego śmierci rodzina i znajomi mieli tyle roboty ze spełnieniem jego ostatniej woli, że nie starczyłoby im czasu na żałobę. I rzeczywiście, kiedy odszedł na własną prośbę, to trzeba było się sporo nagimnastykować, żeby ceremonia wyglądała zgodnie z jego opisem. Sam przyłapałem się na tym, że kiedy dostałem wiadomość, że Hunter nie żyje, nagle pomyślałem w panice: "Rany boskie, skąd ja mu teraz wytrzasnę armatę?". A potem: "Niech cię cholera, Hunter, aleś wymyślił". Chyba wiedział, że z jego znajomych tylko ja będę na tyle głupi, żeby jego ostatnie życzenie potraktować poważnie (śmiech). Ale wszystko udało się zorganizować i rzeczywiście wystrzeliliśmy go z armaty. Tak, jak sobie zażyczył. To było wspaniałe pożegnanie.

Czy to prawda, że na swojej wyspie na Bahamach nazwałeś plażę na cześć Huntera?

Owszem, jedna z plaż nosi nazwę Gonzo na jego cześć. Jest też plaża Brando  na południowej stronie wyspy. Są plaże Lily Rose i Jacka [dzieci Johnny'ego Deppa - Y. Cz.-H.], jest plaża Paradis  specjalnie dla Vanessy, jest też niedaleko plaży Brando rafa, którą nazwałem rafą Keitha, by uhonorować Keitha Richardsa. A na północy wyspy jest taka piękna, spokojna, zarośnięta zatoczka, która nosi nazwę Zakątek Heatha.

Na cześć Heatha Ledgera ?

Tak. Kiedy Heath odszedł, hmm, do wieczności, zaprosiłem na wyspę jego rodzinę. Chciałem, żeby mogli choć przez chwilę odpocząć, ukryć się przed mediami i zapomnieć o tym szaleństwie, jakie rozpętało się po jego śmierci. Spędzili z nami sporo czasu. Właśnie wtedy postanowiliśmy ochrzcić zatokę imieniem Heatha.

Jak to się właściwie stało, że kupiłeś wyspę?

Najpierw chciałem zbudować winnicę na południu Francji, ale okazało się, że to biurokratyczna droga przez mękę. Bez przerwy trzeba starać się o jakieś papierki, pieczątki. Odechciało mi się w to bawić. Poza tym w Bordeaux i tak robią znakomite wina, po co się męczyć samemu? (śmiech) Postanowiłem znaleźć takie miejsce na świecie, gdzie nikt nie będzie zawracał mi głowy jakimiś absurdalnymi przepisami. Tak się szczęśliwie złożyło, że dzięki "Piratom z Karaibów" po pierwsze, dowiedziałem się o tej wyspie, a po drugie, było mnie stać na jej zakup. Jest tam wszystko, czego mi trzeba: słońce, ocean, dzika przyroda, piasek. Nie zamierzam tego niszczyć, nie chcę budować tam lotnisk czy pól golfowych. Niech wszystko rośnie jak rosło przez miliony lat. Ja chcę tam tylko odpoczywać z dala od świata.

Nie obawiasz się, że obecny kryzys zmusi Cię do zaciśnięcia pasa?

Jestem optymistą, więc mam oczywiście nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Przyznaję się bez bicia, że w ogóle nie śledzę wiadomości, więc nie mam pojęcia, jak w tej chwili wygląda sytuacja. Wiem, że to z mojej strony brak odpowiedzialności, ale czasami po prostu wolę nie wiedzieć, co się dzieje, żeby się niepotrzebnie nie denerwować. Człowiek naogląda się telewizji, naczyta gazet i potem chodzi przez cały dzień przybity. To nie dla mnie. Żyję z dala od świata i pozostaję w błogiej nieświadomości. Kto mniej wie, ten lepiej żyje (śmiech). A tak między nami, kryzys nie może trwać wiecznie. Prędzej czy później musi się skończyć i wszystko wróci do normy.

Trochę przesadzasz z tym oderwaniem od świata. Udzielasz się przecież całkiem nieźle jako producent. "Hugo i jego wynalazek"  Martina Scorsese  [film współfinansowany przez wytwórnię Johnny'ego Deppa, Infinitum Nihil, podobnie jak "Dziennik zakrapiany rumem" - Y. Cz.-H.] zrobił furorę w Ameryce.

Cieszę się z tego sukcesu, zwłaszcza że "Hugo" pojawił się u nas troszeczkę przypadkowo. Wszystko zaczęło się od tego, że któregoś dnia kupiłem swoim dzieciom książkę Briana Selznicka "Wynalazek Hugona Cabreta". Znałem już jego wcześniejsze rzeczy - napisał fajną historię o Houdinim i chyba też o Lonie Chaneyu [chodzi o niewydane w Polsce powieści "The Houdini Box" i "The Boy With a Thousand Faces" - Y. Cz.-H.]. Ale "Wynalazek..." to było coś zupełnie innego! Zacząłem czytać i nie mogłem się oderwać. Na pierwszych stu stronach nie ma ani jednego słowa. Są same rysunki, które wyglądają jak czarno-białe zdjęcia. Pomyślałem sobie: z tego może być wspaniały film. Chwilę później dołączył do nas Graham King  [producent filmowy, który zrealizował także "Dziennik..." - Y. Cz.-H.]. I ani się obejrzałem, a okazało się, że projekt zaklepał Martin Scorsese. Nie do wiary! Tak po prostu. Wszystko potoczyło się jak w bajce, właściwie tylko dlatego, że kupiłem książkę dla dzieci.

Słyszałam, że miałeś zagrać w tym filmie?

Tak, to prawda, bardzo chciałem zagrać choćby epizodyczną rolę. Ale niestety realizacja "Hugona" zbiegła się w czasie ze zdjęciami czwartej części "Piratów z Karaibów" . W żaden sposób nie dało się wygospodarować wolnej chwili. Żałuję oczywiście, ale w dalszym ciągu cieszę się, że udało się tę książkę przenieść na ekran i że zrobił to Martin Scorsese.

Powiedz mi jeszcze na zakończenie, co się dzieje z "Shantaram" ? Dużo się kiedyś mówiło o tym projekcie, a potem zniknął bez śladu.

Greg [Gregory David Roberts, autor książki - Y. Cz.-H.] i ja nadal jesteśmy w kontakcie, ale adaptacja "Shantaram" to piekielnie trudna sprawa. Powieść ma prawie tysiąc stron i jest w niej materiał na co najmniej pięć filmów. Wybór, co wyrzucić, a co zostawić, wymaga czasu i zastanowienia. Mieliśmy już z sześć czy siedem podejść, ale wciąż nie udało nam się dopracować odpowiedniego scenariusza. Ale to nie znaczy, że rezygnujemy z projektu. "Shantaram" to wciąż aktualna sprawa. Na pewno kiedyś do tego filmu wrócę.



[Yola Czaderska-Hayek]