Damian Lewis gościem Yoli



Za rolę w serialu "Homeland" niedawno otrzymał nagrodę Emmy. W Polsce ciągle jest kojarzony z roli w serialu "Kompania braci". Specjalnie dla Stopklatki Yola Czaderska-Hayek rozmawia z Damianem Lewisem i jak się okazuje ma on sporo wspólnego z Jamesem Bondem.

Yola Czaderska-Hayek: Tuż po ceremonii wręczenia nagród Emmy gratulowałam Ci trofeum dla najlepszego aktora za rolę w serialu "Homeland'. A ponieważ miłych słów nigdy za dużo, to gratuluję Ci jeszcze raz. Jak się czujesz teraz, gdy rozpoczął się drugi sezon?

Damian Lewis: Denerwuję się jeszcze bardziej niż przed premierą pierwszego. Poprzednim razem było o wiele łatwiej. Startowaliśmy z dalekiego miejsca, nikt się nami nie przejmował, mało kto w ogóle wiedział, że taki serial istnieje. Teraz za to wszyscy nam patrzą na ręce, bo "Homeland" niespodziewanie stał się hitem, a pierwszy sezon niesamowicie podniósł nam poprzeczkę. Dlatego mam poczucie, że działamy pod presją, bo każdemu zależy na tym, by utrzymać poziom i nie rozczarować widzów. Jak to ładnie ujmują bracia Amerykanie, mamy tak zwany "high class problem" (śmiech). Ale z drugiej strony lubię takie problemy, bo zmuszają człowieka do kreatywności, nie pozwalają spoczywać na laurach. Poza tym dostaliśmy od producenta znacznie więcej pieniędzy na nakręcenie drugiego sezonu. Pod względem realizacyjnym każdy odcinek przypomina film kinowy! Takie przynajmniej wrażenie miałem na planie.

Brody, bohater serialu, to fascynująca postać. Z jednej strony wiemy, że coś ukrywa, a z drugiej widzimy, że nie daje po sobie nic poznać, co najwyżej zdradzają go jakieś drobne gesty, skrzywienie twarzy. Czy zagranie faceta, który sam bez przerwy gra, było dla Ciebie wyzwaniem?

Owszem, ale to bardzo przyjemne wyzwanie. Jako brytyjski aktor grywałem często w teatrze, w sztukach Czechowa, Ibsena, no i oczywiście Szekspira. Na scenie nauczyłem się, że najlepsze role napisane są tak, aby to, co w nich najistotniejsze, widać było dopiero między wierszami. Taki właśnie efekt moim zdaniem udało się osiągnąć scenarzystom "Homeland". Brody to postać skomplikowana, wielowarstwowa, trzeba się nieźle namęczyć, żeby go rozgryźć. Jak zagrać kogoś takiego? Przede wszystkim zdecydować się na jeden styl i konsekwentnie się go trzymać. Nie robić z Brody'ego człowieka-kameleona, który w każdej scenie staje się kimś innym. Jeżeli chcesz zagrać pięć postaci naraz, to żadnej nie zagrasz dobrze. Trzymaj się jednej, a wtedy całą resztę, cały ten podtekst zawarty między wierszami scenariusza, dopowiedzą sobie widzowie.

Nigdy nie miałeś problemów z rozszyfrowaniem Brody'ego?

Oczywiście zdarzały się takie dni, kiedy nie wiedziałem kompletnie, co właściwie mam zagrać. Potrafiłbym Ci nawet pokazać konkretne sceny w serialu, kiedy patrzę przed siebie całkowicie pustym wzrokiem, bo nie mam pojęcia, co się dzieje. Podejrzewam, że właśnie wtedy widzowie byli najbardziej przekonani, że Brody coś knuje (śmiech).

Miałam na myśli trochę co innego. Czy trudno jest Ci zagrać człowieka, którego w życiu byś nie polubił?

Dobre pytanie! Dla mnie aktor ma w sobie coś z adwokata. Reprezentuje swoją postać i musi jej bronić. Ja reprezentuję Brody'ego i moim obowiązkiem jest pokazać jego ludzką stronę. Jasne, to nie jest łatwe, ponieważ mowa o facecie, który wchodzi obwieszony materiałami wybuchowymi do pokoju pełnego ludzi. Ale moim zadaniem jest dowiedzieć się, co nim kieruje, znaleźć jego motyw. I bronić go do upadłego. Zresztą lubię chyba wszystkie postacie, które zagrałem. Nie wierzę w absolutne zło, takie jak w dramatach Szekspira. Pamiętam nawet, że podczas kręcenia pierwszego sezonu wielokrotnie rozmawialiśmy z Claire [Danes - Y. Cz.-H.] o swoich postaciach. I sprzeczaliśmy się jak prawnicy podczas rozprawy o to, czy Brody jest terrorystą, czy nie.

Co było trudniejsze: wchodzenie w skórę Brody'ego na planie czy powrót do normalnego życia po pracy?

Ojej! Nie wiem. Na pewno granie Brody'ego nie jest łatwe, ale rzeczywiście tak samo trudno jest się od tej postaci uwolnić. To człowiek, który żyje w nieustannym napięciu, bez przerwy ogląda się za siebie. I ta jego paranoja może być zaraźliwa. Dodatkowy kłopot z pracą aktora polega na tym, że ona właściwie nigdy się nie kończy, bo zawsze gdzieś w jakiejś części umysłu myśli się o roli. Ona wciąż człowiekowi towarzyszy. Nawet kiedy ma się, powiedzmy, trzy albo cztery dni wolnego. To jest bagaż, którego nie sposób się pozbyć. Ja w każdym razie nie potrafię. Dlatego dość często przejmuję cechy granych przez siebie postaci. Podczas kręcenia pierwszego sezonu "Homeland" znajdowałem się w o tyle trudnej sytuacji, że moja żona i dzieci były na innym kontynencie. Siedziałem w hotelu sam, rozmyślając nad scenariuszem. Właściwie nie wychodziłem z roli, nie przestawałem być Brodym. To był dość ciężki okres i wolałbym tego doświadczenia nie powtarzać.

Zostawiłeś rodzinę w kraju?

Niestety! Takie są właśnie konsekwencje tego zawodu. Fajnie być aktorem i dostać rolę w amerykańskim serialu, ale przez to trzeba być cały czas na miejscu, do dyspozycji producentów. Nasza rodzina i tak żyje na walizkach i z kalendarzem w ręku. Helen [McCrory, żona Damiana Lewisa - Y. Cz.-H.] przez ostatnie kilka lat starała się znaleźć jak najwięcej czasu dla naszych dzieci. Dlatego ograniczała się tylko do małych ról - za to w takich filmach, jak "Hugo" czy "Harry Potter", co podkreślam z dumą, bo wypadła w nich świetnie! Ale na nic więcej nie mogła sobie pozwolić, bo córka ma sześć lat, a syn za chwilę skończy pięć, więc sama rozumiesz, że wymagają opieki przez cały czas. Obowiązek utrzymania rodziny spadł na mnie, a w takiej sytuacji trzeba się pogodzić z tym, że dostaje się pracę na innym kontynencie. Zeszły rok nie był dla nas łatwy, w tym z kolei sytuacja się odwróciła. To ja wziąłem na siebie opiekę nad dziećmi, ponieważ Helen przez całe lato grała w teatrze z Rorym Kinnearem i Julie Walters [chodzi o spektakl "The Last of the Haussmans", który otrzymał entuzjastyczne recenzje, podobnie jak rola Helen McCrory - Y. Cz.-H.].

Samodzielnie opiekowałeś się dwójką dzieci? Mój bohaterze!

Bez przesady, nie pomyl mnie z jakimś Supermanem. Korzystałem z pomocy niani, inaczej nie dałbym rady. Jak już mówiłem, żyjemy trochę po wariacku, trochę tu, trochę tam, czasami razem, czasami osobno. Ale ciągle szukamy sposobu na pogodzenie naszej pracy z życiem rodzinnym. Chcemy jakoś to wszystko wypośrodkować, znaleźć równowagę. Podejrzewam, że jeszcze przez parę najbliższych lat będziemy skazani na trudne wybory i kompromisy. Cóż, sami tego chcieliśmy.

Obawiam się, że wy, Brytyjczycy, jesteście skazani na życie na walizkach, skoro zachciało się wam ruszać na podbój Ameryki. W tej chwili wszyscy w Hollywood odliczają już godziny do premiery "Skyfall", a przecież Bond to wizytówka Wielkiej Brytanii.

Pochwalę Ci się: w jakimś sensie ja też zagrałem Jamesa Bonda. I to całkiem niedawno.

Jak to? Nic nie mówiłeś!

Miesiąc temu, z okazji jubileuszu Bonda, BBC wydało specjalną kolekcję audiobooków z powieściami Iana Fleminga. Do nagrania zaproszono między innymi Rosamund Pike, Davida Tennanta, Kennetha Branagha, no i mnie. Czytam "Diamenty są wieczne". Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że w jakimś sensie zagrałem Jamesa Bonda. W końcu czytałem jego dialogi.

No dobrze, wiemy już zatem, kto jest najlepszym odtwórcą roli Bonda...

Oczywiście, że ja! (śmiech)

A jacyś inni kandydaci?

Kiedy byłem młodszy, to na przekór wszystkim wolałem Rogera Moore'a od Seana Connery'ego. Naprawdę! Podobało mi się, że grał nie do końca serio, z przymrużeniem oka, zawsze ze znacząco uniesioną jedną brwią. Dzisiaj natomiast głosuję na Daniela Craiga. Przyznaję, że nie tak wyobrażałem sobie Bonda, ale Daniel naprawdę znakomicie sobie poradził. I wiem, że zabrzmi to jak frazes, ale i tak to powiem: to rzeczywiście Bond na miarę naszych czasów. Niesamowicie dynamiczny, pełen energii, no i o wiele bardziej osadzony w rzeczywistości niż dotychczas.

Skoro o rzeczywistości mowa: za sprawą niedawnych wydarzeń na Bliskim Wschodzie Twój serial niespodziewanie zyskał na aktualności. Zamierzacie jakoś się do nich odnieść w drugim sezonie "Homeland"?

Masz na myśli atak w Benghazi? [chodzi o atak z 11 września 2012 roku, w którym zginął amerykański ambasador w Libii, Christoper Stevens - Y. Cz.-H.] Nie sądzę, żeby w serialu znalazły się jakieś wzmianki na ten temat. Teoretycznie byłoby to możliwe, bo kiedy w Libii doszło do tej tragedii, scenarzyści pracowali jeszcze nad finałowymi odcinkami drugiego sezonu. Byłaby więc okazja, żeby umieścić w dialogach odwołania do rzeczywistości. Ale nie wydaje mi się, żeby do tego doszło. Alex Gansa i Howard Gordon [scenarzyści "Homeland" - Y. Cz.-H.] piszą według ściśle ustalonego planu i raczej nie korzystają z pomysłów dorzuconych w ostatniej chwili. Poza tym upłynęło za mało czasu. Mam wrażenie, że na tym etapie wykorzystywanie prawdziwego zamachu do uatrakcyjnienia serialu byłoby nie na miejscu. Zarówno z przyczyn etycznych, jak i artystycznych. "Homeland" mógłby... jak to nazywacie w Ameryce? Przeskoczyć rekina [chodzi o idiom "jumping the shark", który oznacza niepotrzebne efekciarstwo, przynoszące efekt odwrotny od zamierzonego; określenie to odnosi się do amerykańskiego sitcomu "Happy Days", w którym jeden z bohaterów założył się, że przeskoczy nad żywym rekinem, jadąc na nartach wodnych - scena ta, zamiast spowodować wzrost oglądalności, przyczyniła się do upadku serialu - Y. Cz.-H.]. Ale nie wykluczam, że być może w trzecim sezonie jakieś odwołania się pojawią.

Aha! Czyli Brody dożyje do trzeciego sezonu?

Tego Ci oczywiście nie powiem (śmiech). "Homeland" to taki serial, w którym zginąć może absolutnie każdy. Nie ma kuloodpornych, nietykalnych bohaterów. Zresztą po pierwszym sezonie dla wszystkich już powinno być oczywiste, że scenarzyści potrafią zaskoczyć widzów niespodziewanymi zwrotami akcji. W dzisiejszych czasach to rzadka umiejętność, ponieważ powstało już tyle filmów, seriali i książek, że publiczność doskonale orientuje się we wszystkich konwencjach i na ogół świetnie potrafi przewidzieć dalszy ciąg. Mam nadzieję, że nasz drugi sezon będzie tak samo zaskakujący, jak pierwszy.

Mimo Twoich deklaracji "Homeland" do pewnego stopnia bazuje na realnych wydarzeniach. Nie byłoby przecież tego serialu, gdyby nie zamach z 11 września i wojna z terroryzmem. Pamiętasz, co robiłeś tamtego dnia w 2001 roku?

Tak, pamiętam bardzo dobrze. Byłem wtedy na planie "Sagi rodu Forsyte'ów". Było sporo zamieszania wokół tego serialu. Adaptacja BBC z lat 60. ubiegłego wieku to dzisiaj klasyka telewizji, więc oczywiście padały pytania, po co komu nowa wersja i kto to będzie oglądał. 11 września mieliśmy nakręcić najbardziej kontrowersyjną scenę, w której Soames Forsyte - czyli ja - gwałci swoją żonę, twierdząc, że w ramach kontraktu małżeńskiego ma prawo ją posiąść w dowolnie wybranym momencie, a jako wiktoriański dżentelmen nie zamierza nikomu się z tego tłumaczyć. Domyślasz się, że atmosfera była dość napięta. Z jednej strony sam czułem się nieswojo, bo sama myśl o gwałcie, nawet udawanym, wywołuje we mnie opór. Z drugiej - śliczna, filigranowa Gina McKee, którą zapewne kojarzysz z "Notting Hill", za chwilę miała zostać upokorzona przed kamerą, co z tego, że tylko na niby. Pamiętam, że było już po lunchu, chyba około pierwszej, bo między Londynem a Nowym Jorkiem jest pięć godzin różnicy. I wtedy asystent reżysera przerwał zdjęcia, ogłaszając komunikat, że samolot wleciał w World Trade Center. Wiesz, jak to jest na planie - wszyscy wzruszyli ramionami i stwierdzili "No dobra, katastrofa katastrofą, ale my tu mamy robotę do wykonania, zaczynajcie z tym gwałtem". Dopiero po kwadransie przyszła wiadomość, że trafiona została także druga wieża. Rozdzwoniły się telefony, bo niektórzy członkowie ekipy mieli krewnych w Nowym Jorku. No i było po wszystkim.

Ten dzień zmienił Twoje spojrzenie na świat?

Wiesz co, gdybym Ci chciał opowiedzieć o swoim spojrzeniu na świat, to musielibyśmy zakończyć ten wywiad, iść do pubu i tam przegadać pół nocy. Poza tym nie chodzi o to, że ten dzień zmienił moje spojrzenie na świat. On po prostu zmienił świat. I tyle.

W takim razie rzeczywiście pora kończyć. A co do pubu, to trzymam Cię za słowo!



[Yola Czaderska-Hayek]