Chris Hemsworth gościem Yoli



Chris Hemsworth stał się gwiazdą po zagraniu roli tytułowej w filmie "Thor". W naszych kinach od niedawna oglądamy go w horrorze "Dom w głębi lasu", nadciąga "Avengers 3D" a na horyzoncie widać już "Królewnę Śnieżkę i łowcę". To się nazywa hollywoodzka kariera w wielkim stylu! Z aktorem specjalnie dla Stopklatki przeprowadziła rozmowę Yola Czaderska-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: Dwukrotnie już wcieliłeś się w Thora, boga Wikingów. Najpierw jako tytułowy bohater filmu Kennetha Branagha, teraz w "Avengers" Jossa Whedona. Czy za drugim razem było już łatwiej?

Chris Hemsworth: I tak, i nie. Owszem, zagrałem tę samą postać, ale tak naprawdę były to dwa zupełnie różne doświadczenia. W "Thorze" byłem główną gwiazdą, w "Avengers" zaś musiałem podporządkować się grupie. O tym jest zresztą ten film: o pracy zespołowej, o współdziałaniu, o pokonywaniu dzielących nas różnic. Jasne, z jednej strony fajnie, kiedy człowiek jest głównym bohaterem i wszystko kręci się wokół niego, ale z drugiej - działanie w drużynie zapewnia bez porównania mniejszą presję. Człowiek ma świadomość, że odpowiedzialność za ostateczny kształt filmu spoczywa nie tylko na jego barkach. W grupie można osiągnąć o wiele więcej.

Superbohaterowie to nie tylko supermoce, ale także superwielkie ego. Jakoś trudno mi uwierzyć, że Avengers są w stanie współpracować bezproblemowo.

Oczywiście! Ale o tym właśnie opowiada film. Prawie każdy z członków grupy - czy to Thor, czy Kapitan Ameryka albo Iron Man - w pojedynkę dysponuje ogromną mocą. I jest przekonany, że niepotrzebni mu żadni pomocnicy, że z każdym zagrożeniem poradzi sobie sam. Niestety jeden z drugim nie przyjmuje do wiadomości, że pewnego dnia sytuacja może go przerosnąć. Że kiedyś pojawi się przeciwnik na tyle silny, że nie będzie można pokonać go samodzielnie. Avengers to zespół stworzony trochę dla potrzeb chwili, w sytuacji doraźnego niebezpieczeństwa. Bohaterowie zwyczajnie nie mają czasu, żeby się nawzajem poznać i nauczyć współpracować. I w momencie, gdy indywidualizm każdego z nich bierze górę, zaczynają stanowić sami dla siebie zagrożenie. Na to zresztą liczy Loki [czarny charakter w "Avengers" - Y. Cz.-H.]: że członkowie drużyny wezmą się za łby i wyniszczą nawzajem. Oni po prostu nie mają wyjścia: muszą zacząć działać w zespole nie tylko po to, żeby ocalić świat, ale przede wszystkim żeby przeżyć.

W podobnej sytuacji znaleźliście się także wy, aktorzy. Na planie też musieliście nauczyć się działać w zespole.

Coś w tym jest (śmiech). Przed rozpoczęciem zdjęć zadawałem sobie pytanie, jak to będzie. Nigdy wcześniej nie miałem okazji pracować z nikim z głównej obsady. Nie wiedziałem, jak nam się ułoży współpraca i kto będzie najbardziej gwiazdorzył. Okazało się, że w odróżnieniu od filmowych postaci wszyscy ci ludzie są zaskakująco... normalni. I dobrze wychowani. Na planie w ogóle nie zdarzały się problemy z przerostem ego. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że w ogóle w środowisku filmowym przerośnięte ego to już od dawna przeszłość. Czasy wielkich gwiazd, którym wszyscy padali do stóp, już się skończyły.

Loki w "Avengers" bardzo się zmienił od czasów "Thora". A jak oceniasz swojego bohatera?

Na samym początku zdjęć odbyliśmy z Jossem [Whedonem, reżyserem filmu - Y. Cz.-H.] długą rozmowę na temat Thora. Obydwaj doskonale rozumieliśmy, że w "Avengers" nie będzie można skupić się tak bardzo na przedstawieniu ewolucji bohatera, jak w filmie Kennetha Branagha. Thor jest po prostu jedną z wielu postaci, choć oczywiście odgrywa bardzo ważną rolę w tej historii. Jego wątek w "Avengers" zaczyna się na dobrą sprawę w tym samym miejscu, w którym skończył się w "Thorze". To wciąż ten sam, wojowniczy i szlachetny, choć czasem może odrobinę narwany bóg z Asgardu. Zmienił się chyba tylko pod jednym względem. Jest mniej szekspirowskim bohaterem.

Co to znaczy?

Słychać to przede wszystkim w dialogach. W przypadku "Thora" skojarzenia z Szekspirem nasuwały się automatycznie, przede wszystkim ze względu na osobę Kennetha Branagha. Bohater w Asgardzie, wśród swoich, przemawiał w niezwykle kwiecistym, poetyckim i podniosłym stylu, jakby zszedł ze sceny średniowiecznego teatru. W momencie, gdy został wygnany na Ziemię, jego pełne patosu kwestie nagle zaczęły brzmieć zabawnie w zetknięciu z mową zwykłych ludzi - i o taki efekt właśnie chodziło. Tymczasem "Avengers" to już zupełnie inna opowieść. Ten dworski styl Thora naraziłby bohatera na niezamierzoną śmieszność w konfrontacji z resztą drużyny. Dlatego właśnie jego kwestie zostały troszeczkę podrasowane, żeby po prostu nie brzmiały głupio. Podobny problem sprawiał także kostium. Członkowie grupy to dość kolorowa menażeria, ale Thor zdecydowanie od nich odstaje - to postać dosłownie nie z tej epoki i nie z tego świata. W "swoim" filmie mógł bez kłopotu paradować w pełnej zbroi i czerwonej pelerynie. W "Avengers" reżyser nakazał usunąć pelerynę i rękawy, dzięki czemu strój bohatera nie rzucał się już tak bardzo w oczy. Przynajmniej na tle innych superbohaterów, bo oczywiście na ulicy natychmiast zaczęto by go wytykać placami.

Zapytam z ciekawości: kto jest Twoją ulubioną postacią z "Avengers" - rzecz jasna oprócz Thora?

Teraz, kiedy obejrzałem gotowy film, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że uwielbiam Hulka. Mark Ruffalo wykonał znakomitą pracę. Pokazał nie tylko olbrzymią siłę, ale także wrażliwość swojego bohatera - wydaje się to niemożliwe, jak się patrzy na tego zielonego stwora, ale Mark dał sobie radę bez najmniejszego problemu. A miał przecież wyjątkowo trudne zadanie [Mark Ruffalo zastąpił Edwarda Nortona, który grał główną rolę w "Incredible Hulk" i miał wystąpić także w "Avengers" - Y. Cz.-H.]. Czapki z głów.

W jednej ze scen wystąpił Jerzy Skolimowski. Czy udało Ci się spotkać go na planie?

Nie. Żałuję, ale nie miałem takiej okazji.

Może w takim razie lepiej poszło Ci z Nikim Laudą? Grasz przecież w filmie "Rush", który opowiada o jego życiu [premiera w 2013 roku - Y. Cz.-H.].

Nie, tu niestety również nie wyszło. Daniel Brühl gra Nikiego i to on spędził z nim mnóstwo czasu. Ja wcielam się w największego rywala Laudy, Jamesa Hunta...

...który od prawie dwudziestu lat nie żyje [zmarł w 1993 roku - Y. Cz.-H.]. Więc kwestia osobistego spotkania nie wchodziła w ogóle w rachubę.

No właśnie. James Hunt zmarł na atak serca, mając zaledwie 45 lat. Ale miałem okazję porozmawiać z ludźmi z jego ekipy, a także z zawodnikami, z którymi się ścigał. Przeczytałem też kilka książek na jego temat. Co ciekawe, w zależności od tego, na którą biografię się trafi, można wynieść z niej zupełnie inny obraz tego człowieka. Jedni uważali Jamesa Hunta za typowego zblazowanego Brytyjczyka, inni za wesołego surfera z Kalifornii. Niektórzy zarzucali mu skłonność do agresji, oskarżali niemalże o czynną napaść. Miał też obrońców, którzy tłumaczyli jego nerwowy charakter stresem spowodowanym wyścigami. I dowodzili, że w rzeczywistości był człowiekiem o wielkim sercu. Z całą pewnością kierowała nim dzika pasja, ogromna namiętność. On po prostu żył po to, by się ścigać. Podchodził do sportu z dziecięcym entuzjazmem. Prowadził życie na wysokich obrotach... które skończyło się zbyt szybko.

Samochody Formuły 1 są potwornie ciasne, a Ty masz ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Jak udało Ci się wcisnąć do środka?

Musiałem zrzucić trochę masy. Po zagraniu Thora schudłem 11 kilo! Za to wbrew pozorom wzrost nie sprawiał mi żadnego problemu. Jestem niecałe dwa centymetry wyższy od Hunta, on zaś mieścił się w wozie bez kłopotu.

Nadawałbyś się na kierowcę wyścigowego?

Nie sądzę. Nigdy nawet nie dostałem mandatu za przekroczenie szybkości! (śmiech) Ale muszę przyznać, że świat kierowców Formuły 1 mnie zafascynował. To piekielnie niebezpieczny sport, każdego roku na torze giną ludzie. Ale jednocześnie uzależnia jak mało który. Kierowca siedzi w samochodzie jak w kokonie, prawie przy samej ziemi. I wystarczy jeden ruch ręką, by nagle rozwinąć szaloną prędkość. Ten skok adrenaliny jest nie do opisania. Nie dziwię się, że wyścigowcy podporządkowują całe swoje życie zawodom. To nie jest tylko praca, to nie jest tylko dyscyplina sportu, to jest cały styl życia. Do tego się trzeba urodzić. Ja mam świadomość, że rajdowiec byłby ze mnie żaden, więc może i lepiej, że nie wyrywam się na tor. Ale potrafię zrozumieć, dlaczego Formuła 1 ma tylu wielbicieli. W tych rozgrywkach jest coś magicznego.

Niedługo na ekrany wchodzi Twój nowy film, "Królewna Śnieżka i Łowca". Grasz jedną z tytułowych postaci i nie jest to Śnieżka.

(śmiech) Nie mogę na razie ujawnić zbyt wiele. To dość nietypowe spojrzenie na klasyczną baśń o Śnieżce. W dotychczasowych wersjach główny wątek dotyczył jej konfliktu ze Złą Królową, a Łowca znajdował się na drugim planie - zakładając, że w ogóle pojawiał się w opowieści. Tutaj odgrywa bardzo ważną rolę. To taki dziwny typ, który troszeczkę pogubił się w życiu. Dużo pije, ma pretensje do całego świata, ale gdzieś tam głęboko drzemie w nim dobro. Dzięki Śnieżce jest w stanie to dobro w sobie odnaleźć.

Czy w ramach przygotowań do roli musiałeś bawić się w myśliwego?

Był taki pomysł. Rupert [Sanders, reżyser filmu - Y. Cz.-H.] powiedział mi w jakimś momencie: "Słuchaj, żeby wypaść wiarygodnie, powinieneś spędzić trochę czasu w lesie". Żadna rewelacja, przecież ja się praktycznie wychowałem w lesie! Przed rozpoczęciem zdjęć miałem przejść kurs przetrwania z jakimś fachowcem pokroju Beara Gryllsa, ale w końcu zabrakło na to czasu. Szkoda.

"Avengers" biją rekordy popularności, nie tak dawno w Ameryce rozpętała się moda na "Igrzyska śmierci", w których gra Twój brat, Liam. Rywalizujecie ze sobą?

Nie! I nie zamierzamy. Wychodzimy z tego samego założenia, co Avengers: że rywalizacja niczemu nie służy, a może co najwyżej zaszkodzić. Zresztą gdyby nawet któremuś z nas zaczęło odbijać, to mama bardzo szybko ściągnie go na ziemię. Ostatnio, kiedy obydwaj promowaliśmy swoje nowe filmy i jeździliśmy po świecie, stwierdziła: "Fajnie, chłopcy, że się świetnie bawicie. A nie znudziło się już wam?" (śmiech). Staramy się raczej unikać rozmów o pracy. Owszem, dużo gadamy o filmach, o tym, co kto ostatnio widział i czy mu się podobało, czy nie. Ale o robocie mówimy rzadko.

A nie kusiło Cię nigdy, żeby zagrać w jednym filmie z braćmi? [Chris Hemsworth ma dwóch braci, starszego Luke'a i młodszego Liama - Y. Cz.-H.]

Nie, nigdy nie mieliśmy takich planów. Oczywiście, jeśli pojawiłby się jakiś dobry scenariusz, to nie wykluczam takiej możliwości, ale nie będziemy dążyć do tego na siłę. My już czasami w domu ledwo ze sobą wytrzymujemy (śmiech), więc gdybyśmy jeszcze musieli siedzieć razem na planie, to nie moglibyśmy na siebie patrzeć.

W przyszłym roku skończysz 30 lat, więc jeszcze trochę za wcześnie na podsumowania. Ale czy potrafiłbyś wskazać jakiś najważniejszy, przełomowy moment w karierze?

To bardzo proste. Taki przełomowy moment nastąpił, kiedy Kenneth Branagh dał mi rolę w "Thorze". I nie chodzi tylko o to, że od tamtej chwili moja kariera nabrała rozpędu. Mam na myśli przede wszystkim to, że Branagh okazał się znakomitym nauczycielem. Miałem okazję obserwować go podczas pracy, słuchać, co mówi, poznać jego podejście do zawodu aktora. Przekazał mi mnóstwo wiedzy, a jednocześnie kładł nacisk na to, żeby nie komplikować sobie za bardzo życia. Owszem, warto być przygotowanym, warto zadawać pytania, ale w momencie, kiedy człowiek wchodzi na plan i ruszają kamery, najlepiej zdać się na żywioł i pozwolić działać emocjom. Mogłem mu zaufać bez zastrzeżeń, ponieważ wiedziałem, że on ufa mi.

Na końcu filmu Branagha pojawia się napis: "Thor powróci w 'Avengers'". Czy teraz możemy liczyć na jego kolejny powrót?

No jasne! W sierpniu zaczynam zdjęcia do "Thora 2". Już się nie mogę doczekać!



[Yola Czaderska-Hayek]