Kristen Stewart gościem Yoli



Specjalnie dla Stopklatki wywiadów udzielali już Robert Pattinson i Taylor Lautner. Dziś pora na kolejną gwiazdę dobiegającej właśnie końca "Sagi Zmierzch". Yola rozmawia z Kristen Stewart o jej przygodzie z wampirami i wilkołakami, ale też o filmie "W drodze".

Yola Czaderska-Hayek: To już koniec "Zmierzchu"! Zdaję sobie sprawę, że dla Ciebie finał nastąpił już dawno temu, ostatniego dnia zdjęć, ale teraz także widzowie będą mogli pożegnać się z bohaterami sagi. Nie będzie Ci brakowało tego szaleństwa?

Kristen Stewart: Z jednej strony rzeczywiście czuję się trochę dziwnie. Ciągle jeszcze chyba nie dociera do mnie, że to już koniec, że już nigdy więcej nie zagram tej postaci, że nie powstanie kontynuacja. Więc to rzeczywiście dobry moment, żeby pożegnać się z czymś, co towarzyszyło mi nieustannie przez kilka ostatnich lat. A z drugiej strony zastanawiam się, czy takie pożegnanie rzeczywiście miałoby sens. Przecież te filmy nagle nie znikną, nie wyparują z dnia na dzień. One wciąż istnieją i będą istnieć. Każdy może je obejrzeć, można do nich wracać nieskończenie wiele razy. Więc z czym tu się właściwie żegnać? "Zmierzch" wciąż nam towarzyszy.

Jak wyglądało zakończenie pracy nad "Zmierzchem"?

Zamiast jednego zakończenia były dwa. Pierwotnie ostatnią sceną do nakręcenia była scena ślubu. Wydawało się, że to idealny moment. Na planie zebrała się cała obsada, wszyscy byli wzruszeni... Ale czegoś brakowało. Instynktownie czuliśmy, że coś jest nie tak, że to się nie może tak skończyć. Trzeba było coś jeszcze dodać. Zdecydowaliśmy się więc na dodatkowy dzień zdjęciowy - i to był ten drugi finał. Na wyspie Saint Thomas [na Wyspach Dziewiczych - Y. Cz.-H.] nakręciliśmy scenę miesiąca miodowego. Praca trwała dosyć krótko, bo za chwilę miało pokazać się słońce, ale jakoś nikt nie miał ochoty jej przerywać. Nawet kiedy udało się już nagrać całość, wszyscy wciąż stali na swoich miejscach, próbując odwlec tę chwilę, kiedy trzeba będzie zakończyć zdjęcia. Wtedy właśnie pojawiła się ta szczególna atmosfera, jak gdyby na znak, że to jest właśnie ten prawdziwy finał. Nie odczuwało się w ogóle zmęczenia. Raczej coś w rodzaju lekkości, uniesienia. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że to koniec. Że nie wrócę już do "Zmierzchu". Nigdy wcześniej nie czułam czegoś podobnego.

Więcej w tym było smutku czy ulgi?

Po trochu jednego i drugiego. Przez ostatnie lata żyłam tak naprawdę w świecie "Zmierzchu", w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. I nie zawsze było to łatwe. Dlatego kiedy ta przygoda wreszcie się skończyła, czułam się, jakby ktoś zdjął mi z ramion potężny ciężar. Rzeczywiście była w tym potężna ulga. A także świadomość, że nareszcie nie muszę się już o nic martwić. A jednocześnie było mi trochę żal, bo dzięki tej roli poznałam wielu wspaniałych ludzi i w momencie zakończenia zdjęć dotarło do mnie, że trzeba się z nimi pożegnać. I że być może nigdy więcej już się nie spotkamy. Dziwne to wszystko: pracując nad "Zmierzchem", marzyłam o tym, żeby to się wreszcie skończyło, a teraz trochę mi tych emocji i tej adrenaliny brakuje.

Ale może to jeszcze wcale nie koniec? Fani domagają się kolejnych części.

I na pewno kolejne części powstaną. Rozmawialiśmy o tym ze Stephenie [Meyer, autorką książkowego pierwowzoru "Zmierzchu" - Y. Cz.-H.], więc mogę mieć w tej sprawie pewność. "Zmierzch" to potężny świat, a my poznaliśmy dotąd jedynie jego malutki fragment. Całe mnóstwo pytań pozostało bez odpowiedzi. Jest tyle historii do napisania. O wampirach, o wilkołakach... Powstanie następnych książek jest tylko kwestią czasu. Z jednym zastrzeżeniem: to już nie będą opowieści o Belli i Edwardzie. Wątek tych dwojga został już raz na zawsze zakończony. Osiągnęli spokój, o który bardzo długo walczyli, mogą więc żyć długo i szczęśliwie. Teraz czas na nowych bohaterów.

Pomówmy więc o innym filmie, w którym zagrałaś: "W drodze". Muszę przyznać, że byłam zaskoczona, widząc Cię w obsadzie. Chciałaś zagrać w czymś ambitniejszym, żeby nie kojarzono Cię tylko z Hollywoodem?

Nie, w ogóle nie o to chodziło. Uwielbiam Hollywood, uwielbiam filmy, na które chodzi się do kina z popcornem. Nie zastanawiam się też, co powiedzą ludzie, kiedy zobaczą mnie w tym czy innym projekcie. W ogóle o tym nie myślę, bo inaczej nie mogłabym pracować. Czasem po prostu dzieje się tak, że wpada mi w ręce scenariusz i już podświadomie wiem, że chcę w tym zagrać.

To znaczy?

Mam taką zasadę: nie możesz zagrać kogoś, kim nie jesteś. To się po prostu nie uda. Zdarzyło mi się już parę razy, że podobał mi się jakiś scenariusz, ale odrzucałam rolę, ponieważ nie widziałam w tej postaci siebie. Z kolei jeśli podczas czytania tekstu mam coraz silniejsze wrażenie, że ta historia jest o mnie, to od razu się zgadzam. To oczywiście nie znaczy, że jestem w stu procentach taka, jak moje filmowe bohaterki. Chodzi raczej o zgodność przynajmniej niektórych cech, o sposób widzenia świata. Czasami podczas pracy ze scenariuszem sama jestem zaskoczona własnymi reakcjami, bo tekst porusza we mnie jakieś emocje, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. I przy okazji dowiaduję się czegoś o sobie, co też jest ciekawe. Nie ma w tym przypadku znaczenia, czy film jest wielkim, komercyjnym przedsięwzięciem jak "Zmierzch", czy raczej ambitniejszym, kameralnym projektem, jak "W drodze". Liczy się ten efekt, jaki scenariusz we mnie wywołuje.

O powieści Jacka Kerouaca mówi się, że to książka dla mężczyzn, więc jestem ciekawa, co zaciekawiło Cię w scenariuszu "W drodze".

To dla mnie bardzo ważna książka, jedna z tych, które zmieniają się wraz z człowiekiem. Przy każdej kolejnej lekturze zwraca się uwagę na zupełnie inne rzeczy. Pamiętam, że po raz pierwszy przeczytałam ją w pierwszej klasie liceum. I dosłownie zwaliła mnie z nóg! W tym wieku człowiek dopiero zaczyna sobie uświadamiać, że może mieć jakiś wybór w życiu, że może sam kształtować swoją przyszłość, że nie musi być we wszystkim zależny od rodziny. Zaczyna poszukiwać jakiegoś sensu, jakichś odpowiedzi na pytania, które go coraz bardziej dręczą. I nawet jeśli ich od razu nie znajduje, to instynktownie domyśla się, że warto drążyć, warto szukać. Pamiętam, że podobało mi się bardzo, jak w książce bohaterowie byli w nieustannym ruchu. Nienawidzili rutyny, stania w miejscu, zupełnie jak ja. Nie znoszę stagnacji, kocham płynność. A ta książka dosłownie płynie jak woda. Chciałam płynąć razem z nią.

O to chyba było trochę trudno na planie, ponieważ większość scen kręciliście albo w łóżku, albo w ciasnym samochodzie. Nie miałaś wrażenia, że zamiast podążać przed siebie jesteście zamknięci w klatce?

Trochę tak, bo rzeczywiście było mało miejsca i chwilami można było zwariować. Ale z drugiej strony mieliśmy poczucie swobody, ponieważ nie ograniczała nas żadna przestrzeń, mogliśmy jechać i jechać. Myśmy naprawdę prowadzili ten wóz, nie holowała nas żadna ciężarówka. Najbardziej się bałam, że reżyser wpadnie na pomysł, aby sceny jazdy kręcić w studiu, a tło dorobić w komputerze, ale tak się na szczęście nie stało. Mieliśmy całą drogę tylko dla siebie. Dlatego na dłuższą metę mimo ciasnoty i izolacji nikt z nas nie czuł się uwięziony w samochodzie. Wprost przeciwnie. A poza tym kogo Ty pytasz o takie rzeczy? Przecież ja grałam w "Azylu", więc wiem, jak to jest kręcić film w małym pomieszczeniu (śmiech).

Wszyscy pamiętają Twoją rolę w "Azylu", zwłaszcza że przypomniałaś o niej kilkanaście dni temu. (1 listopada na telewizyjnej konferencji prasowej Kristen Stewart ogłosiła, że podczas przyszłorocznej ceremonii wręczenia Złotych Globów, Jodie Foster odbierze prestiżową nagrodę im. Cecil B. DeMille'a. W "Azylu" 12-letnia Kristen grała córkę Jodie - Y. Cz.-H.)

Często ostatnio słyszę, że wydoroślałam (śmiech).

Jak z perspektywy czasu wspominasz współpracę z Jodie Foster?

Znakomicie. Po premierze "Azylu" różni ludzie próbowali mnie podpytywać: "No ale jaka ona naprawdę jest", zupełnie jakby liczyli na to, że ujawnię im jakiś szokujący sekret. Tymczasem w Jodie najbardziej szokujące jest to, że jest ona całkowicie normalną, spokojną osobą. A do tego niesamowicie otwartą na ludzi. W odróżnieniu od wielu, naprawdę wielu aktorów zdaje sobie doskonale sprawę, że na ostateczny kształt filmu pracuje cała armia ludzi i dlatego na planie nie stara się zadzierać nosa i dawać ekipie do zrozumienia, że ona jest tu najważniejsza. Możesz mi wierzyć, nie każdy aktor jest do tego zdolny (śmiech). Bardzo się cieszę, że wtedy, mając tak niewiele lat, trafiłam na kogoś tak wspaniałego.

No właśnie, chciałabym na moment cofnąć się do Twoich nastoletnich czasów. Wspomniałaś, że w liceum przeczytałaś "W drodze" Kerouaca. A co z innymi pisarzami z tamtego okresu: z Ginsbergiem czy Burroughsem? Też robili na Tobie wrażenie?

"W drodze" ma u mnie wyjątkową pozycję. To była pierwsza książka, którą z pełnym przekonaniem mogłam zaliczyć do swoich ulubionych. I otworzyła przede mną wiele drzwi. Może się zdziwisz, ale następny w kolejności nie był żaden z beatnikowskich pisarzy, tylko Henry Miller. Kolejny, który pisał "książki dla mężczyzn", prawda? Przez pewien czas byłam nim zafascynowana. Szczerze mówiąc, trudno mi się rozmawia o literaturze, szczególnie tego rodzaju, co proza beatników. Bo niezależnie od tego, jak spróbujemy ją opisać, coś się zawsze wymyka. Ma się wrażenie, że słowa nie oddają jej prawdziwego charakteru, jakoś ją spłaszczają, zubażają. Ci ludzie pisali w sposób niesamowicie instynktowny, odwoływali się bardziej do emocji niż do intelektu. Kiedy się czyta ich książki, to niemal fizycznie czuje się, co oni przeżywali. Natomiast opowiedzieć o tym jest już trudno. Spróbuj na przykład streścić komuś "W drodze" - zobaczysz, że wyjdzie z tego jakiś banał, niezależnie od tego, jak bardzo byś się starała. A czyta się to przecież rewelacyjnie.

Jest jeszcze jeden problem. Kiedyś książka Kerouaca wywołała skandal. Dzisiaj raczej mało kogo by już zaszokowała.

Ale to wcale nie znaczy, że straciła aktualność! Przecież w powieści nie to jest najważniejsze, że bohaterowie chodzą ze sobą do łóżka czy że biorą narkotyki. Gdyby do tego rzecz się sprowadzała, to o powieści Kerouaca wszyscy by już dawno zapomnieli. Tymczasem chodzi tam o to, o czym już wcześniej mówiłam: o nieustanne dążenie przed siebie, o poszukiwanie, o uświadomienie sobie, na co człowieka stać. W sumie nawet dobrze się stało, że te wszystkie sceny łóżkowo-narkotykowe na nikim już dzisiaj nie robią wrażenia. Bo dzięki temu film nie wzbudza taniej sensacji, nie stara się prymitywnie szokować, a za to pozwala widzom skupić się właśnie na tym najważniejszym przesłaniu książki. A wnioski każdy już sobie sam wyciągnie.

Skoro mowa o tym dążeniu przed siebie: masz jakiś sprecyzowany kierunek? Wyobrażasz sobie, w jakim punkcie znajdziesz się za pięć lat?

Nie! Nie mam w ogóle pojęcia. Nie robię żadnych planów i nie wyznaczam sobie żadnych celów. Mam nadzieję, że będę mogła w dalszym ciągu grać takie role, które będą mi w jakiś sposób bliskie.

To może zapytam o nieco bliższą przyszłość. Teraz promujesz "Zmierzch", prawda? Dokąd się wybieracie z Robertem [Pattinsonem - Y. Cz.-H.]?

Z Los Angeles jedziemy do Madrytu, potem do Berlina, stamtąd do Londynu i wracamy do Stanów. Zatrzymamy się na moment w Nowym Jorku.

Jednym słowem, Wy też jesteście "w drodze"?

Tak, zgadza się!



[Yola Czaderska-Hayek]