Idris Elba gościem Yoli



- Ciemnoskórzy artyści bardzo często dostają schematyczne role oparte na etnicznych stereotypach. A ja twierdzę: "Nie ma czarnych i białych aktorów, są po prostu aktorzy" - mówi Idris Elba, serialowy Luther i niedoszły Bond, którego już za chwilę zobaczycie w "Prometeuszu". Oto przeprowadzona specjalnie dla Stopklatki rozmowa Yoli Czaderskiej-Hayek z aktorem.

Yola Czaderska-Hayek: Niedawno w Polsce ukazał się na DVD pierwszy sezon serialu "Luther", w którym grasz tytułową rolę. Powstały na razie tylko dwie serie, ale coraz częściej mówi się o realizacji trzeciej. Chciałam Cię zapytać, czy to prawda.

Idris Elba: Tak, na pewno powstanie trzeci sezon. Zdjęcia mają zacząć się w przyszłym roku. Nie wiem na razie, czy będzie to kontynuacja wątku Jenny [jedna z kluczowych postaci drugiego sezonu - dziewczyna, którą Luther próbuje ochronić przed gangsterami - Y. Cz.-H.], czy jakaś nowa historia. Chcemy też nakręcić filmową wersję "Luthera" i przenieść się z telewizji do kina. Takie są plany.

Rozumiem, że Alice [psychopatyczna morderczyni, która zaprzyjaźnia się z Lutherem - Y. Cz.-H.] obowiązkowo powróci w trzecim sezonie?

Tak słyszałem (śmiech). A mówiąc serio, nie mogę w tej chwili tego potwierdzić, choć oczywiście bardzo chciałbym Ci powiedzieć: "Tak, Alice na pewno się pojawi". To ulubiona postać fanów, a poza tym jej relacje z Lutherem to jeden z najciekawszych wątków. Więc pewnie Alice powróci. Ale na sto procent tego nie wiem.

W trzecim sezonie pewnie będziesz przedstawiał się: "Nazywam się Luther, John Luther".

No tak, znowu słyszę, że mam zagrać Bonda!

Do mnie też co jakiś czas docierają te pogłoski. Dlatego chciałam Cię zapytać, na ile są prawdziwe.

Nie są prawdziwe w ogóle. Wszystko wzięło się stąd, że w którymś wywiadzie Daniel Craig, czyli obecny Bond, powiedział, że jego zdaniem byłbym bardzo dobry w tej roli - co oczywiście jest wielkim komplementem i bardzo za to dziękuję. Ale tak się właśnie rodzą plotki. To jedno zdanie, wyrwane z kontekstu, wywołało prawdziwą burzę. Choć nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To wszystko.

Nie powiesz mi, że nie chciałbyś zagrać Jamesa Bonda!

Jasne, że nie miałbym nic przeciwko. To byłoby całkiem ciekawe wyzwanie. Zdaję sobie sprawę, że seria o Bondzie rządzi się własnymi, bardzo dokładnie określonymi regułami i pewne rzeczy są dozwolone, a inne absolutnie nie. Ale w ostatnich latach producenci podjęli próbę odświeżenia formuły i złamania niektórych zasad. Daniel Craig nie przypomina prawie w ogóle agenta 007, którego znamy ze starych filmów. Więc nie byłbym wcale zdziwiony, gdyby niedługo przyszedł czas na czarnoskórego Bonda. Bardzo chętnie bym go zagrał. Zwłaszcza jeśli po skończeniu zdjęć pozwolą mi zatrzymać wszystkie samochody.

I dziewczyny.

Niech będzie, dziewczyny też (śmiech).

Pytanie tylko, jak fani zareagują na takiego Bonda. W "Lutherze" na przykład kolor skóry bohatera nie odgrywa właściwie żadnej roli.

Rzeczywiście. To efekt zamierzony, postanowiliśmy w ogóle nie poruszać tego tematu. Z reguły jeśli w filmie pojawia się bohater reprezentujący jakąś grupę etniczną, to scenarzyści dodatkowo podkreślają tę jego odrębność, jakby chcąc pokazać widzom: "Patrzcie, on jest inny". Tymczasem Luther jest po prostu brytyjskim policjantem, nie ma znaczenia, czy jest czarny, czy biały. Pod względem rasowym jest jakby przezroczysty. Cieszę się z tego, ponieważ od paru lat sam walczę z etykietką "czarnego aktora". Ciemnoskórzy artyści bardzo często dostają schematyczne role oparte na etnicznych stereotypach. A ja twierdzę: "Nie ma czarnych i białych aktorów, są po prostu aktorzy". Kiedy czytam scenariusz, to nie interesuje mnie kolor skóry bohatera - chyba że jest to sprawa kluczowa dla fabuły. Jak wtedy, gdy grałem żołnierza w Rwandzie [chodzi o dramat telewizyjny "Czasem w kwietniu" - Y. Cz.-H.]. Podczas pracy nad serialem przyjęliśmy więc zasadę, żeby w ogóle nie wdawać się w kwestię pochodzenia bohatera. Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie wydawało się nam to konieczne. Po drugie, chcieliśmy, żeby Luther był kimś w rodzaju superbohatera.

Słucham?

John Luther jest postacią, która wyrasta ponad przeciętność. Jest skazany na samotność. Ma swoje tajemnice, którymi nie może się z nikim podzielić. Ma niezwykłe zdolności, dzięki którym odnosi sukcesy w pracy. A do tego jeszcze ma swój charakterystyczny kostium: ciągle chodzi w tym samym garniturze, zupełnie jak Superman w tym swoim niebieskim ubranku. No i oczywiście ma własny kolor. Zwróć uwagę, ile razy w serialu przewija się motyw czerwieni. Czerwony fotel, czerwone jabłko, czerwony krawat... Krótko mówiąc, Luther jest superbohaterem.

Dobrze, prawie mnie przekonałeś. Ale ten opis pasuje jedynie do pierwszego sezonu. W drugim Luther jest już zupełnie inny.

Tak musiało być. Zauważ, że w pierwszym sezonie John Luther traci właściwie wszystko: żonę, najlepszego przyjaciela, pracę... To człowiek, którego tylko jeden krok dzieli od szaleństwa. Po zakończeniu tej serii uznaliśmy, że czas coś zmienić. Doszliśmy już do ściany, trzeba popchnąć bohatera na jakieś nowe tory, bo inaczej po prostu strzeli sobie w łeb. Dlatego w drugim sezonie częściej widzimy go poza pracą, w domu, kiedy wreszcie zdejmuje ten swój garnitur. Nareszcie mamy okazję poznać go bliżej, od innej strony, kiedy próbuje poskładać sobie życie od nowa. Między nami mówiąc, nie mogę się doczekać, co teraz wymyślą scenarzyści na trzeci sezon. Podejrzewam, że to będzie coś zaskakującego.

Im gorzej będzie się układać Lutherowi, tym lepiej dla Ciebie. Będziesz miał materiał do zagrania.

Na pewno! Dlatego na przykład wolę brytyjskie seriale od amerykańskich. Więcej tu możliwości do stworzenia ciekawej roli. Brytyjczycy mają długą tradycję tworzenia kryminałów w starym stylu, gdzie obok zagadki "kto zabił" równie ważne są relacje między bohaterami, a detektyw musi mieć przede wszystkim niebanalną osobowość, być nawet kimś w rodzaju filozofa, znawcy ludzkiej duszy. W amerykańskich serialach często dochodzi do przerostu formy nad treścią, a realizatorzy w pierwszej kolejności epatują widzów krwawymi szczegółami zbrodni. "Luther" moim zdaniem łączy elementy stylu brytyjskiego i amerykańskiego. To bardzo mroczna historia z dużą dawką krwawych scen, ale jednocześnie pokazuje oryginalnego, ciekawego bohatera. Muszę powiedzieć, że granie Luthera sprawiało mi wielką przyjemność, zwłaszcza w drugim sezonie, kiedy naprawdę mocno oberwał od życia. W zwyczajnym kryminale wystarczy po prostu wejść na plan i recytować swoje kwestie, najczęściej dotyczące policyjnych procedur. Ale kiedy człowiek wciela się w faceta, który zmaga się z potwornymi problemami, trzeba się trochę wysilić. Luther jest pełen wad i żeby je ukryć, tworzy na pokaz wizerunek twardego, skutecznego gliniarza. To zresztą jeszcze jeden powód, dla którego nazywam go superbohaterem: ma podwójną tożsamość. Ukrywa swoje prawdziwe "ja" pod maską. Budując tę rolę, musiałem nieustannie zadawać sobie pytania: czemu ten facet zachowuje się w ten sposób, dlaczego nie spróbuje inaczej, dlaczego nieustannie balansuje na krawędzi. To nie było łatwe zadanie, ale mam z grania Luthera sporą satysfakcję. I liczę na więcej.

Prywatnie lubisz kryminały? Masz swoich ulubionych detektywów?

Mówiłem już wiele razy, że dla mnie "Luther" to hołd złożony serialowi "Columbo". Nawet formuła jest podobna: widzowie wiedzą, kto jest mordercą, i czekają, kiedy dopadnie go główny bohater. W każdym odcinku toczy się gra, kto kogo przechytrzy, kto okaże się sprytniejszy. Neil Cross [twórca serialu - Y. Cz.-H.] i ja chcieliśmy pójść tą samą drogą. Pokazać detektywa, który wie, kto zabił, ale musi sprawić, żeby morderca sam się przyznał. A poza tym? Wychowałem się głównie na starych brytyjskich serialach: "Cagney i Lacey", "The Sweeney", "The Professionals". A ze współczesnych: "Dr Fitz" i "Główny podejrzany".

Nie oglądałeś w ogóle amerykańskich seriali?

Przede wszystkim "The Rockford Files". No i uwielbiałem "Bonanzę", ale to akurat nie kryminał.

No dobrze, to w takim razie odejdźmy na moment od kryminału. Muszę Cię zapytać o Twój najnowszy film, który w Polsce wejdzie na ekrany dopiero za miesiąc. "Prometeusz" to mieszanka horroru z przewagą science-fiction...

Nie, nie, to zdecydowanie science-fiction z elementami filmu grozy. Te proporcje są bardzo ważne. Zagrałem w paru horrorach, więc jestem wyczulony na tę różnicę.

Czyżbyś miał słabość do horrorów?

Przeciwnie, nie jestem w stanie ich oglądać. Za bardzo się boję (śmiech). Serio! Wyjątkowo działają mi na wyobraźnię i przez to nie potrafię spokojnie wysiedzieć przed ekranem. Kiedy oglądam horror, obok musi grać muzyka albo dzwonić telefon - coś musi mnie rozpraszać, bo inaczej umrę ze strachu. Na szczęście granie w filmach grozy to zupełnie inna sprawa. Poza tym "Prometeusz", jak już wspomniałem, to przede wszystkim fantastyka. Jest oczywiście kilka scen pełnych napięcia - trudno, żeby było inaczej, skoro to film bazujący na "Obcym". Ale na planie nie było czego się bać. Przeciwnie, wspominam pracę nad "Prometeuszem" jako świetną zabawę. Z takim reżyserem, z takimi aktorami to chyba oczywiste.

Z kim najlepiej Ci się pracowało?

Uwielbiam Noomi Rapace! Bardzo się cieszę, że miałem okazję ją poznać, bo uwielbiam ją za rolę w "Millennium". Okazało się, że ona też lubi moje filmy, więc dogadaliśmy się bez problemu. Dzięki temu mogę to teraz powiedzieć z czystym sumieniem: Noomi Rapace to absolutna wariatka (śmiech). Odjechana kompletnie.

W jakim sensie?

Dla roli jest w stanie zdobyć się na wszystko. Nie widziałem jeszcze, żeby ktoś z takim zaangażowaniem pracował nad kreacją. Kiedy Noomi pojawia się na planie, cały świat przestaje dla niej istnieć. A ona sama dosłownie staje się postacią, którą gra. Dosłownie wchodzi w jej skórę. Co więcej, oczekuje, że wszyscy inni będą się podobnie starać i nie ma oporów, żeby podczas kręcenia zdjęć wygarnąć komuś, że za mało się przykłada do roboty (śmiech). Sam staram się skupiać na roli w podobny sposób, więc całkiem podoba mi się jej metoda: poświęcić się wyłącznie pracy i nie zwracać uwagi na resztę. Wydaje mi się, że nasze spotkanie przy "Prometeuszu" było korzystne dla nas obojga. Sporo się od siebie nawzajem nauczyliśmy.

Aktor z Twoim dorobkiem i doświadczeniem jeszcze się czegoś uczy? Brzmi niewiarygodnie.

Ale ja naprawdę przez cały czas się uczę. I wciąż mam poczucie, że czegoś nie umiem. Jakiś czas temu dostałem propozycję zagrania Otella w kolejnej ekranizacji Szekspira. Odmówiłem. Nie dlatego, że nie odpowiada mi rola - przeciwnie, bardzo chciałbym zagrać Otella! - ale dlatego, że zwyczajnie się bałem. Nie mam doświadczenia ze szkoły teatralnej, nie mam za sobą ról dramatycznych i zwyczajnie nie wiem, czy się nadaję do Szekspira. Może kiedyś odważę się spróbować, ale na pewno nie teraz.

Chyba jesteś dla siebie zbyt surowy.

Na pewno jestem wobec siebie bardzo krytyczny, można nawet powiedzieć, że jestem najgorszym recenzentem własnych ról. Dlatego na przykład nie oglądam własnych filmów, nie potrafię patrzeć na siebie na ekranie. Naprawdę, fizycznie nie jestem w stanie tego wytrzymać. Uwierzysz, że nie widziałem ani jednego odcinka "Luthera" ani "Prawa ulicy"? Serio. Wiem tylko, że ludziom się to podoba. Tak mi przynajmniej mówią.

Może widzom podoba się, jak grasz bohatera, który obrywa od życia?

Mogę Ci w takim razie obiecać, że jak już zagram Bonda, to też oberwie od życia (śmiech).



[Yola Czaderska-Hayek]