Jon Hamm gościem Yoli



- Podczas realizacji "Mad Men" bardzo często nie mamy pojęcia, co nas czeka. I zdarza się, że czytając scenariusz, jesteśmy zaskoczeni tak samo, jak widzowie! - przyznaje Stopklatce Jon Hamm czyli serialowy Don Draper. Już za kilka dni rozdanie nagród Emmy, telewizyjnych Oscarów, do których Hamm nominowany został po raz kolejny. Poniżej wywiad Yoli Czaderskiej-Hayek z aktorem.

Yola Czaderska-Hayek: Gratulacje! Piąty sezon "Mad Men" był naprawdę świetny i wcale się nie dziwię, że serial dostał tyle nominacji do nagrody Emmy. Wiadomo już, że powstanie sezon szósty. Wiesz może, co się wydarzy? I czy masz na to jakiś wpływ?

Jon Hamm: Wpływ mam bardzo niewielki, właściwie żaden. O wszystkim decyduje Matthew Weiner [twórca "Mad Men" - Y. Cz.-H.]. Na planie serialu jest jak kapitan statku: dowodzi, wydaje rozkazy, a my go słuchamy. Jeśli o mnie chodzi, to najlepsze rozwiązanie: po prostu wszyscy ufamy jego intuicji. Dlatego jeśli chcesz wiedzieć, co będzie w szóstym sezonie, to raczej Ci nie odpowiem. Podobnie jak Ty, mogę się tylko domyślać. Zresztą nawet podczas realizacji "Mad Men" bardzo często nie mamy pojęcia, co nas czeka. I zdarza się, że czytając scenariusz, jesteśmy zaskoczeni tak samo, jak widzowie! Naprawdę, kręcąc odcinek, na ogół nie wiem, o czym będzie następny. Co zresztą mi odpowiada. Oprócz tego, że gram w tym serialu, jestem także jego fanem, więc nie chciałbym psuć sobie zabawy, wiedząc za wiele zbyt wcześnie.

To ciekawe, bo kiedyś Matthew Weiner powiedział, że Ty jako jedyny znasz wszystkie sekrety serialu i wiesz, kto się z kim prześpi, kto zginie i tak dalej. Tyle tylko, że potrafisz dochować tajemnicy lepiej niż on.

To akurat żadna sztuka. Jeśli chcesz wyciągnąć z Matta jakiś sekret, to wystarczy, że go zwyczajnie zapytasz (śmiech). Jak już zacznie mówić, to nie potrafi przestać. Jakby nie wiedział, że można po prostu milczeć. Pamiętam, że na imprezie z okazji jego czterdziestych urodzin, czyli gdzieś w okolicach pierwszego albo drugiego sezonu "Mad Men", dałem mu na prezent zestaw wizytówek z napisem "Przestań tyle gadać".

Ale serio, jak to w końcu jest: wiesz, co się wydarzy w serialu czy nie?

Matt przesadza. Na pewno wiem trochę więcej od innych członków obsady. Ale z pewnością nie wiem wszystkiego. I nie chcę wiedzieć. Po co psuć sobie niespodziankę? Matt zresztą zawsze powtarza nam to podczas każdej próby z czytaniem scenariusza: "Nie psujcie innym zabawy, nie mówcie nikomu, co się wydarzy". I doskonale to rozumiem. Zresztą dzisiaj, przy tylu możliwościach technicznych, wystarczy, że ktoś powie o jedno słowo za dużo i natychmiast wiedzą o tym wszyscy na drugim końcu świata. Lepiej unikać takich wpadek i nie mówić nic.

Powiedziałeś, że jesteś fanem "Mad Men". Co najbardziej podoba Ci się w serialu?

To, że opowiada bardzo konkretną, zwartą pod względem dramaturgicznym historię. Każdy sezon to jakby jeden rozdział z życia bohaterów, który tworzy zamkniętą całość. I ma początek, środek i koniec. Podczas oglądania "Mad Men" ma się poczucie spełnienia, satysfakcji, że oto w finale sezonu wszystkie wątki zostały podopinane, a mimo to cały czas czeka się na dalszy ciąg. Zresztą ten ostatni sezon był dla wszystkich przełomowy. Joan wzięła rozwód, Lane popełnił samobójstwo, a Peggy opuściła firmę. Jak w życiu. Ludzie umierają, odchodzą z pracy, rozwodzą się. A świat kręci się dalej.

Matthew Weiner, opisując piąty sezon, powiedział, że to opowieść o problemach, jakie przynosi niespodziewany sukces. Zgodziłbyś się z tym?

Tak, bez wątpienia. Jest takie stare powiedzenie: "Uważaj z marzeniami, bo mogą się spełnić". I rzeczywiście, chociaż w serialu agencja reklamowa osiągnęła stabilną pozycję na rynku, to bohaterowie niekoniecznie są z tego powodu szczęśliwi. Don [główny bohater "Mad Men" - Y. Cz.-H.] ma nową żonę. Jest w niej zakochany i myśli tylko o tym, żeby zaciągnąć ją do jakiegoś pokoju i zdjąć z niej ubranie. Nawet w pracy. Zupełnie nie skupia się na tym, co ma do zrobienia. Z kolei Pete stał się jeszcze większym służbistą niż kiedyś. Zmusza ludzi do podwojenia wysiłków, żeby firma zarabiała więcej i więcej. Mówi nawet w pewnym momencie: "Stabilizacja to takie miejsce na skali między sukcesem a porażką, kiedy cofasz się, zamiast iść do przodu". Peggy z kolei ma coraz bardziej dość. Uważa, że wszyscy ją lekceważą tylko dlatego, że jest kobietą. Chciałaby wykonywać poważne zadania i liczy na pomoc Dona, ale bez skutku. Skoro tak, to postanawia znaleźć sobie miejsce gdzie indziej. I tak dalej, i tak dalej. Jak widzisz, z sukcesem czasem trudniej sobie poradzić niż z klęską.

A jak Ty sobie radzisz?

Tak samo, jak z większością rzeczy w życiu: staram się nie zwracać uwagi i liczę, że samo przejdzie. A mówiąc poważnie: ostatnie pięć, sześć lat było naprawdę wspaniałe. Nie spodziewałem się, że serial zdobędzie taką popularność, i to nie tylko w Ameryce. Podczas kampanii promocyjnej jeździłem do różnych krajów, dosłownie we wszystkie strony świata i wszędzie "Mad Men" przyjmowano jednakowo gorąco. Takie rzeczy naprawdę cieszą. A że przy okazji stałem się kimś w rodzaju celebryty? Nie traktuję tego całkiem serio. "Celebryta" to taka etykietka, którą ni stąd, ni zowąd przylepiają człowiekowi, a potem jeszcze szybciej zabierają. Owszem, miło jest, jeśli mnie rozpoznają, ale ten kij ma dwa końce: nadmierna presja nie zawsze przekłada się na lepszą pracę. Wchodząc na plan, mam wrażenie, że wszyscy nagle patrzą mi na ręce i obserwują, co zrobię. Trudno w takich warunkach skupić się na roli. Dlatego do sławy staram się podchodzić ze zdrowym dystansem. To pomaga.

Za sprawą "Mad Men" żyjesz w dwóch światach: w latach 60. ubiegłego wieku i obecnie. Jak według Ciebie Don odnalazłby się w dzisiejszej rzeczywistości?

Podejrzewam, że tak samo, jak pół wieku temu, czyli bez większego problemu. Takich ludzi jest wciąż bardzo dużo, szczególnie w branży reklamowej. Praca od dziewiątej do piątej, rutyna, powtarzalność - to nie dla nich. Wydaje mi się, że Don znakomicie odnalazłby się w tym środowisku. Także w Hollywood widuję wiele osób podobnych do niego. Albo w telewizji. Pewnie miałby parę problemów z przystosowaniem się do nowych realiów, ale tak naprawdę w "Mad Men" też co chwila ma jakieś kłopoty. Akcja toczy się w burzliwych latach 60., kraj się coraz bardziej zmienia i Don powoli przyłapuje się na tym, że należy już do przeszłości. A po piętach depcze mu następne pokolenie zachłannych młodych wilczków. Na początku serialu Don był postacią całkowicie odporną na ciosy, ale teraz jako pan po czterdziestce zaczyna coraz bardziej obawiać się o swoją pozycję.

Ty też jesteś już panem po czterdziestce. Jak bardzo zmienił się Twój świat?

Właściwie wcale. Nadal słucham tych samych piosenek, co kiedyś. Może tylko częściej przyłapuję się na tym, że zupełnie nie przemawiają do mnie współczesne kawałki. Nie rozumiem tej muzyki. Nie twierdzę oczywiście, że jest zła czy bezwartościowa, ale, cóż, nie jest to coś, czego słuchałbym z własnej woli, dla przyjemności. Oczywiście wiem, że powinienem się w tym momencie zaniepokoić o siebie, czy przypadkiem nie zamieniam się w jakiegoś zgryźliwego starucha, ale mam świadomość, że to naturalny proces. Na przykład dla kogoś takiego, jak Don z "Mad Men", Beatlesi byli czymś kompletnie nowym, niezrozumiałym. Ludzie tego pokroju słuchali Franka Sinatry, Deana Martina, jazzowych big bandów. Ale rock and rolla w ogóle nie uważali za muzykę! A dzisiaj Beatlesi to przecież klasyka. Być może powinienem być bardziej na czasie, ale ciężko byłoby nadążyć ze wszystkim - tak naprawdę jeszcze w college'u dałem sobie spokój z gonieniem za modą. Na ogół nie mam z tym żadnych problemów, może tylko czasem zdarzają się dziwne sytuacje. Kiedyś na przykład zaprosili mnie do "Saturday Night Live". Popatrzyłem w studiu na te wszystkie młode zespoły, które miały wystąpić. I tylko je odhaczałem w myślach: "Tego nie znam... tego nie znam... tego nie znam... O, Rihanna! Ją znam". Aż się ucieszyłem, że nie jest ze mną tak najgorzej. Ale może faktycznie już się starzeję. Nic się na to nie poradzi.

A za nowinkami technicznymi nadążasz?

Staram się, ale nie jest łatwo. Przeciętny ośmiolatek wie więcej ode mnie na ten temat. Czasem obserwuję dzieciaki, które na swoich iPadach piszą szybciej niż ja na komputerze. I przypominam sobie moją pierwszą maszynę. Dostałem ją, kiedy miałem 17 lat. To był Apple 2C z olbrzymim monitorem. Wydawał się wtedy cudem techniki. A dzisiaj pierwszy lepszy tablet potrafi więcej od niego. Cóż, prawo Moore'a [chodzi o zasadę sformułowaną przez Gordona E. Moore'a w 1965 roku - Y. Cz.-H.] czy jak to się tam nazywa. Technika idzie do przodu coraz szybciej. Nie da się być na bieżąco ze wszystkim. Czasami, kiedy mam słabszy dzień, nie potrafię nawet wysłać maila.

Naprawdę?

Mam problem z napisaniem choćby jednego zdania. Jednego maila potrafię wysyłać przez cztery godziny. A żeby nie było za łatwo, nie potrafię tak po prostu siedzieć i gapić się na migający kursor. Muszę wstać i wyjść z pokoju, bo inaczej się wścieknę. Za to SMS-y wysyłam bez najmniejszych kłopotów. Nie wiem, dlaczego tak jest. To nie wina komputera, tylko moja. Po prostu nie nadaję się do pisania i tyle. Dlatego podziwiam Jen [Jennifer Westfeldt, wieloletnia partnerka Jona Hamma - Y. Cz.-H.], która tworzy scenariusze i sprawia jej to przyjemność. Cały czas wymyśla jakieś nowe projekty, więc trzymam za nią kciuki.

Don w serialu ożenił się po raz drugi. Ty natomiast jakoś unikasz ślubu.

Ponieważ oboje nie widzimy takiej potrzeby, przynajmniej na razie. Jen i ja wiemy aż za dobrze, jak to jest, kiedy rodzice się rozwodzą. Mamy więc świadomość, że ślub tak naprawdę ma niewielkie znaczenie. To tylko ozdoba, formalność, a czy dwoje ludzi chce żyć razem, czy nie, to zupełnie inna sprawa. Jen i ja jesteśmy razem od piętnastu lat - wśród moich znajomych to absolutny rekord, większość małżeństw rozpadła się w znacznie krótszym czasie. Nasz związek niczym nie różni się od innych. Mamy wspólny dom... Nie, tak naprawdę mamy dwa domy. Mamy naszego psa, mamy wspólne konto w banku. Do kompletu brakuje nam tak naprawdę tylko uroczystego ślubu. Ale, jak mówię, nic nas na razie w tym kierunku nie ciągnie. Być może w przyszłości zmienimy zdanie.

Macie jakieś wspólne plany producenckie? [Jon Hamm i Jennifer Westfeldt prowadzą studio Points West Pictures - Y. Cz.-H.]

Plany? To za dużo powiedziane. Na razie nad niczym konkretnym nie pracujemy. Jen rozkręca w tej chwili własny projekt dla HBO. To będzie serial, do którego napisze scenariusz i zagra główną rolę. Wszystko jest jeszcze na bardzo wczesnym etapie, nie wyłonili jeszcze nawet obsady. Zajmuje się tym nasza firma, ale bez mojego udziału. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się z Jen popracować razem przy czymś ciekawym, ale jak dotąd jeszcze niczego takiego nie znaleźliśmy.

A co planujesz na przyszłość? Masz zamiar grać w "Mad Men" do emerytury czy widzisz dla siebie miejsce gdzie indziej?

Na pewno nie będę w "Mad Men" do emerytury. Po pięciu udanych sezonach przychodzi moment, kiedy trzeba się zastanowić nad zakończeniem serii. Konieczna jest decyzja: czy ciągniemy to dalej, a jeżeli tak, to jak długo jeszcze. Co chcemy pokazać, dokąd chcemy zaprowadzić bohaterów. I do czego właściwie sami zmierzamy. Rola Dona zabrała mi spory kawałek życia i zawsze będę ją ciepło wspominał. Ale mam nadzieję, że gdy serial się skończy, będę mógł odejść z podniesionym czołem. I z poczuciem, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty.

Może znajdziesz więcej czasu dla kina?

Cały czas czekają różne projekty filmowe. W przyszłym roku ma wejść na ekrany rzecz, którą zrobiłem już dawno temu, tylko premiera ciągle się opóźnia. Ari Folman - ten od "Walca z Baszirem" - nakręcił adaptację powieści science-fiction z lat 50. Film nosi tytuł "Kongres", jeśli dobrze pamiętam [chodzi oczywiście o ekranizację powieści Stanisława Lema "Kongres futurologiczny" wydanej w 1971 roku - Y. Cz.-H.]. Problem w tym, że jest to animacja i praca nad nią trwa strasznie długo, o wiele dłużej niż samo nagranie dialogów. Wszystkie te postsynchrony i prace montażowe ciągną się w nieskończoność. Ale na przyszłoroczny festiwal w Cannes film powinien być gotowy. Co poza tym? Zaczynam też zdjęcia do nowej komedii z Larrym Davidem. Scenariusza prawie wcale nie ma, na planie będziemy musieli głównie improwizować. Zapowiada się fajnie.

Życzyłabym Ci szczęścia, ale nie wiem, czy wierzysz w takie rzeczy.

Na pewno jestem trochę przesądny, ale... Hmm, sam nie wiem. Na pewno w ostatnim czasie miałem sporo szczęścia, więcej niż kiedykolwiek. Zupełnie jakby los chciał mi teraz wynagrodzić wcześniejsze lata, wcale nie takie szczęśliwe. Ale z drugiej strony nie wiadomo, kiedy znowu karta się odwróci. Życie potrafi być naprawdę dziwne. Najlepiej chyba po prostu robić swoje zamiast liczyć na cud, prawda?



[Yola Czaderska-Hayek]