George Clooney gościem Yoli



W najbliższy piątek do kin w Polsce wchodzi najnowszy reżyserski projekt George'a Clooneya  zatytułowany "Idy marcowe"  a niedługo potem kolejny obraz z jego udziałem "Spadkobiercy" . Nasza hollywoodzka korespondentka Yola Czaderska-Hayek  specjalnie dla Stopklatki przeprowadziła wywiad z aktorem, reżyserem i scenarzystą, który już niedługo walczyć będzie o Oscary.

Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Idy marcowe" grasz gubernatora, który chce zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nie myślałeś o tym, żeby samemu wreszcie wziąć się na serio za politykę?

George Clooney: Często słyszę to pytanie. I zawsze odpowiadam: Nie, dziękuję. Są ludzie, którzy znacznie lepiej nadają się do tego ode mnie. Podejrzewam, że kiepski byłby ze mnie polityk. Brakuje mi nie tylko kompetencji, ale także pewnych cech charakteru niezbędnych w tym zawodzie. Na przykład za bardzo ufam ludziom. Może nie do tego stopnia, żeby pierwszemu lepszemu człowiekowi z ulicy dać na przechowanie swój portfel, ale staram się raczej dostrzegać w ludziach pozytywne cechy. W polityce to niewskazane. Tutaj trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo najmniejszy błąd może okazać się fatalny.

Polityka to przede wszystkim władza. I wynikające z niej korzyści. Wpływy, majątek, no i oczywiście kobiety, o czym też mowa w filmie. Kto właściwie ma większe szanse jako uwodziciel: hollywoodzki gwiazdor czy polityk?

Ale to również jest sprawa charakteru. Na ile ktoś ma silną wolę, aby pewnym pokusom się oprzeć, a na ile chce się zabawić tanim kosztem. Nie wiem, czy można w ogóle porównywać powodzenie u kobiet, jakie mają aktorzy i politycy, bo to dwa różne światy. Jeśli przyjrzysz się politykom oskarżonym o molestowanie czy gwałt, to w większości przypadków nie są to jacyś przystojniacy. Kiedy człowiek ogląda ich w gazetach czy w telewizji, to odruchowo zadaje sobie pytanie: "Co te baby w nich widziały? Jak można wylądować w łóżku z takim facetem?". Trudno sobie wyobrazić, jak wielkim afrodyzjakiem potrafi być władza. I jak trudno jej się oprzeć. Politycy o tym doskonale wiedzą. Ponadto władza daje im poczucie bezkarności, które w ostatecznym rozrachunku okazuje się fałszywe. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy nie sposób czegokolwiek utrzymać w tajemnicy. Wszędzie są telefony komórkowe z kamerami, jest Facebook, jest Twitter. A mimo to wciąż wielu ludzi władzy żyje w naiwnym przeświadczeniu, że o ich rozmaitych sekretach nikt się nigdy nie dowie.

Seksualne skandale w polityce to rzecz już na tyle powszechna, że niedługo pewnie przestaną na kimkolwiek robić wrażenie.

Bo tak naprawdę dla kariery polityka niebezpieczny jest nie tyle sam skandal, co próba jego ukrycia, zatuszowania sprawy. To na tym etapie zaczynają się wszystkie kłopoty. Teoretycznie nikogo nie powinno obchodzić, co jeden z drugim robi po godzinach i z kim sypia. Ale jeśli kłamie i zostanie na tym przyłapany - ooo, to już zupełnie inna sprawa. Jasne, większość ludzi w podobnej sytuacji wolałaby skłamać. I kiedy padnie pytanie: "Czy zdradza pan swoją żonę?" odpowiadają "Oczywiście, że nie". A potem robi się nieprzyjemnie. Politykowi wiele może ujść na sucho, ale nie kłamstwo. Ci ludzie mają wyznaczać pewien standard, mają być wzorem dla swoich wyborców. A niejednokrotnie okazuje się, że są od nich znacznie gorsi.

Ale z polityką jest jak z show-biznesem. Wiele rzeczy, nawet najgorszych, można ludziom sprzedać, jeśli ładnie się je opakuje.

Jasne, kwestia wizerunku. Dziś wydaje się, że to oczywistość, ale mało kto pamięta, jaki to był szok, kiedy w 1960 roku Kennedy i Nixon toczyli debaty. Jeśli słuchało się ich w radiu, to miało się wrażenie, że Nixon prowadzi. Ale w telewizji to Kennedy wygrywał w cuglach. Nie było wątpliwości. Od tamtej pory kandydaci na prezydenta zdążyli się nauczyć, że widzów trzeba mieć po swojej stronie. A od programu wyborczego ważniejszy jest odpowiedni wygląd. Z kolei podczas kampanii George'a Busha i Ala Gore'a to Republikanie byli górą, bo udało im się wykreować wizerunek Busha jako swojego chłopa, z którym można pójść na piwo i pogadać. I wtedy to się sprawdziło, bo zimna wojna już się skończyła i wydawało się, że potrzebny nam właśnie taki zwyczajny prezydent, który po prostu robiłby swoje. No cóż, może trzeba było zastanowić się nad konsekwencjami... W każdym razie zgadzam się, że we współczesnej polityce media są bardzo poważnym graczem. A czasami także i sędzią.

To nad czym się jeszcze zastanawiasz? Z Twoim wyglądem wygrałbyś każdą kampanię.

Dziękuję, ale mimo wszystko nie skorzystam. Nie ciągnie mnie do tego świata. Politycy powinni być od tego, żeby ludzi reprezentować, a nie rżnąć - to znaczy, przepraszam, orżnąć (śmiech). Wolę kandydować na prezydenta wyłącznie jako bohater filmu.

"Idy marcowe" otrzymały nominację do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany. Skąd pomysł, żeby przenieść na ekran sztukę teatralną?

Kiedy czytam scenariusze, to przede wszystkim szukam w nich czegoś, co mnie zaciekawi, co sprawi, że będę chciał zająć się właśnie tym projektem. Mam już swoje lata, więc mogę trochę powybrzydzać. Na ogół czytam pierwsze dziesięć stron scenariusza i zadaję sobie pytanie: czy chce mi się czytać dalej? Jeżeli tekst mnie nie wciągnął, to raczej małe są szanse, że po kolejnych dziesięciu stronach cokolwiek się zmieni. Więc stosuję ostrą selekcję. Nie muszę Ci zresztą tłumaczyć, bo z pewnością oglądasz więcej filmów ode mnie, że coraz trudniej o jakiś naprawdę oryginalny pomysł czy temat, który nie został już wcześniej zajeżdżony na śmierć. "Idy marcowe" powstały na podstawie sztuki Beau Willimona "Farragut North". Grant [Heslov , współautor scenariusza - Y. Cz.-H.] i ja byliśmy zgodni co do tego, że to znakomity materiał na film. Szczególnie teraz, przed kolejnymi wyborami prezydenckimi.

Nie obawiałeś się, że widzowie odbiorą Twój film jak lekcję wychowania obywatelskiego?

Ale cała rzecz w tym, żeby to nie była lekcja wychowania obywatelskiego! "Idy marcowe" mają być przede wszystkim thrillerem. Filmem, który trzyma w napięciu, który zaciekawia, który jest w stanie wciągnąć widzów. Owszem, zajmujemy się polityką, poruszamy ważny temat, ale trzeba go sprzedać w atrakcyjny sposób, żeby ludzie nie usnęli w kinie. To ma być rozrywka, nie wolno o tym zapominać.

Pokazywanie poważnych problemów i rozrywka? To się według Ciebie nie kłóci?

Oczywiście, że nie. Jasne, można robić głębokie, wnikliwe kino na niezwykle doniosłe tematy, ale właściwie po co, jeśli nikt nie będzie chciał tego oglądać? Ludzie nie idą na film po to, żeby się nudzić. Jeśli chcesz im przekazać jakąś prawdę o świecie, to musisz to zrobić w taki sposób, żeby uniknąć pouczania. Najlepiej po prostu opowiedzieć konkretną historię. Kiedy na przykład kręciłem "Good Night, and Good Luck" , to nie chodziło mi o to, aby moralizować na temat odpowiedzialności czwartej władzy. Owszem, można było, tyle tylko, że zamiast filmu wyszłaby publicystyka, w dodatku niemożliwie nudna. Zamiast tego postanowiłem pokazać na ekranie starcie Edwarda Murrowa z senatorem McCarthym, co bez wątpienia było ciekawsze. Podobnie było przy "Michaelu Claytonie" : można było nakręcić oskarżycielski dokument o niegodziwości współczesnych korporacji, ale znacznie lepiej było opowiedzieć o facecie, który pracuje w wielkiej firmie i zamiata brudy pod dywan. W obydwu przypadkach przekaz był czytelny, ale podany w sposób strawny dla przeciętnego człowieka. Zresztą ta zasada nie jest w kinie niczym nowym. Przed "Michaelem Claytonem" był, powiedzmy, "Syndykat zbrodni" . A przed "Good Night, and Good Luck" byli "Wszyscy ludzie prezydenta" . To są przykłady na to, że można robić filmy, które potrafią ubrać poważną tematykę w świetną rozrywkową formę.

Obawiam się, że niestety zbyt często kończy się tylko na formie.

Tu się z Tobą zgodzę. Czytam dużo scenariuszy, ale jak już mówiłem, coraz trudniej znaleźć w tej masie coś ciekawego, oryginalnego. Nie wiem, czemu tak się dzieje. Kino liczy już sobie ponad sto lat, więc może zaczyna brakować historii do opowiedzenia? A może problem w tym, że wielkie wytwórnie stawiają przede wszystkim na efekty, a nie na scenariusze? Nie mam pojęcia. Wydaje mi się jednak, że dobre filmy wciąż powstają, tylko gdzieś na marginesie, za niewielkie pieniądze. Dzisiaj młodzi, utalentowani ludzie są w stanie nakręcić film telefonem komórkowym, nie potrzebują wsparcia wielkiej wytwórni. I mam wrażenie, że to właśnie oni zaczynają odgrywać coraz większą rolę w tym biznesie. Bądźmy szczerzy, widzom już przejada się to, co ma do zaoferowania Hollywood. Zbyt wiele słabych filmów tu powstało, by publiczność wciąż jeszcze miała kredyt zaufania do producentów. Czas z powrotem nauczyć się robić porządne, interesujące kino.

I nie trzeba do tego wielkich pieniędzy.

Teoretycznie rzeczywiście nie trzeba. "Good Night, and Good Luck" kosztował siedem milionów. "Idy marcowe" kosztowały dwanaście. Tylko że w praktyce to nie wygląda już tak kolorowo. Jako reżyser i aktor pracowałem za standardową stawkę, jako producent nie wziąłem nic. Nie zarobię też ani centa z zysków z filmu, ponieważ Grant i ja uznaliśmy, że należą się one aktorom. Naprawdę na to zasłużyli, a w "Idach..." wystąpili praktycznie za darmo. Wychodzi więc na to, że nie mam z tego projektu zbyt wiele oprócz satysfakcji. Ale dla mnie to się liczy. Pracowałem nad tym filmem przez pięć lat. Był dla mnie naprawdę ważny. I cieszę się, że nareszcie powstał. A pieniądze zawsze mogę zarobić gdzie indziej. Na przykład występując w reklamach (śmiech).

Dwanaście milionów w porównaniu z hollywoodzkimi budżetami to jest nic. W jaki sposób wprowadza się na ekrany niezależną produkcję, żeby nie przepadła z kretesem po pierwszym dniu?

Tak naprawdę istnieje tylko jeden skuteczny sposób wypromowania niezależnego kina: festiwale. Jeżeli po pokazie film dostanie dobre recenzje, to wtedy jest szansa, że jakaś poważna wytwórnia zainteresuje się nim, kupi prawa do rozpowszechniania i zajmie się reklamą. A jeśli jeszcze dojdą do tego jakieś nagrody, to zawsze jest się czym wypromować. Dla naszych "Idów marcowych" zbawienny okazał się festiwal w Wenecji [film wyświetlano w ubiegłym roku podczas otwarcia festiwalu - Y. Cz.-H.], po którym zgłosiło się do nas studio [Sony Pictures Entertainment - Y. Cz.-H.] i zdjęło nam problem z głowy.

Nie męczy Cię jeżdżenie na imprezy filmowe?

Absolutnie nie! Uwielbiam festiwale. Uwielbiam oglądać filmy, spotykać innych reżyserów i rozmawiać o kinie. To jedna z bardzo niewielu okazji, żeby zobaczyć coś nietypowego, oryginalnego. Wydaje mi się wręcz, że na festiwalach nie powinno się wyświetlać wysokobudżetowych, popularnych produkcji. Bo po co? Przecież każdy i tak może je zobaczyć kiedy tylko chce. Pamiętam, że kiedyś w Cannes wyświetlano którąś z części "Ocean's..." - teraz nie pamiętam, czy drugą , czy trzecią, ale chyba trzecią . Przyjechaliśmy na festiwal z wielką pompą i było bardzo miło, ale przez cały czas dręczyło mnie pytanie: "Co my tu właściwie robimy? Jesteśmy w Cannes i pokazujemy któryś tam sequel hollywoodzkiego hitu. Chyba wybraliśmy się na złą imprezę". Zdecydowanie lepiej czuję się na festiwalach, promując małe, niezależne hity. Może dlatego, że w hollywoodzkich superprodukcjach od dawna już nie gram (śmiech).

Ostatnie pytanie do specjalisty od polityki: jak według Ciebie będą wyglądać tegoroczne wybory prezydenckie?

Nie mam pojęcia. Ale podejrzewam, że będzie to najmniejsza frekwencja w ciągu ostatnich lat. Demokraci są rozczarowani kadencją Obamy, czego nie rozumiem i co mnie trochę wkurza, bo prezydent odniósł jednak pewne sukcesy, a jego własna partia nie potrafi ich porządnie nagłośnić. Zahamował rosnące bezrobocie. Uratował przemysł samochodowy. Przeforsował ustawę o opiece zdrowotnej. Dorwał Osamę bin Ladena. Kurde, gdyby należał do Republikanów, to ci zrobiliby mu taką kampanię, że natychmiast wygrałby drugą kadencję. A Demokraci tego nie potrafią. Zachowują się jak ostatni idioci. I to z pewnością wpłynie na kształt wyborów. Teoretycznie Republikanie powinni się cieszyć, ale po ich stronie też jakiegoś wielkiego entuzjazmu nie widzę. Ani też jakichś wyrazistych kandydatów. Więc wielkich emocji na wyborach się nie spodziewam. Ale do listopada jeszcze mnóstwo czasu, zobaczymy.



[Yola Czaderska-Hayek]