Jeremy Renner gościem Yoli



Jeremy Renner właśnie wszedł do grona najgorętszych hollywoodzkich aktorów. Ma na koncie role w "Mission: Impossible - Ghost Protocol", "Avengers" i "Dziedzictwie Bourne'a". - Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nagle wystąpiłem w kilku filmach akcji pod rząd. Nie planowałem tego. Ale bardzo się cieszę, że tak wyszło - wyznaje w ekskluzywnym wywiadzie dla Stopklatki. Mówi też o bezsenności w LA, zakupach w Internecie i zabawach z bronią podczas kręcenia "Dziedzictwa...". Czytaj przeprowadzony specjalnie dla nas wywiad Yoli Czaderskiej-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: "Dziedzictwo Bourne'a" to kontynuacja trylogii, która dała gwiazdorską sławę Mattowi Damonowi. Nie czułeś presji, przejmując pałeczkę po tak znakomitym poprzedniku?

Jeremy Renner: Nie. Nie wydaje mi się. O presji można by rzeczywiście mówić, gdybym po prostu przejął rolę Bourne'a od Matta Damona, ale ten wariant w ogóle nie wchodził w rachubę. Gdyby ktoś złożył mi taką propozycję, nie zgodziłbym się. Jason Bourne to Matt Damon. Koniec, kropka. Stworzył kapitalną postać i nikt inny nie zagra jej lepiej. Pomysł "Dziedzictwa..." polega na czym innym. Mamy nowego bohatera i nową historię. Oczywiście wiąże się ona bardzo ściśle z trylogią, ale nie stanowi takiego zwyczajnego dalszego ciągu, to raczej osobna opowieść. Spodobało mi się takie podejście i kiedy przeczytałem scenariusz, od razu postanowiłem zagrać.

Nie powiesz mi, że nie obawiałeś się porównań z Mattem Damonem!

Obawiałem się tak naprawdę jednej rzeczy: że nie podołam fizycznie. W trylogii Bourne'a sceny akcji, walk, pościgów to po prostu czysta energia. I to bez użycia jakichś komputerowych sztuczek. Jeżeli na ekranie bohaterowie się biją, to wygląda to tak realistycznie, jak to tylko możliwe. Człowiek ma wrażenie, że jest tam z nimi. Matt poradził sobie znakomicie. Dlatego zależało mi na tym, by nie zawieść oczekiwań fanów. I żeby czwarty film był tak samo energetyczny, jak poprzednie.

Jak się do tego przygotowałeś?

Dużo ćwiczyłem. To najprostsza odpowiedź. Poza tym oczywiście przed nakręceniem scen walk trzeba było opanować choreografię, która czasem była bardzo skomplikowana. Z reguły realizacja jednej sekwencji, która zajmuje na ekranie około dwóch minut, ciągnie się przez wiele dni. Najpierw ćwiczyliśmy markowanie wszystkich ciosów, potem odbywaliśmy próby na planie, gdzie często coś się jeszcze poprawiało. I kiedy już cały układ mieliśmy opanowany do perfekcji, kręciliśmy scenę. Na ogół z użyciem kilku kamer ustawionych pod różnymi kątami, żeby potem można było wszystko efektownie zmontować. Dzięki temu nie trzeba było tej samej bijatyki powtarzać kilka razy.

Aktorzy z reguły strasznie narzekają na ten etap przygotowań, kiedy trzeba dużo ćwiczyć, żeby nabrać kondycji. Ale Ty wyglądasz na zadowolonego.

Może dlatego, że lubię wyzwania i lubię dowiadywać się czegoś nowego, także o sobie. Nie przeszkadza mi etap ćwiczeń, wprost przeciwnie. Pamiętam, że na przykład przed filmem "S.W.A.T." przez trzy miesiące spędzaliśmy mnóstwo czasu z facetami z jednostki antyterrorystycznej. To właśnie wtedy nauczyłem się strzelać i składać broń. Wcześniej nie miałem z tym w ogóle do czynienia. Takie rzeczy się przydają - może niekoniecznie w życiu, ale w następnych filmach na pewno, kiedy człowiek nie musi się już uczyć, jak trzymać pistolet. Dlatego nie narzekam. Warto być otwartym na różne doświadczenia. Warto się rozwijać. Mam 41 lat, więc oczywiście już trochę za późno na gwałtowne zmiany, ale każda okazja, żeby się czegoś nauczyć, jest na wagę złota. Dlatego nie narzekam. Warto się trochę pomęczyć, bo potem jest satysfakcja.

Na planie "Bourne'a" nauczyłeś się czegoś nowego?

Dostałem do rąk karabin snajperski, z którego jeszcze nigdy nie strzelałem. Potrzebowałem trochę czasu, żeby posługiwać się nim swobodnie, ponieważ bohater, którego gram, Aaron Cross, ma do czynienia z taką bronią na co dzień. Nauczyłem się więc rozkładać i składać karabin na ślepo, nie patrząc na niego w ogóle. Wydawało mi się, że radzę sobie całkiem nieźle. Niestety na planie pojawiły się kłopoty. Scenę z karabinem kręciliśmy w górach przy potwornym mrozie. W jakimś momencie straciłem prawie całkiem czucie w dłoniach. Kiedy trzeba było złożyć karabin gołymi rękami, wszystko wlokło się niemożliwie. Na szczęście montażyści podkręcili trochę tę scenę, dzięki czemu w filmie wydaje się, że idzie mi bardzo szybko. Ale do tej pory pamiętam, że było strasznie.

Ostatnio masz szczęście do tajnych służb. Jak nie "Mission: Impossible", to "Avengers". A teraz jeszcze "Bourne". Czyżbyś polubił filmy akcji?

Nie, tego nie powiem. W filmach akcji nadal czuję się obco. Ale właśnie dlatego jest to dla mnie takie interesujące doświadczenie. Przynajmniej się nie nudzę, bez przerwy dzieje się coś nowego, ekscytującego. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nagle wystąpiłem w kilku filmach akcji pod rząd, i to głównie w rolach tajnych agentów. Nie planowałem tego. Ale bardzo się cieszę, że tak wyszło - no i że przy okazji "Avengers" i "Mission: Impossible" bardzo dobrze sobie poradziły. Jak już mówiłem, lubię wyzwania, a przez ostatnie kilka lat zaliczyłem ich całkiem sporo. Aha, uprzedzając następne pytanie: mój następny projekt nie będzie filmem akcji (śmiech).

Szkoda, bo już chciałam Cię zapytać, jak masz zamiar pogodzić występy w kolejnych częściach "Avengers" z ewentualnymi sequelami "Bourne'a" i "Mission: Impossible". Bo nie wątpię, że takowe powstaną.

To wszystko jest kwestią przyszłości, a ja nie bardzo lubię o tym rozmawiać. Nikt nie wie, co się tak naprawdę wydarzy za rok, czy dwa. Nie bawmy się w zgadywanki. Być może kolejne części powstaną, a być może nie. Być może po rozmowie z Tobą padnę na zawał, to również może się zdarzyć. Wrócimy do tego tematu, kiedy powstaną już jakieś konkretne plany, dobrze?

Brzmi to tak, jakbyś nie miał ochoty na kolejne części.

O nie, tego nie powiedziałem! Z wielką przyjemnością wystąpiłbym w sequelach, tylko że na razie nie ma żadnych podstaw, żeby w ogóle o tym rozmawiać. Nie chcę snuć planów, z których może nic nie wyjść.

Do kolekcji ról tajnych agentów brakuje Ci chyba tylko występu w nowym "Bondzie".

To by było coś.

Masz swój ulubiony bondowski film?

Ojej! Nie wiem, co odpowiedzieć. Przychodzi mi do głowy co najmniej siedem tytułów, a każdy z innego powodu. Lubię oczywiście te klasyczne "Bondy", na przykład "Ośmiorniczkę". Ale najbardziej trafiają do mnie te nowe, z Danielem Craigiem. W jego wykonaniu James Bond jest taki po męsku szorstki, bliższy rzeczywistości. Podoba mi się takie kino. Dlatego, gdybym naprawdę miał wybrać tylko jeden film, głosowałbym na ten pierwszy, w którym zagrał: "Casino Royale".

Nie głosujesz przypadkiem po znajomości? W końcu znasz Craiga osobiście, a w "Dziedzictwie Bourne'a" zagrałeś z jego żoną.

Nie, to nie całkiem tak. Daniela poznałem dopiero na planie "Dziedzictwa", gdy przyjechał odwiedzić Rachel Weisz. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych znajomych z ekipy "Kowbojów i obcych". Ale nie rozmawialiśmy o pracy. My, aktorzy, generalnie nie lubimy rozmawiać o pracy, bo spędzamy w niej większość życia. Dlatego rozmawialiśmy o wszystkim innym.

Na przykład?

Gdybyś z nami była, to byś wiedziała (śmiech). Z kolei z Rachel znamy się od dwunastu lat, ale jakoś nigdy dotąd nie zdarzyło nam się razem zagrać. Choć oboje mieliśmy ochotę. To był nasz pierwszy raz i z przyjemnością bym go powtórzył. Praca z Rachel to prawdziwa radość. Oczywiście bardzo nam pomagało na planie, że się prywatnie lubimy. Ale przede wszystkim to niesamowicie utalentowana aktorka i wspaniały człowiek. No i piękna kobieta, prawda?

Bezdyskusyjnie. I nie da się zaprzeczyć, że jest między Wami na ekranie chemia. Zdziwiłam się, że w "Dziedzictwie Bourne'a" wątek romansowy został okrojony właściwie do zera.

Długo zastanawialiśmy się, jak pokazać, co właściwie łączy Aarona Crossa z doktor Martą. Na szczęście na planie przez cały czas obecny był scenarzysta [reżyser filmu, Tony Gilroy, jest jednocześnie autorem scenariusza - Y. Cz.-H.], dzięki czemu można było przegadać rozmaite pomysły: że łączy ich tylko profesjonalna więź lekarza z pacjentem, że są jak brat i siostra, że może jednak coś z tego będzie... Można było poprowadzić ten wątek w różne strony. Ostatecznie zdecydowaliśmy się nie iść w dosłowność, tylko raczej zasugerować coś widzom. Między Crossem i Martą jest napięcie, które narasta w trakcie filmu. Robi się niesamowicie erotycznie właśnie dlatego, że nic się nie dzieje. I gdyby nagle wprowadzić scenę miłosną, wszystko by runęło. Dobrze, że jest tak, jak jest.

Między bohaterami iskrzy także w scenach akcji.

No, może nie we wszystkich. Pamiętam, jak kręciliśmy scenę pogoni na motocyklu. Przejeżdżaliśmy przez targ rybny. Scenariusz wymagał, żebyśmy w tym momencie spadli z motoru i potoczyli się po ziemi. Udało się to wszystko jakoś nakręcić i kiedy po wszystkim odwróciłem się do Rachel, żeby zapytać, czy wszystko w porządku, zobaczyłem nagle, że ma jakieś takie białe coś na twarzy i we włosach. Takie drobne jakby płatki. Przyjrzałem się... i okazało się, że to rybie łuski! Miała je wszędzie, w nosie, w ustach. Wtedy oboje zdaliśmy sobie sprawę, że profesja tajnego agenta nie ma wiele wspólnego z filmami w stylu "Bonda", w których bohaterowie z każdego pościgu wychodzą czyści i piękni. I zdecydowanie nie było w tej scenie nic erotycznego, mogę Cię o tym zapewnić. Szpiegowska robota to głównie krew, pot i łzy. Na dobrą sprawę praca aktora również.

Wspomniałeś, że spędzasz w pracy większą część życia. A co robisz w wolnym czasie?

Nie mam go niestety za wiele, bo niestety większość wolnych dni zajmują mi treningi. Ale kiedy już mam parę chwil dla siebie, to poświęcam je na drobne, proste przyjemności. Na przykład kanapki z tuńczykiem (śmiech). Uwielbiam! A druga rzecz to drzemki! Kocham spać, a niestety zdarza się, że długo nie mogę zasnąć. Kiedy kręciliśmy "Avengers", to marzyła mi się taka supermoc, która polegałaby na błyskawicznym zapadaniu w sen. Chciałbym być narkoleptycznym superbohaterem. To by było to. No i jeszcze muzyka. Wszędzie noszę ze sobą odtwarzacz i słuchawki. Co poza tym?...

Zimne piwo?

Nie. Za piwem akurat nie przepadam. Nie mam też byt wielu okazji, by się napić.

Zakupy?

Nie lubię chodzić po sklepach. Potrzebne rzeczy na ogół kupuję przez Internet.

Sport?

O, bardzo chętnie! Przypomina mi się, jak część zdjęć "Dziedzictwa Bourne'a" kręciliśmy na Filipinach. Miałem okazję wybrać się na tamtejszą wyspę, Boracay. Coś przepięknego! Nie dość, że cała okolica przypomina po prostu raj na ziemi, to jeszcze są tam idealne warunki do pływania. Czy to wpław, czy łodzią. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na to, żeby posiedzieć w wodzie. Polecam to miejsce każdemu, kto lubi pływanie. Marzę o tym, żeby kiedyś tam wrócić. Ale nie chcę snuć żadnych planów. Wiesz już, że tego nie lubię. Co ma być, to będzie.



[Yola Czaderska-Hayek]