Peter Jackson gościem Yoli



- 24 klatki na sekundę to jest jakiś anachronizm, z którego już dawno należało zrezygnować! - przekonuje nas w specjalnym wywiadzie dla Stopklatki Peter Jackson. - Obraz jest nieostry, skacze, nie ma płynności ruchu. Ale cóż, wszyscy są do tego przyzwyczajeni, ponieważ tak właśnie wygląda kino od prawie stu lat - dodaje.

Przeczytaj cały wywiad Yoli Czaderskiej-Hayek z reżyserem "Hobbita", a znajdziesz odpowiedzi na pytanie, czy Peter Jackson chodzi jeszcze czasem na zwyczajne kinowe seanse, dlaczego, tak naprawdę, zdecydował się na trzy części filmu i czemu nie należy wierzyć pierwszym recenzjom formatu kręcenia filmów z prędkością 48 klatek. Yola Czaderska-Hayek: I znowu jesteś zanurzony po uszy w świecie Tolkiena. Nie znudziło Ci się jeszcze?

Peter Jackson: Kiedy zaczynałem kręcić "Władcę Pierścieni", nie miałem pojęcia, że nakręcę także "Hobbita". To wszystko miało zupełnie inaczej wyglądać. Za reżyserię miał odpowiadać Guillermo del Toro, a praca na planie powinna ruszyć co najmniej trzy lata temu. Ale wytwórnia Metro-Goldwyn-Meyer znalazła się w fatalnej sytuacji finansowej, przez co cały projekt diabli wzięli, Guillermo się wycofał, no i tak się porobiło, że to znowu ja stanąłem za kamerą. Na szczęście kiedy udało się już pokonać wszystkie te trudności biurokratyczne i budżetowe, same zdjęcia poszły już gładko.

Tym razem chyba trochę przesadziłeś. Aż trzy filmy na podstawie niewielkiego "Hobbita"?

Ale my nie filmujemy tylko "Hobbita"! Tolkien pozostawił po sobie całe mnóstwo materiałów łączących tę książkę z "Władcą Pierścieni". Opisał wiele scen, które pokazują całą historię w zupełnie innym świetle. Niektóre z tych notatek znalazły się w jednym z dodatków umieszczonych na końcu "Powrotu Króla". Chcemy przenieść je na ekran, aby nasz filmowy "Hobbit" płynnie przeszedł w filmowego "Władcę Pierścieni". Obydwie opowieści dzieli kilkudziesięcioletnia przerwa, a my zamierzamy pokazać, co się podczas niej wydarzyło. No a poza tym będę z Tobą szczery: uwielbiam tę książkę i po prostu żal by mi było wycinać ze scenariusza którąkolwiek scenę. Dlatego postanowiłem, że nakręcę tak wierną adaptację, jak to tylko możliwe. A to sprawiło, że konieczne były jednak aż trzy filmy.

We "Władcy..." Bagginsa zagrał Ian Holm. Jak to się stało, że wybrałeś do tej roli Martina Freemana?

To był nasz jedyny kandydat do roli Bilba. Nie braliśmy w ogóle pod uwagę nikogo innego. Martin to piekielnie zdolny aktor dramatyczny, który jednocześnie znakomicie sprawdza się w komediach. To rzadka kombinacja. Dla nas właśnie jego talent komiczny był szczególnie ważny, ponieważ "Hobbit" jest o wiele lżejszą i zabawniejszą historią niż "Władca Pierścieni". Kiedy Bilbo wyrusza na wyprawę z krasnoludami, bez przerwy wpada w kłopoty. Mnóstwo tu dowcipu sytuacyjnego, a to naprawdę trzeba umieć zagrać. Dlatego natychmiast zdecydowaliśmy się na Martina. Trzy lata temu spotkaliśmy się po raz pierwszy. Złożyliśmy mu propozycję i zgodził się natychmiast. Tylko że niestety właśnie wtedy zaczęły się schody. Wytwórnia nie była w stanie dać nam zielonego światła na rozpoczęcie projektu i wszystko beznadziejnie odwlekało się w czasie. Kiedy nareszcie byliśmy w stanie zacząć zdjęcia, okazało się, że Martin nie może zagrać, ponieważ jest zajęty na planie "Sherlocka" i obowiązują go terminy. Tragedia! Naprawdę wpadłem wtedy w panikę, bo nie wyobrażałem sobie żadnego innego aktora w roli Bilba. Ten film po prostu by się nie udał. Zaczęliśmy negocjować z producentami "Sherlocka" i udało nam się osiągnąć kompromis. Przez jakieś pięć miesięcy Martin był u nas na planie, potem na dwa miesiące zrobiliśmy przerwę, żeby mógł nakręcić drugi sezon serialu, po czym wrócił do nas. Bardzo się cieszę, że udało się to wszystko pogodzić, bo naprawdę nie wiem, co zrobilibyśmy bez Martina.

Wspomniałeś, że pierwotnie film reżyserować miał Guillermo del Toro. Czy coś z jego wizji pozostało w Twojej wersji?

Na pewno. Guillermo jest przede wszystkim współautorem scenariusza. Napisaliśmy tekst we czworo, z Philippą Boyens i Fran Walsh. Z całą pewnością więc jego pomysły, przynajmniej niektóre, zachowały się w filmie. Guillermo zaprojektował też część scenografii w "Hobbicie", ale z tego już niestety musiałem zrezygnować.

Dlaczego?

Bo gdybym pozostał przy jego projektach, to nie byłby już mój film. Guillermo jest wizjonerem, ma niesamowitą wyobraźnię - tego nie muszę Ci chyba tłumaczyć. Gdyby to on nakręcił "Hobbita", z pewnością wyszłaby z tego zupełnie inna opowieść, w jego oryginalnym, niepowtarzalnym stylu. Kiedy projekt trafił z powrotem do mnie, miałem do wyboru: albo zabrać się za film, naśladując styl Guillermo, albo zrobić wszystko po swojemu. Zdecydowałem się na ten drugi wariant i dlatego scenografię trzeba było zaprojektować od nowa, żeby zgadzała się z moją wizją. Z tego, co pamiętam, scena z kamiennymi trollami w "Hobbicie" jest całkiem podobna do tego, co zaproponował Guillermo. I to chyba wszystko. Na pewno jednak jego wkład jest widoczny w scenariuszu.

Pokazałeś mu gotowy film?

Nie miałem okazji. Chciałem go zaprosić na premierę, ale nie chciał. Powiedział, że czeka, aż "Hobbit" wejdzie na ekrany, żeby wybrać się do kina z dziećmi na normalny seans. Mam nadzieję, że będzie się dobrze bawił.

Tak z ciekawości: zdarza Ci się jeszcze chodzić do kina na zwykłe seanse?

Oczywiście, dlaczego nie? Z reguły siadam jak najbliżej ekranu - może nie w pierwszym rzędzie, ale im bliżej, tym lepiej. Nie znoszę siedzenia z tyłu sali. Z takiej odległości ekran kinowy wygląda jak telewizor.

Nie obawiasz się, że widzowie będą porównywać "Hobbita" z "Władcą Pierścieni" i zaczną narzekać, że to już nie to?

Każdy film, jaki kiedykolwiek nakręcę, będzie porównywany z "Władcą Pierścieni". Tak było z "King Kongiem" i z "Nostalgią anioła". Od tego po prostu nie ucieknę. Mogę jedynie starać się robić filmy najlepiej, jak tylko potrafię. Nie uważam się za jakiegoś wielkiego artystę. Tworzę przede wszystkim kino rozrywkowe. Dla ludzi, którym chce się iść wieczorem do kina, znaleźć miejsce do parkowania, odstać swoje w kolejce po bilety, zapłacić... Zależy mi na tym, aby mieli poczucie, że seans był tego wart. Żeby byli zadowoleni z tego, że za swoje pieniądze dostali coś, co im się spodobało. Z takim nastawieniem kręciłem "Władcę Pierścieni" - to miała być produkcja czysto rozrywkowa, a że film zdobył tyle nagród, to już inna sprawa.

Skoro wspomniałeś o nagrodach, to muszę Cię o coś zapytać. W styczniu odbędzie się jubileuszowa, 70. ceremonia wręczenia Złotych Globów. Jestem ciekawa Twoich wrażeń z poprzednich imprez [Peter Jackson był czterokrotnie nominowany do Złotego Globu. Zdobył go tylko raz, za "Powrót Króla" - Y. Cz.-H.].

Byłem kilka razy na ceremoniach Złotych Globów i za każdym razem było to bardzo miłe doświadczenie. W odróżnieniu od Oscarów, które są bardziej oficjalne, Globy sprawiają wrażenie spotkania z przyjaciółmi. Zamiast na widowni siedzimy przy stołach i jemy kolację, jednocześnie oglądając, co się dzieje na scenie. No i oczywiście jest okazja, żeby zamienić dwa słowa pomiędzy ogłoszeniem kolejnych wyników. Pod względem towarzyskim Złote Globy są nie do pobicia.

Poza tym to okazja, żeby choć na chwilę oderwać się od roboty. Odkąd Cię znam, bez przerwy nad czymś pracujesz. Jak nie "Hobbit", to "Przygody Tintina". I pewnie już myślisz nad kontynuacją?

Bez przesady, "Tintin" to film Stevena [Spielberga - Y. Cz.-H.], mój wkład był niewielki. Poza tym większość pracy nad "Tintinem" udało się skończyć, zanim zaczęły się zdjęcia do "Hobbita". Więc na szczęście udało się uniknąć robienia dwóch filmów naraz, z czego się cieszę. Teraz rzeczywiście przymierzamy się do drugiego "Tintina". Anthony Horowitz pisze scenariusz, za kilka tygodni mam się z nim spotkać w tej sprawie. Być może po Nowym Roku ruszymy jakoś z tym projektem na serio.

A na jakim etapie znajduje się realizacja "Hobbita". Ile procent całej trylogii udało się już nakręcić?

Mamy już gotowe dwa i pół filmu. Po Nowym Roku Philippa, Fran i ja siądziemy nad scenariuszem, żeby wprowadzić parę poprawek, a potem w czerwcu wchodzimy na plan na jakieś trzy, cztery miesiące. Musimy dokończyć trzeci film i dokręcić parę scen z drugiego. Jest jeszcze przed nami trochę pracy, ale w tej chwili dwa i pół filmu już istnieje.

Wokół "Hobbita" zrobiło się głośno na długo przed premierą między innymi ze względu na fakt, że film wyświetlany jest w nowym, rewolucyjnym systemie, z prędkością 48 klatek na sekundę. Nie wszystkim podoba się ten pomysł. Czytałam, że po pierwszych pokazach niektórzy widzowie narzekali na zawroty głowy i nudności.

Nudności faktycznie można dostać, ale głównie wtedy, jak czyta się takie pseudorecenzje. To bzdura, nic takiego nie miało miejsca. Całą tę historię wyssały sobie z palca tabloidy.

Mógłbyś mi zatem wytłumaczyć jak dziecku w szkole, na czym polega nowatorstwo tego systemu?

To bardzo proste. Najpierw cofnijmy się trochę w czasie. W 1927 roku w kinematografii pojawił się dźwięk. Ta zmiana wymagała całkowicie nowego sposobu wyświetlania filmów w kinach. Ponieważ dotąd używano projektorów ręcznych, na korbę. Taśma przesuwała się w projektorze raz wolniej, raz szybciej w zależności od tego, ile siły miał operator. Filmy dźwiękowe wymagały już projektorów mechanicznych, by zachować stałą szybkość przesuwu taśmy. Inaczej dźwięk przyspieszałby albo zwalniał razem z obrazem, no i... To by było do kitu. A jednocześnie taśma 35-milimetrowa była bardzo droga. Dlatego producentom zależało na uzyskaniu jak najmniejszej prędkości przesuwu w projektorach, ponieważ w ten sposób zużywało się mniej taśmy. Jasne, prawda? Takim absolutnym minimum okazała się prędkość 24 klatek na sekundę. I tak już zostało, ponieważ nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że można by cokolwiek tu zmienić. Tymczasem 24 klatki na sekundę to jest jakiś anachronizm, z którego już dawno należało zrezygnować. Obraz jest nieostry, skacze, nie ma płynności ruchu, zwłaszcza podczas przejść kamery, często też, kiedy na przykład bohaterowie wykonują szybkie gesty, ich sylwetki są rozmazane na ekranie. Ale cóż, wszyscy są do tego przyzwyczajeni, ponieważ tak właśnie wygląda kino od prawie stu lat. Tymczasem projektory cyfrowe dają szansę na poprawę tej sytuacji. Pozwalają na wyświetlanie filmu z prędkością 48 klatek na sekundę, co daje nieporównanie lepszy odbiór.

Ale może nie wszyscy widzowie mają ochotę, by ich uszczęśliwiać na siłę? To trochę jak z filmami 3D - coś, co wydaje się atrakcją, czasem odpycha ludzi od pójścia do kina.

Przecież my nikogo nie uszczęśliwiamy na siłę. "Hobbit" ma być wyświetlany, jeśli dobrze pamiętam, w 25 tysiącach kin na całym świecie. Z tego tylko tysiąc prezentować będzie tę specjalną wersję, z 48 klatkami na sekundę. Dla chętnych, żeby sami zobaczyli, jak to wygląda. We wszystkich pozostałych kinach "Hobbit" pokazywany jest w tradycyjnej, 24-klatkowej wersji.

Na czym według Ciebie polega najważniejsza różnica między obiema wersjami?

Wersja 48-klatkowa jest bliższa rzeczywistości. Daje takie uczucie, jakbyś patrzyła nie na obraz w kinie, ale na coś, co dzieje się naprawdę na Twoich oczach. Na początku to może być nieco szokujące, ale można się przyzwyczaić. Wiem coś o tym, bo od prawie dwóch lat mam do czynienia z 48 klatkami, kręcąc i montując "Hobbita" dzień po dniu. Teraz nie wyobrażam sobie innej możliwości. Kiedy widzę tradycyjny, 24-klatkowy film, to nie mogę na to patrzeć. Wszystkie niedoskonałości od razu rzucają się w oczy. Mam wrażenie, że tę różnicę można porównać z przejściem z winyli na płyty CD. Kiedyś włączało się adapter, ustawiało igłę i zanim zaczęła się muzyka, słychać było trzeszczenie. W kompaktach to nagle zniknęło i z początku też trudno było się przyzwyczaić do takiego czystego dźwięku. A jednak się udało.

Przyznaj się: chodzi Ci o to, żeby ludzie poszli na "Hobbita" dwa razy, żeby porównać obie wersje?

Nikogo nie zmuszam! Ale jeżeli ktoś ma taki zamiar, to proszę bardzo, przecież zabronić nie mogę (śmiech). Serdecznie zapraszam do kina.



[Yola Czaderska-Hayek]