Christian Bale gościem Yoli



Bruce Wayne z pewnością nie jest zdrowy psychicznie. Można nawet powiedzieć, że ma rozdwojenie jaźni - mówi w rozmowie z Yolą specjalnie dla Stopklatki Christian Bale, który właśnie kończy swoją przygodę z Mrocznym Rycerzem.

Yola Czaderska-Hayek: Zarówno dla Christophera Nolana, jak i dla Ciebie "Mroczny Rycerz Powstaje" to trzeci i ostatni film o Batmanie. Jakie to uczucie odwiesić na zawsze do szafy kostium superbohatera?

Christian Bale: Trudno to opisać. Z jednej strony trochę się cieszę, że to koniec, a z drugiej... będzie mi chyba brakowało Batmana. Wciąż jeszcze nie dociera do mnie, że to już trylogia! Być może dlatego, że Chris zawsze nam powtarzał na planie: "Każdy film ma się bronić jako odrębna całość. Bo nie wiadomo, czy dadzą nam pieniądze na następny" - i moim zdaniem trudno o lepsze podejście. Nasza wspólna przygoda z Batmanem zaczęła się w 2003 roku. Przez ten czas zdążyłem się zaprzyjaźnić nie tylko z Chrisem, ale i z większością ekipy. Praca nad trylogią o Mrocznym Rycerzu sporo mnie nauczyła. Między innymi tego, że filmy o superbohaterach nie muszą sprowadzać się do czystej rozrywki. Jest w nich miejsce i na fascynujące postacie, i na znakomite historie, i na bogatą treść.

Po trylogii Christophera Nolana raczej trudno będzie zrobić lepszy film o Batmanie.

To zależy. Postać Bruce'a Wayne'a nadal kryje w sobie olbrzymi potencjał, myśmy wykorzystali zaledwie jego część. W jakimś sensie to wciąż jest dziecko, mały chłopiec, którego rodziców zamordowano na jego oczach. To bardzo smutny, zgorzkniały samotnik, który nie potrafi uporządkować własnego życia. Istnieje też jego publiczny wizerunek, czyli wiecznie imprezujący playboy. No i jest oczywiście Batman, który uosabia jego gniew i poczucie niesprawiedliwości. Tak naprawdę bardzo niewiele różni go od zwykłego przestępcy. Dawno już pewnie zszedłby na złą drogę, gdyby nie altruizm, troska o zwykłego człowieka. Dzięki temu wciąż jeszcze walczy po słusznej stronie. Można by nakręcić o nim jeszcze mnóstwo filmów, ale Chris uznał, że czas już na ostatni rozdział. I jeśli o mnie chodzi, to idealny moment na pożegnanie z tą postacią.

No właśnie, oglądając dwa poprzednie filmy, odnosiłam wrażenie, że Bruce Wayne nie wyobraża sobie pożegnania z kostiumem Batmana. Trzeci film pokazuje, że jednak istnieje taka możliwość.

Sygnalizowaliśmy ten temat już w poprzednich częściach, kiedy Alfred nieustannie zamęczał Bruce'a pytaniami: Do czego to wszystko doprowadzi? Jaki będzie koniec tej krucjaty Batmana? Na początku trzeciego filmu widzimy, że Wayne całkowicie już zdziwaczał. Żyje w osamotnieniu, zrezygnował z walki, wycofał się zupełnie z publicznego życia. Jest w fatalnej formie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Po czym nagle w Gotham City pojawiają się Selina Kyle i Bane. Ich arogancja zaczyna go irytować, sama obecność nowych przestępców w mieście - w JEGO mieście! - stanowi dla niego wyzwanie. Bruce postanawia założyć kostium Batmana po raz ostatni i odkrywa, że właśnie tego było mu trzeba. Odmieniony wraca do gry.

Próbuję sobie wyobrazić, że idę ulicą i dopada mnie facet przebrany za nietoperza. Uciekłabym z krzykiem.

Bo może jest akurat Halloween, ktoś się dziwnie ubrał i za dużo wypił (śmiech) Ale bądźmy szczerzy, Batman to świr, nie? Dawno temu, kiedy dostałem do przeczytania scenariusz "Początku", pomyślałem sobie: albo ten facet jest skończonym idiotą, albo podchodzi do sprawy poważnie. Może nawet za poważnie. Bruce Wayne z pewnością nie jest zdrowy psychicznie. Można nawet powiedzieć, że ma rozdwojenie jaźni: jedna to spokojny biznesmen i playboy, a druga to wściekły, przerażający potwór. Bruce stworzył tego potwora celowo, żeby ulokować w nim całą swoją furię i usunąć ją ze swego normalnego życia. To klucz do zrozumienia postaci Batmana. Tom Hardy i Anne Hathaway również musieli wejść w psychikę swoich bohaterów, żeby Bane i Catwoman nie wyglądali jak przebierańcy z Halloween. Aby móc zagrać superłotra w filmie Christophera Nolana, trzeba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ci ludzie zakładają te dziwne kostiumy i robią to, co robią?

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy grałeś Batmana, kostium sprawiał Ci mnóstwo problemów. Czy przy trzecim filmie udało się je rozwiązać?

To ten sam kostium, który wykorzystaliśmy w "Mrocznym rycerzu". Co najwyżej usprawniliśmy kilka rzeczy, zupełnie jak zrobiłby to Bruce Wayne. Nie ma porównania z tamtym koszmarem z "Początku"! Pamiętam, że nawet dublerzy o wiele silniejsi ode mnie nie byli w stanie się w nim ruszyć. Można było nabawić się klaustrofobii, zwłaszcza że samo zdjęcie kostiumu zajmowało jakieś 15-20 minut. A całkiem często dochodziło do sytuacji, w których zwyczajnie nie dawało się w nim oddychać. Bywało więc czasami, hm, dość ciężko. Na szczęście w kolejnych filmach kostium został zmodyfikowany.

Zatrzymałeś go sobie na pamiątkę?

Nie, ale z każdego filmu wziąłem sobie po jednej pelerynie Batmana.

Jak wyglądało Twoje pożegnanie z Mrocznym Rycerzem? Czyli ostatni dzień na planie.

Kręciliśmy na Manhattanie scenę na dachu wieżowca. Ja jako Batman, Anne jako Catwoman. A za nami Nietoperz. Nic wielkiego, żadnych fajerwerków. To nie był ostatni dzień zdjęciowy filmu, realizacja potem jeszcze trochę trwała. Ale ja już swoją pracę zakończyłem. I po tej scenie pożegnałem się ze wszystkimi. Krótko, bo nie lubię dramatycznych rozstań i lania łez. Poprosiłem o trochę czasu na spakowanie się, po czym zamknąłem się w swoim pokoju, usiadłem, otuliłem peleryną Batmana i wspominałem wszystko, co się wydarzyło przez ostatnie kilka lat. Tak minęło 20 minut. Wtedy dotarło do mnie, że to już. Że to koniec, że to był ostatni raz. Nigdy więcej nie założę tego kostiumu i nie zagram tej postaci. To była bardzo ważna chwila w moim życiu.

Jak trylogia o Mrocznym Rycerzu wpłynęła na Twoją karierę? Masz poczucie, że coś się zmieniło?

Tak, z pewnością! Kiedyś, przed "Batmanem", często otrzymywałem propozycje ról, z których ostatecznie nic nie wychodziło. Bo na przykład reżyser bardzo chciał obsadzić mnie w filmie, ale producent, który trzymał rękę na pieniądzach, od razu stawiał opór: "Christian Bale? Po moim trupie". I potem dostawałem telefon: "Słuchaj, bardzo cię przepraszam, naprawdę chciałem, żebyś u mnie zagrał, ale nie chcą mi dać na ciebie kasy". Teraz jest inaczej, nikt nie robi żadnych problemów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że sielanka nie będzie trwała wiecznie i być może, jeśli spotkamy się za kilka lat, mogę znaleźć się w tym samym miejscu, z którego wyszedłem. I znów nie będą chcieli mnie obsadzać. Ale na razie jest dobrze. Nie chcę w tej chwili snuć wielkich planów na przyszłość, bo jest na to zbyt wcześnie. Nie wiadomo, jak trzeci "Batman" się sprzeda. Ale jestem otwarty na wiele możliwości. Być może nawet na jakiś nowy cykl z innym bohaterem.

Poczekaj. Skoro producenci nie chcieli Cię zatrudniać, to jakim cudem dostałeś rolę Batmana?

Wszystko dzięki Chrisowi. Okazało się, że postrzegamy postać Batmana podobnie, i to wyszło na jaw już przy pierwszej rozmowie. Pamiętam, że zanim poznałem Chrisa, ogromne wrażenie zrobił na mnie komiks Franka Millera "Rok pierwszy". Pomyślałem wtedy, że takiego Bruce'a Wayne'a nikt wcześniej nie pokazał na ekranie ani w kinie, ani w telewizji. Opowiedziałem Chrisowi o swoich wrażeniach, mówiłem, że takiego właśnie Batmana chciałbym zobaczyć w filmie. Stwierdził: "Podoba mi się ten pomysł". I doradził mi: "Jeśli chcesz dostać rolę, zgłoś się na zdjęcia próbne". Tak zrobiłem. Razem z Chrisem odbyliśmy próbę scenariuszową dla Warner Bros. Rany, to było coś potwornego! Czytałem kwestie Batmana z jakąś maksymalną nadekspresją, aż do przesady. Potem, czekając na odpowiedź, miałem wrażenie, że zrobiłem z siebie wyjątkowego idiotę. Ale przekonywałem sam siebie, że Batman nie może mówić jak zwyczajny facet. Musi mieć w głosie coś przerażającego, nienaturalnego. Na szczęście okazało się, że Chris jest podobnego zdania. I przekonał producentów, żebym to ja zagrał.

Jak sam powiedziałeś, Batman to świr. Ale reszta głównych postaci w "Mroczny Rycerz Powstaje" do normalnych też nie należy. Na przykład Bane to uosobienie destrukcji. Niemal doszczętnie niszczy Gotham City. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest to nawiązanie do rewolucyjnych nastrojów we współczesnej Ameryce.

Musiałabyś o to zapytać Chrisa. Nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście tak było, bo w jego filmach - i za to je uwielbiam - obok walorów rozrywkowych zawsze jest miejsce na jakiś głębszy podtekst, na jakiś ciekawy przekaz. Tak się zabawnie złożyło, że kiedy kręciliśmy zdjęcia w Nowym Jorku, dosłownie dwie ulice dalej trwała okupacja Wall Street. Więc być może faktycznie coś jest na rzeczy. Być może Batman powrócił do swoich korzeni. Bo przecież kiedy w 1939 roku Bob Kane stworzył tę postać, w Europie wybuchła II wojna światowa - swoją drogą, zawsze jako Europejczyk nie mogę się nadziwić, że Amerykanie liczą początek wojny dwa lata później - i Batman to postać zrodzona z gniewu, frustracji i poczucia bezsilności. Batman przynosi odpowiedź na pytanie, co może zdziałać jeden człowiek w świecie, w którym zapanował całkowity chaos. I mam takie wrażenie, że Chris w trzecim filmie odwołał się do tego kontekstu. Ale to tylko moje luźne dywagacje, tak naprawdę interpretacja zależy od widza.

No i jest jeszcze Catwoman. Postać, którą wszyscy uwielbiają.

Naprawdę wszyscy ją uwielbiają? To świetnie. To znaczy, że aktorce się udało. Wydaje mi się, że Anne Hathaway doskonale uchwyciła styl bohaterki. Widać to było już na etapie prób ze scenariuszem. Wiele znakomitych aktorek starało się o rolę Catwoman, ale tylko Anne udało się zajrzeć pod maskę Catwoman i dostrzec, co się pod nią kryje. Jak już mówiłem, kiedy gra się u Christophera Nolana, trzeba zadać sobie kilka ważnych pytań na temat swojej postaci. Żeby później nie narazić się na niezamierzoną śmieszność i nie wyglądać w kostiumie jak przebieraniec w Halloween. Jeżeli bohaterka decyduje się na założenie stroju Kobiety-Kota, to robi to w jakimś celu. I z czegoś to wynika. Kostium musi być częścią postaci. Anne poradziła sobie z tym zadaniem idealnie. Swoją drogą, wydaje mi się, że potrzeba nam w filmach więcej takich dziewczyn, jak Catwoman.

To znaczy jakich?

Takich, które potrafią skopać komuś tyłek, ale jednocześnie są inteligentne. Jako ojciec szukam dla swojej córki bohaterek, które mogłyby stanowić dla niej wzór do naśladowania.

Chodzisz z nią na filmy o superbohaterach?

Nie. Zupełnie jej nie interesują. Dlatego, choć może trudno w to uwierzyć, nie widziałem ani jednego filmu o superbohaterach z ostatnich lat, oczywiście z wyjątkiem naszych "Batmanów". Nie znam nawet tych największych hitów! Trochę oczywiście żałuję, bo niektóre naprawdę chciałbym obejrzeć. Ale cóż, brak czasu. A z córką chodzimy do kina tylko na takie filmy, jakie ona wybierze.

Naprawdę nie interesuje jej ani Superman, ani Spider-Man?

Jako zabawki czy naklejki - może. Ale nie do tego stopnia, żeby chciała ich oglądać na ekranie. To jeszcze nie ten wiek [córka Christiana Bale'a, Emmeline, ma 7 lat - Y. Cz.-H.].

"Batmanów" też jeszcze nie widziała?

O nie! Na to jest jeszcze zdecydowanie za mała. Nie pozwoliłbym jej na to. Kiedy trochę podrośnie, może zechce je obejrzeć. Ale na pewno nie będę jej do tego zmuszał. Chcę, żeby miała wolność wyboru.

***

KORZYSTAJĄC Z OKAZJI PRZYPOMINAMY WYWIADY YOLI ZWIĄZANE Z FILMAMI O BATMANIE

Tom Hardy (Bane) specjalnie dla Stopklatki

Christopher Nolan specjalnie dla Stopklatki m.in. o Batmanie



[Yola Czaderska-Hayek]