Leonardo DiCaprio gościem Yoli



Leonardo DiCaprio zagrał niedawno postać J. Edgara Hoovera, potem w ekranizacji "Wielkiego Gatsby'ego" a teraz pracuje u Quentina Tarantino. Aktor praktycznie nie schodzi z planu i pojawia się u najważniejszych współczesnych reżyserów. W przeprowadzonej specjalnie dla Stopklatki rozmowie z Yolą Czaderską-Hayek aktor mówi przede wszystkim o udziale w filmie "J. Edgar" ale też o trójwymiarowej wersji "Titanica".

Yola Czaderska-Hayek: Rola J. Edgara Hoovera to chyba jedno z największych wyzwań w Twojej karierze. Musiałeś zagrać postać nie tylko autentyczną, ale także niezwykle kontrowersyjną. Jak przygotowywałeś się do realizacji filmu?

Leonardo DiCaprio: Oczywiście studiowałem biografię Hoovera. Odwiedzałem miejsca, które odegrały ważną rolę w jego życiu i rozmawiałem z ludźmi, którzy go pamiętają. Chciałem zrozumieć tego człowieka, dowiedzieć się, co nim kierowało. Miałem to szczęście, że kilka lat temu udało mi się już zgromadzić całkiem sporo informacji na temat Hoovera, nie musiałem więc zaczynać od zera.

Interesowałeś się Hooverem prywatnie czy zawodowo?

Michael Mann chciał obsadzić mnie we "Wrogach publicznych". Pierwotnie głównym bohaterem filmu, obok Johna Dillingera, miał być właśnie J. Edgar Hoover. To miała być opowieść o starciu słynnego stróża prawa i słynnego bandyty. Koncepcja jednak się zmieniła, obsada również... Ale dzięki temu doświadczeniu miałem ułatwioną pracę nad "J. Edgarem".

Co najbardziej uderzyło Cię w biografii szefa FBI?

Wiele rzeczy. Przede wszystkim to, że kierowanie Federalnym Biurem Śledczym nie było dla niego pracą, ale czymś w rodzaju powołania. Hoover traktował FBI jak swój Kościół, a siebie jako kapłana. Był tej służbie oddany całkowicie. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci. Nie wiadomo, czy był kiedykolwiek zakochany. Nie pozwolił, aby ktokolwiek poznał go od intymnej strony. Z jednym wyjątkiem: absolutnie bezkrytycznym uwielbieniem darzył swoją matkę. Mieszkał razem z nią, nawet kiedy miał już czterdzieści lat. Ona zaś trwała przy nim niezłomnie, zawsze go wspierając, zawsze utwierdzając go w słuszności jego działań. To chyba jedyna osoba, jaka naprawdę go znała. I jedyna, jaka miała na niego wpływ.

Skoro scenariusz "J. Edgara" napisał Dustin Lance Black [scenarzysta "Milka" - Y. Cz.-H.], spodziewałam się, że film o wiele bardziej skupi się na tłumionym homoseksualizmie Hoovera. Chodzą przecież słuchy, że przebierał się w kobiece stroje.

Rzeczywiście, kiedy tylko mowa o Hooverze, natychmiast pojawia się ten temat. Że prześladował homoseksualistów, a sam przebierał się w damskie ciuszki, a na bankietach pojawiał się w sukni i pełnym makijażu. Albo w stroju baletnicy. To bzdura, oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Całą tę plotkę wymyśliła pewna kobieta, której męża aresztowało FBI. Chciała się zemścić na Hooverze i zaczęła opowiadać o jego skłonności do przebieranek. To wszystko. Najbardziej niesamowite jest to, że opinia fetyszysty przylgnęła do Hoovera na resztę życia. Zdawał sobie zresztą z tego sprawę, bo jako szef FBI doskonale wiedział, co się o nim mówi. Często nawet sam do tego nawiązywał w rozmowach: "Czyżbyście się spodziewali, że przyjdę ubrany jak baletnica?". Dlatego właśnie, troszeczkę nawiązując do tych pogłosek, umieściliśmy w filmie scenę, w której główny bohater po śmierci matki przymierza jej suknię i naszyjnik z pereł. Ale to była dla niego wyłącznie namiastka kontaktu z najważniejszą osobą w życiu, nic więcej.

Nie zaprzeczysz jednak, że "J. Edgar" opowiada o Hooverze w sposób nieco stronniczy. Szef FBI miał na koncie także kilka dobrych uczynków, nie tylko same złe. A w filmie prawie w ogóle się o tym nie mówi.

Filmy biograficzne z założenia są stronnicze. Nie można w ciągu dwóch godzin pokazać na ekranie całego życia. Trzeba coś wybrać, a z czegoś zrezygnować. Szczególnie w przypadku takiego bohatera, jak Hoover, którego kariera trwała kilkadziesiąt lat. Gdybyśmy naprawdę chcieli skupić się na wszystkim, to trzeba by było nakręcić miniserial (śmiech). Z pewnością nie da się zaprzeczyć, że Hoover był wielkim patriotą. Całe swoje życie poświęcił służbie Ameryce i starał się robić wszystko, co w jego mniemaniu było dla kraju najlepsze. Trzeba pamiętać, że zaczynał w czasach szalejącego bezprawia, kiedy gangsterzy czuli się absolutnie bezkarni. Napadali na banki, zabijali ludzi i żadna siła nie była w stanie ich zatrzymać. Hoover to zmienił. Wprowadził system identyfikacyjny, w którym - jak to sam określał - "ludzi katalogowało się jak książki". Dzięki temu przestępczość błyskawicznie spadła. Miał szlachetne intencje, ale jak to często bywa, pozwolił, by władza go zdeprawowała. A władzę w Ameryce miał absolutną. I niestety lubił jej nadużywać. Z jednej strony obsesyjnie wierzył w demokrację, a z drugiej - nie tolerował żadnego sprzeciwu, żadnej krytyki. I bezlitośnie wykańczał wszystkich, którzy się z nim nie zgadzali. Nawet prezydenci się go bali! Mówiono, że na każdego z nich ma teczkę. W sumie przetrzymał ośmiu. Po jego śmierci wprowadzony został przepis, że każdy następny dyrektor FBI może pozostać na stanowisku najwyżej przez dziesięć lat.

Nie przeszkadzało Ci, że film przedstawia Hoovera bez cienia sympatii? Czytając scenariusz, musiałeś wiedzieć, że czeka Cię potwornie trudne zadanie: zagrać faceta praktycznie pozbawionego ludzkich uczuć. Nie myślałeś o tym, by pokazać bohatera od nieco cieplejszej strony, żeby widzowie byli w stanie go polubić?

Nie, nie widziałem takiego powodu. Podam Ci przykład: "Obywatel Kane". Albo "Wściekły byk". W obydwu przypadkach masz bohaterów, mówiąc łagodnie, mało sympatycznych. A mimo to oba filmy to arcydzieła. Nawet dzisiaj ogląda się je znakomicie. Oczywiście nie próbuję tutaj ustawiać się w jednym szeregu z Orsonem Wellesem i Robertem De Niro ani wciskać na siłę "J. Edgara" do tej samej ligi. Chodzi mi jedynie o to, że nie trzeba lubić głównego bohatera, by go zagrać z przekonaniem. Warto natomiast spróbować zrozumieć, co nim kierowało. W przypadku Hoovera kluczem do jego psychiki była jego praca. To był człowiek, który świadomie zrezygnował z miłości w normalnym, ludzkim wymiarze. Jedyne uczucia budziła w nim służba w FBI, którą, jak już mówiłem, traktował jako coś w rodzaju kapłańskiego powołania. Stamtąd czerpał spełnienie i poczucie stabilności. Być może to jest również powód, dla którego tak kurczowo, aż do samej śmierci, trzymał się stanowiska. Kim byłby bez pracy, która stanowiła sens jego życia? Poza FBI nie istniało dla niego nic. Tragiczna postać, bez dwóch zdań.

Wcielając się w Hoovera, musiałeś przejść fizyczną metamorfozę. Zwłaszcza w scenach, kiedy szef FBI jest już starym człowiekiem. Jakie to było wrażenie?

Zaraz po charakteryzacji patrzyłem w lustro i widziałem własną babcię (śmiech). Mój charakteryzator, Sean Green, wykonał niesamowitą robotę. Miałem na twarzy coś w rodzaju maski składającej się chyba ze stu różnych kawałków. A do tego pod ubraniem nosiłem obciążenie, które miało utrudniać mi ruchy. Wszystko po to, by przekonująco pokazać kłopoty z poruszaniem się schorowanego człowieka. Nie było łatwo. Przyznaję, że parę razy byłem bliski ataku klaustrofobii. Chciałem zrywać sobie z twarzy charakteryzację gołymi rękami. Proponowałem nawet, że może sam przytyję do roli, ale nie było na to czasu, mieliśmy na zdjęcia zaledwie półtora miesiąca. Jakoś wytrzymałem do końca. Zresztą, prawdę powiedziawszy, obciążenie nie było największym problemem. Znacznie trudniejszym zadaniem było zagranie osoby, która ma na swoich barkach pół wieku doświadczenia i z pozycji autorytetu poucza młodszych od siebie. Jest w filmie taka scena, kiedy Hoover robi wykład Robertowi Kennedy'emu. I daje jawnie do zrozumienia, że brat prezydenta jest żółtodziobem, który nie ma pojęcia o tym, jak działa wymiar sprawiedliwości. Potwornie trudno było mi wejść na plan i tak po prostu, w jednej chwili stać się wszechwiedzącym starcem, który ma świadomość, że tworzył historię swojego kraju. Ale mam nadzieję, że jakoś się udało.

Powiedziałbyś, że to najbardziej wyczerpująca rola w Twojej karierze?

Fizycznie być może tak. Ale emocjonalnie - nie sądzę. Ludzie często zadają mi pytania typu: "Słuchaj, po tym, jak zagrałeś tego faceta, pewnie jesteś psychicznie wykończony, co?". A to nieprawda! Po skończeniu filmu czuję się zawsze niesamowicie pobudzony. Jak nowy. Między innymi dlatego, że mam satysfakcję z wykonanej pracy. A Hoover to wyjątkowa rola. Niezależnie od tego, co myślę na temat szefa FBI i jego nie całkiem legalnych działań, muszę przyznać, że zafascynowała mnie ta postać.

No właśnie, a co z jego słynnymi teczkami? Sam wspomniałeś, że podobno Hoover na każdego miał haka. Ale po jego śmierci nie odnaleziono żadnych materiałów.

FBI stanowczo twierdzi, że prywatne archiwum Hoovera nigdy nie istniało. Ale nie da się ukryć, że tajne akta to część jego legendy. Nie zdziwiłbym się, gdyby sam przyczynił się do jej stworzenia. Uwielbiał roztaczać wokół siebie atmosferę tajemniczości. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia, jakie informacje zbiera Hoover i do czego je wykorzystuje. Dzięki temu osiągał swój cel: ludzie bali się go, ponieważ nie mieli pojęcia, ile on o nich w rzeczywistości wie. A jednocześnie domyślali się, że w razie czego nie będzie miał najmniejszych oporów przed upublicznieniem jakichś kompromitujących materiałów. W filmie nie chcieliśmy powielać niepotrzebnych plotek, dlatego pokazaliśmy scenę, w której sekretarka Hoovera po jego śmierci niszczy akta. To takie symboliczne ujęcie: nikt nie wie, jak było naprawdę, więc zakończmy ten temat raz na zawsze. To już przeszłość. Nie wracajmy do tego.

Skoro wspomniałeś o wracaniu do przeszłości... Przepraszam, ale sam rozumiesz, że muszę Cię o to spytać: widziałeś już nową wersję "Titanica"?

Nie, nie mam w ogóle pojęcia, jak wygląda. Nie brałem w ogóle udziału w przerabianiu filmu. Wiem tylko, że nowa wersja jest wzbogacona o trójwymiar, ale nie widziałem nawet zwiastuna.

Przynajmniej masz teraz w dorobku jeden film w 3D.

No, nie całkiem. W tej chwili właśnie kręcę film w 3D. To mój pierwszy raz z trójwymiarem.

Co to za produkcja?

"Wielki Gatsby" w reżyserii Baza Luhrmanna.

"Wielki Gatsby" w 3D? Przenosicie akcję w kosmos, a w scenariuszu będą wybuchy?

Nic z tych rzeczy. Owszem, trójwymiar do tej pory kojarzono z wybuchami i efektami typu "coś wyskakuje z ekranu", więc rozumiem Twoje zdziwienie. Ale Baz chce podejść do rzeczy inaczej. Chce jako pierwszy użyć trójwymiaru do stworzenia dramatycznego napięcia. Pamiętaj, że to reżyser, który przede wszystkim wywodzi się z teatru. Zależy mu na tym, aby wykreować na ekranie coś w rodzaju scenicznego spektaklu, żeby widz czuł się jednym z jego uczestników. Żeby miał złudzenie, że jest tam, w środku, i bierze udział w rozmowach bohaterów. Dla mnie takie podejście zgadza się z duchem powieści, bo czytając "Wielkiego Gatsby'ego", człowiek ma wrażenie, jakby podglądał z ukrycia obcych ludzi. Jest w tej książce jakiś element voyeuryzmu, a film zapowiada się podobnie. Widziałem już kawałek nakręconego materiału - wygląda świetnie! Nie mogę się doczekać całości.

Masz szczęście do świetnych reżyserów: jak nie Spielberg, to Ridley Scott albo Martin Scorsese, jak nie Baz Luhrmann, to Clint Eastwood. Tylko pogratulować!

Szczęście polega przede wszystkim na tym, że mogę podpatrywać tych wspaniałych ludzi przy pracy. A jednocześnie czegoś się od nich nauczyć. Kręcenie "J. Edgara" z Clintem było niesamowitym przeżyciem. Jego filozofia jest w gruncie rzeczy bardzo prosta, ale w tej prostocie kryje się geniusz. Clint po prostu chce kręcić dobre filmy, na niczym więcej mu nie zależy. I jeśli podoba mu się jakiś pomysł, to go realizuje. A jeśli nie, to trafia do kosza. W jego postawie nie ma wyrachowania, kalkulacji. Jest raczej instynkt, spontaniczność. Tego samego Clint wymaga też od aktorów: szczerości w wyrażaniu emocji. Dużo się nauczyłem, pracując z nim na planie. Dał mi też parę cennych życiowych rad, których nie zapomnę.

Na przykład?

Rozmawialiśmy któregoś dnia o małżeństwie - nie pamiętam, czy było to w związku z filmem, czy temat sam się pojawił. Clint powiedział w którymś momencie: "Możesz kochać kobietę, ale przede wszystkim musisz ją także lubić". I dodał: "Ja swoją żonę bardzo lubię". Po chwili przerwy: "Dlatego jesteśmy razem". Podoba mi się to!









[Yola Czaderska-Hayek]