Bryan Cranston gościem Yoli



Rośnie nam nowy Clint Eastwood - mówi o Benie Afflecku w wywiadzie dla Stopklatki Bryan Cranston, jeden z najbardziej dziś rozpoznawalnych aktorów amerykańskich. Cranston jest na fali. Tylko w ostatnich latach zagrał w takich filmach jak: "Drive", "Pamięć absolutna", "Rock of Ages". A przecież jego najcenniejszym aktorskim dokonaniem jest rola w serialu "Breaking Bad". O roli w tej produkcji oraz w mającej dziś premierę "Operacji Argo" Cranston opowiada Yoli Czaderskiej-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: "Operacja Argo" opowiada o autentycznej akcji CIA sprzed ponad 30 lat. Pamiętasz ten dzień, kiedy w telewizji pokazano tę szóstkę Amerykanów, których udało się wydostać z Iranu?

Bryan Cranston: Oczywiście! Miałem wtedy jakieś dwadzieścia lat i śledziłem całą historię w telewizji. Tylko że wtedy wszyscy myśleli, że to była operacja kanadyjska. Pamiętam, że co chwila ktoś rzucał hasło "Dziękujemy, Kanado". Ambasador Ken Taylor był dla nas prawdziwym bohaterem. Zaryzykował własnym życiem, a także życiem swojej żony, żeby uratować tę szóstkę. Gdyby ich wtedy złapano, wszyscy trafiliby pod ścianę. I nawet teraz, kiedy wiemy już, że w rzeczywistości była to akcja przeprowadzona przez CIA, nie umniejsza to w niczym heroizmu ambasadora. Naprawdę było się czego bać. Na szczęście operacja zakończyła się sukcesem. Tym większym, że wszystko odbyło się bez jednego strzału. Nikt nie zginął. To jest chyba najważniejsze w tej historii. Udało się uniknąć wymiany ognia.

Czy przygotowując się do roli, rozmawiałeś z oficerami CIA, którzy brali udział w akcji?

Odbyłem wiele takich rozmów. Chciałem poznać ich środowisko, ich sposób myślenia. Praca w CIA to coś w rodzaju powołania: agent musi wierzyć w słuszność tego, co robi. I umieć działać przede wszystkim dla dobra sprawy. Jak w wojsku: jest rozkaz i trzeba go wykonać. I stać w szeregu, razem z innymi. Interesowało mnie, w jaki sposób ta otoczka wpływa na charakter agentów, czy rzutuje jakoś na ich prywatność. Najpierw rozmawialiśmy na tematy operacyjne: co się kiedy wydarzyło, kto co powiedział lub zrobił... Z tym nie było kłopotów. A potem zacząłem zadawać pytania w rodzaju: "Wyjechałeś na operację i nie było cię w domu przez pół roku. Czy nie ucierpiało na tym twoje małżeństwo?". No i zaczęły się schody. Rozumiem to oczywiście, bo też nie miałbym ochoty, żeby ktoś nagle wchodził mi z butami w prywatność. Ale widać było wyraźnie, że gdzieś tam kryje się jakiś problem, o którym nie chcą mówić. A mnie właśnie najbardziej interesowała ta ludzka, emocjonalna strona pracy w CIA. Nie były to łatwe rozmowy, ale powiedzmy, że czegoś się w sumie dowiedziałem.

Zdaje się, że do roli przybrałeś trochę na wadze.

To prawda. Zwykle staram się dbać o kondycję, przede wszystkim dla zdrowia. Ale pomyślałem sobie, że ktoś taki, jak Jack O'Donnell [bohater, którego w "Operacji Argo" gra Cranston - Y. Cz.-H.], nie może za dobrze wyglądać. Jest rozwiedziony, trochę za dużo pije, bez przerwy siedzi w pracy, zżerają go potworne nerwy, więc nie ma kiedy zadbać o siebie. Powinien mieć przynajmniej lekki brzuszek. Dlatego przed rozpoczęciem zdjęć jadłem mnóstwo naleśników i pizzy, a do tego piłem sporo piwa. Efekt widać w filmie. Poza tym wymyśliłem też sobie cały wewnętrzny świat Jacka O'Donnella. Ponieważ to głęboko wierzący katolik, postanowiłem, że będzie trzymał w szufladzie biurka różne dewocjonalia. Na przykład różaniec, żeby móc modlić się w kryzysowych chwilach. Jack nie obnosi się ze swoją wiarą, nie chce jej narzucać innym. Ale ona w nim jest. Ben [Affleck - Y. Cz.-H.] wiedział o moim pomyśle, ale ostatecznie nie wykorzystał go w filmie.

Szkoda.

Nie, nic się nie stało. Zrobiłem to przede wszystkim dla siebie, żeby wiarygodnie zbudować rolę. Ben zresztą ma taką zasadę: lepiej pokazać na ekranie za mało niż za dużo. Trzeba pozwolić widzom na samodzielną interpretację, nie wolno podsuwać im pod nos wszystkiego. Inaczej film będzie nudny. Widać to na przykład w relacji, jaka łączy Tony'ego Mendeza [bohatera, którego gra Ben Affleck - Y. Cz.-H.] z Jackiem. Są trochę jak ojciec i syn, potrzebują się nawzajem i wiedzą, że mogą sobie zaufać. Ale na jedyne przejawy poufałości pozwalają sobie dopiero w ostatniej scenie filmu, przed siedzibą CIA. Jack lekko klepie Tony'ego po ramieniu, to wszystko. Niby nic, ale dla mnie ta scena mówi bardzo wiele o obydwu postaciach. I ma pozytywny wydźwięk: "Wygraliśmy!". Zastanawialiśmy się zresztą z Benem, jak to ma wyglądać. Na pewno nie chcieliśmy, by Jack i Tony patrzyli sobie głęboko w oczy albo padali sobie w ramiona. Jedno delikatne klepnięcie załatwiło sprawę. Bardzo podoba mi się takie podejście ze strony Bena: z jednej strony oszczędność, a z drugiej subtelność. Po tym można poznać dobrego reżysera. Rośnie nam nowy Clint Eastwood (śmiech).

Często dyskutujesz z reżyserami na temat scenariusza?

Zależy, co mam do zagrania. To jest tak: praca z dobrym tekstem właściwie wykonuje się sama, ze złym natomiast to prawdziwa orka na ugorze. Bardzo łatwo wyczuć, czy reżyser wie, co właściwie chce nakręcić i czy potrafi inspirować się scenariuszem. Ale niezależnie od tego zdarzyło mi się parę razy poprosić o wprowadzenie zmian, bo wydawało mi się, że rola na tym zyska. Tak było na przykład przy "Drive".

Opowiedz o tym.

Nicholas Refn zaprosił odtwórców głównych ról do siebie do domu, żeby porozmawiać o scenariuszu. Zależało mu na tym, żebyśmy spotkali się właśnie u niego, ponieważ sam nie prowadzi samochodu i każde spotkanie w mieście to dla niego problem. Czujesz ironię? Facet, który nakręcił "Drive", nie ma nawet prawa jazdy! (śmiech)

Czekaj, to by się zgadzało! Jakiś czas temu rozmawiałam z Ryanem Goslingiem. I rzeczywiście wspominał, że po pierwszym spotkaniu późnym wieczorem Refn poprosił go o podwiezienie do domu, bo sam nie prowadzi. I wtedy zresztą wpadł na pomysł, jak "Drive" powinien wyglądać.

No więc przyjechaliśmy wszyscy do Nicholasa. Od pierwszej chwili było to fajne, nieformalne spotkanie. Po wejściu do salonu pozdejmowaliśmy buty i trzymaliśmy nogi w skarpetkach na kanapie. W jakimś momencie Nicholas nas przeprosił i zostawił w pokoju, bo musiał iść położyć dzieci spać. Naprawdę pełen luz, po domowemu. Ale oczywiście film był tematem numer jeden. W jakimś momencie Ryan wspomniał, że jego postać powinna wypowiadać się raczej poprzez czyny niż słowa. I najlepiej byłoby, gdyby jego kwestie ograniczyć do minimum. Stwierdziłem, że to ma sens. W takim razie mój bohater dla kontrastu powinien bez przerwy gadać. To jest taki drobny kombinator, który zawsze ma znakomite pomysły na zrobienie świetnego biznesu, tylko bez przerwy prześladuje go pech. Zawsze żebrze u kogoś o pieniądze i zawsze ma wymówkę, dlaczego nie jest w stanie ich oddać w terminie. Nicolas kupił ten pomysł. Pamiętam, że rozkręciliśmy się do tego stopnia, że zaczęliśmy odgrywać niektóre sceny. Bardzo mi nie odpowiadało, w jaki sposób mój bohater ginie, bo w oryginalnej wersji scenariusza miał zostać uduszony. Zapytałem Alberta Brooksa: "To jest facet, którego w sumie trochę lubisz. Musisz go zabić, ale nie chcesz, żeby za bardzo cierpiał. Jak to zrobisz?". Pomyślał chwilę, po czym wyciągnął do mnie rękę na znak przyjaźni. A kiedy podałem mu swoją, udał, że przejeżdża mi po nadgarstku nożem. I pocieszał mnie: "Już po wszystkim. Już nie boli". Ułożył mnie na podłodze, a na koniec nawet pogłaskał po głowie. Odegraliśmy całość, niemal identycznie jak w filmie. Niesamowite! To właśnie wtedy, w salonie Nicholasa Refna, powstała ta scena, której pierwotnie nawet nie było w tekście.

Z reżyserem "Pamięci absolutnej" też tak dyskutowałeś?

Oczywiście, choć może nie do tego stopnia. Miałem zagrać postać, w którą w wersji z 1990 roku wcielił się Ronny Cox. To Cohaagen, główny czarny charakter w filmie. Nie chciałem, żeby to była zwyczajna kopia tamtej roli, dlatego zaproponowałem kilka zmian. Najważniejsza z nich polegała na tym, że Cohaagen nie chce śmierci głównego bohatera. Próbuje raczej przekonać go: "Chłopcze, ktoś cię wprowadził w błąd, wracaj do nas, tu jest twoje miejsce, razem możemy tyle dokonać". Jest dla niego jak surowy, ale sprawiedliwy ojciec.

Czarny charakter, powiadasz. Filmowcy chyba lubią Cię obsadzać w takich rolach. W końcu bohater "Breaking Bad" też nie jest aniołem.

Nie oceniam moich bohaterów, nie wydaję osądów: "Ooo, to zły człowiek". Staram się raczej ich poznać, wejść w ich skórę, zrozumieć, co nimi kieruje. Cohaagen z "Pamięci absolutnej" nie uważa się za złego człowieka. Wychodzi z założenia, że jego racje są słuszniejsze, a ponieważ dysponuje ogromną władzą, nie waha się jej użyć, żeby usunąć opozycję. Niekoniecznie dla własnej korzyści; on naprawdę sądzi, że nikt lepiej od niego nie nadaje się na przywódcę. Z kolei Walter White z "Breaking Bad" wymyka się jednoznacznej ocenie. Nic mu się właściwie w życiu nie udało. Małżeństwo się sypie. Syn ma porażenie mózgowe. Praca nie przynosi satysfakcji. Uczniowie go nie szanują. Zarobki na nic nie wystarczają. Do tego jeszcze Walter ma raka i umrze najdalej za dwa lata. A jednocześnie produkuje narkotyki, okłamuje żonę, zadaje się z gangsterami i zabija ludzi. Dla mnie ten serial to coś w rodzaju eksperymentu socjologicznego. Podstawiamy widzom lustro pod nos i pytamy: "No i jak się czujecie, kibicując takiemu facetowi? Nie przeszkadza wam, co on robi?". Sam się czasem zastanawiam nad sobą po niektórych odcinkach. Czy byłbym zdolny do takich zbrodni, co Walter.

Tobie chyba raczej nie grozi sytuacja Waltera White'a. W odróżnieniu od niego odnosisz sukces za sukcesem. Najpierw "Breaking Bad", teraz filmy: "Drive", "Pamięć absolutna" i "Operacja Argo". Na Twoim przykładzie widać, że prawdziwa kariera zaczyna się po pięćdziesiątce! (śmiech)

Często powtarzam, że aktor jest jak surfer, który wypływa na otwartą wodę i leży na desce, wiosłuje rękami i czeka na falę, która go poniesie. Ja się naczekałem długo. Na tyle długo, by zacząć się zastanawiać, czy jestem jeszcze w stanie utrzymać się w pionie. Ale nie narzekam, nie było tak źle. Przez siedem lat grałem w "Zwariowanym świecie Malcolma", trafiały się też raz na jakiś czas ciekawe role. Nigdy nie wychodziłem z założenia, że coś mi się należy, więc nie miałem do nikogo pretensji, że te najlepsze fale jakoś mnie omijały. Aż tu nagle przyszła taka jedna! Popatrzyłem na nią, pomyślałem: "Wygląda całkiem nieźle". Zacząłem jazdę, po czym okazało się, że ta fala to prawdziwy gigant! Niesie mnie już któryś rok, a ja cały czas próbuję utrzymać się na desce. Wiem, że to nie będzie trwało wiecznie i prędzej czy później przyjdzie taki moment, kiedy woda wyrzuci mnie wreszcie na brzeg. Mam nadzieję, że kiedy to nastąpi, będę mógł położyć się spokojnie na piasku i powiedzieć: "Ale to była świetna jazda".

Wiesz już, jak skończy się serial?

Nie mam pojęcia. Vince Gilligan, twórca serii, powiedział kiedyś, że to opowieść o tym, jak pan Chips [życzliwy nauczyciel, bohater powieści Jamesa Hiltona "Żegnaj Chips" - Y. Cz.-H.] zamienia się w Człowieka z blizną. To wszystko, co wiem. Po zakończeniu pierwszego sezonu postanowiłem, że nie będę pytał o dalszy ciąg. Po prostu nie chcę znać odpowiedzi zbyt wcześnie. Chcę się skupić na tym, co mam do zagrania w danej chwili, a nie zastanawiać się, jak będzie wyglądała scena, którą nakręcimy za pół roku. Podejrzewam, że zakończenie serialu poznam najwcześniej na tydzień przed realizacją ostatniego odcinka. Mam tylko nadzieję, że Vince'owi Gilliganowi uda się doprowadzić serial do takiego finału, jaki sobie wymyślił. Bo w telewizji to się nie zawsze zdarza.

Trzymam kciuki, żeby Tobie również wszystko ułożyło się pomyślnie. Bo jestem jakoś dziwnie spokojna, że woda sodowa raczej Ci do głowy już nie uderzy.

Nie ma obawy! Za dobrze wiem, gdzie się kończy fantazja, a zaczyna rzeczywistość. Aktorstwo to mój narkotyk i bez niego nie wyobrażam sobie życia, ale oprócz niego istnieje także dom i rodzina. Mój podstawowy, najważniejszy punkt odniesienia. Zawsze powtarzam młodym aktorom: nie róbcie sobie bałaganu w życiu, żebyście potem nie narzekali, że nie macie do kogo wracać. Ja na szczęście mam. Po całym dniu udawania kogoś innego, chodzenia w cudzych ubraniach, w maskach i perukach, wracam do domu, gdzie jestem po prostu sobą. Przypomniała mi się taka historia jeszcze z czasów "Zwariowanego świata Malcolma". Wróciliśmy z żoną do domu z ceremonii wręczenia nagród Emmy - kolejnej zresztą, na której nic nie wygrałem (śmiech). Zapłaciliśmy opiekunce, pojechała do siebie, po czym moja żona weszła do kuchni i spytała: "Co tu tak śmierdzi? Bryan, trzeba wynieść śmieci". Nie zdążyłem się jeszcze nawet przebrać ze smokingu w normalne ubranie! A z worka kapało coś obrzydliwego. Niosłem go więc jak najdalej od siebie, żeby nic nie poplamić. I uświadomiłem sobie, że jeszcze 20 minut wcześniej fotoreporterzy krzyczeli za mną, żeby zrobić mi zdjęcie. A teraz idę w idiotycznej pozie z tym przeciekającym workiem, no bo trzeba wynieść śmieci, nikt tego za mnie nie zrobi (śmiech). Taki powrót na ziemię skutecznie zapobiega uderzeniom sodówki do głowy. Polecam każdemu.



[Yola Czaderska-Hayek]