Quentin Tarantino gościem Yoli



Kilka dni temu otrzymał Złoty Glob za scenariusz do "Django", przed nim zaś walka o Oscara w tej samej kategorii. Jego western przyjmowany jest entuzjastycznie. Specjalnie dla Stopklatki z Quentinem Tarantino rozmawia Yola Czaderska-Hayek. Twórca odpowiada m.in. na zarzut Spike'a Lee względem filmu, wspomina o swojej współpracy z Christophem Waltzem oraz bibliotece Leonardo DiCaprio na temat frenologii. Zawsze uważałem "Pulp Fiction" za rockandrollowy spaghetti western - czytamy m.in. w rozmowie.

Yola Czaderska-Hayek: Jubileuszowe, 70. Złote Globy już za nami. Twój film, "Django", zdobył dwie nagrody: za najlepszy scenariusz i za najlepszą rolę drugoplanową Christopha Waltza. Gratulacje!

Quentin Tarantino: Dziękuję! Uwielbiam Złote Globy. Wiem, że to, co powiem, może zabrzmieć jak banał, ale dla mnie Globy to jedna z najfajniejszych imprez w Hollywood. Jest początek roku, wszyscy jeszcze są w nastroju do świętowania i być może dzięki temu udaje się uzyskać taki fantastyczny nastrój. Bo nagrody nagrodami, ale na Złotych Globach liczy się przede wszystkim zabawa. I to, że można spotkać wszystkich znajomych. Naprawdę lubię tę imprezę.

Czyżby po "Bękartach wojny" Christoph Waltz stał się jednym z Twoich dyżurnych aktorów?

Przede wszystkim przyjaźnimy się bardzo serdecznie, z czego się ogromnie cieszę. Christoph to wybitny, rewelacyjny artysta, który perfekcyjnie wciela się w stworzone przeze mnie postacie. Sprawia, że moje dialogi żyją, nabierają nagle skrzydeł. Poprzednim razem, kiedy kręciliśmy "Bękarty", nie znałem go jeszcze tak dobrze. Powierzenie mu roli Hansa Landy to był właściwie strzał w ciemno, chyba największy w mojej karierze. Wydawało mi się, że żaden aktor na świecie nie jest w stanie zagrać tej postaci. Ale zdecydowałem się zaryzykować... no i opłaciło się! Teraz, w "Django", pisałem rolę specjalnie dla niego. Zawsze, kiedy tylko przyjeżdżał do Los Angeles, zapraszałem go do siebie i pokazywałem kolejne porcje scenariusza. Za pierwszym razem było tego chyba ze 25 stron maszynopisu. Przeczytał całość na głos. Potem rozmawialiśmy na temat roli. Później wiele razy mnie odwiedzał i czytaliśmy kolejne fragmenty, powiedzmy znów ze 20 stron. I tak dalej, i tak dalej. Z wyjątkiem Umy Thurman nie pracowałem w ten sposób nigdy z żadnym innym aktorem. Ale z Christophem było po prostu fajnie (śmiech).

Skąd pomysł, żeby po "Bękartach" nakręcić spaghetti western?

Bez przesady, "Django" nie jest tak do końca spaghetti westernem. Zawiera pewne elementy tego gatunku, ale to współczesna produkcja, zrobiona z pewnym dystansem. Nie można się oszukiwać: dzisiaj nie da się już nakręcić prawdziwego spaghetti westernu, podobnie jak nie da się nakręcić filmu noir. To są gatunki zrośnięte z epoką, w której powstały. A gdybym nawet się uparł, żeby zrobić spaghetti western według wszelkich reguł, to najpierw musiałbym pojechać na plan do Hiszpanii, zebrać aktorów z różnych krajów i na końcu nagrać angielski dubbing. Tak by to musiało wyglądać. Spaghetti western to gatunek europejski, a "Django" opowiada historię na wskroś amerykańską.

Zaprosiłeś do udziału w filmie Franco Nero [który zagrał tytułową rolę w oryginalnym "Django" Sergio Corbucciego z 1966 roku - Y. Cz.-H.]. Nie kusiło Cię, by zaangażować także inne gwiazdy spaghetti westernów?

Franco akurat pasował mi idealnie do sceny, w której go obsadziłem. A jeśli chodzi o innych... Można byłoby pewnie zaprosić Buda Spencera albo Giuliano Gemmę, ale jakoś nie mogłem sobie wyobrazić, w jaki sposób pomieścić tylu Włochów na południu Stanów Zjednoczonych (śmiech).

Dla Niemca jakoś znalazłeś miejsce.

Potrzebna mi była postać, która pochodzi całkowicie spoza tego świata. Ktoś, kto nie ma pojęcia o specyfice amerykańskiego Południa i dopiero uczy się zasad gry poprzez kontakt z Django. Gdyby Django był Butchem Cassidym, to dr Schultz [bohater, którego gra Christoph Waltz - Y. Cz.-H.] byłby jego Sundance Kidem. Bardzo niewiele wiemy o Schultzu, są w filmie sugestie, że być może w Niemczech walczył przeciwko niewolnictwu i został za to wygnany. To człowiek bez ojczyzny, taki trochę jeździec znikąd. Ale to tylko jedna z postaci w filmie. Zależało mi na tym, aby najważniejsze role grali amerykańscy aktorzy, najlepiej z Południa. Dotychczas w filmach o niewolnictwie białych oprawców grywali Brytyjczycy, dlatego nie były one w pełni autentyczne. Amerykanie nie garnęli się jakoś do odkrywania tego fragmentu swojej historii. Teraz, w "Django", udało się to zmienić, co uważam za wielki sukces.

Ale Leonardo DiCaprio nie pochodzi z Południa.

Nie szkodzi! I tak zagrał świetnie.

Słyszałam, że podsunął Ci do przeczytania książkę o frenologii...

Nie tylko książkę, on ma na ten temat całą bibliotekę! O frenologii słyszałem już sporo wcześniej, ale dopiero Leonardo uświadomił mi, jak wielką rolę w tamtych czasach odgrywała pseudonauka, za pomocą której próbowano uzasadnić, dlaczego jedni ludzie są gorsi od innych. A niewolnictwo usprawiedliwiano, posługując się niby to racjonalnymi argumentami. Istniał też oczywiście aspekt religijny. No bo skoro Adam i Ewa byli biali, to ludzie o innym kolorze skóry z założenia nie mogli od nich pochodzić, a zatem nie zasługiwali na miano człowieka. Tyle tylko, że nikt nie wie, jak naprawdę mogli wyglądać Adam i Ewa, bo jedyne ilustracje to te wykonane przez białych ludzi (śmiech).

Tradycyjnie zagrałeś u siebie w epizodzie. Nadal masz ciągoty do aktorstwa?

Eee, nie. Kiedyś marzyłem o tym, aby zostać aktorem, ale już dawno mi przeszło. Siebie obsadzam głównie w sytuacjach, gdy mam do nakręcenia jakąś scenę, którą ze względów organizacyjnych bez przerwy odkłada się w czasie. Po co mam trzymać w blokach startowych jakiegoś aktora, skoro mogę po prostu wejść na plan i zagrać coś sam? A potem, jeśli się okaże, że ta scena z jakiegoś powodu nie wypaliła, mogę sam siebie po prostu wyciąć w montażu. Nie mam z tym większego problemu. Za to byłoby mi przykro, gdybym zmarnował jakiemuś fajnemu aktorowi siedem miesięcy z życia, każąc mu czekać na jego scenę, po czym nic z tego w filmie nie zostawił. Wolę to zrobić sobie niż komu innemu.

W jednym "Django" już wcześniej zagrałeś [Tarantino wystąpił w japońskim "Sukiyaki Western Django" w reżyserii Takashiego Miike - Y. Cz.-H.]. Domyślam się więc, że oryginalny film Corbucciego to jeden z Twoich ulubionych spaghetti westernów. A oprócz niego?

Oczywiście "Dobry, zły i brzydki". To jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Uwielbiam całą trylogię dolarową Sergia Leone. A poza tym "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". To mógł być czwarty film cyklu, gdyby tylko Clint Eastwood zechciał przyjąć rolę, którą mu proponowano. Szkoda, że tak się nie stało. Byłaby trylogia ze wspaniałym epilogiem. Poza tym bardzo lubię filmy Sergia Corbucciego. "Navajo Joe" z Burtem Reynoldsem czy "Hellbenders" z Josephem Cottenem. No i kupuję w ciemno wszystko, w czym grał Lee Van Cleef. Ten człowiek to dla mnie ikona prawdziwego westernu.

Podobno pokazałeś Umie Thurman "Za garść dolarów" przed rozpoczęciem pracy nad "Kill Bill"?

Tak, to prawda. Rzadko decyduję się na takie rzeczy, bo nie jestem przekonany, czy ma sens takie naśladowanie innych: "Słuchaj, obejrzyj sobie ten film, żeby mieć pojęcie, do czego nawiązujemy, a przy okazji zobacz, jak oni to zrobili, bla bla bla". Pokazałem Umie "Za garść dolarów" głównie dlatego, że przyznała mi się kiedyś, że nigdy wcześniej nie widziała tego filmu. Aż dziw, bo ogląda wszystko z Clintem Eastwoodem chyba od urodzenia, a "Garści dolarów" jakoś nie miała okazji. Więc obejrzała bardzo chętnie, a przy okazji zdobyła świetny materiał do pracy nad rolą Panny Młodej. Bo zobaczyła na ekranie niesamowicie seksownego sukinsyna, który niewiele mówi, ale jak już się odezwie, to rzuca fantastycznymi, kozackimi tekstami. I stwierdziła: "O, to już wiem, jaka ma być Panna Młoda. Musi być takim kawałem drania, jak on". Ja na to: "Okej". I do dziś uważam, że to był świetny pomysł.

"Kill Bill" ma w sobie wiele ze spaghetti westernu, ale na dobrą sprawę można to powiedzieć o wszystkich Twoich filmach.

Dobre! Kupuję to. Rzeczywiście, w moich filmach wszystko jest podkręcone do maksimum jak w spaghetti westernach: fabuła, nastrój, muzyka... Tak, zdecydowanie coś w tym jest. Powiem Ci, że zawsze uważałem "Pulp Fiction" za rockandrollowy spaghetti western. A te surfrockowe piosenki z filmu to dla mnie idealna muzyka z rockandrollowego spaghetti westernu. Swoją drogą, nigdy nie rozumiałem tego terminu "surf rock". Co to ma wspólnego z surfingiem? Dla mnie to raczej rockowy Ennio Morricone... Ale wracając do tematu: tak, faktycznie, wygląda na to, że w każdym moim filmie da się znaleźć elementy spaghetti westernu. Ale tak naprawdę dopiero w "Django" miałem okazję zmierzyć się z tym gatunkiem na serio.

I znowu nakręciłeś opowieść o zemście?

Nie uważam, żeby to był film o zemście. Przecież Django pragnie przede wszystkim odnaleźć swoją żonę. Wiem, że ludzie przyzwyczaili się do tego, że w moich filmach bardzo często bohaterowie się na kimś mszczą, więc może dlatego spodziewają się, że teraz też tak będzie. Poza tym zdaje się, że w kampanii promocyjnej też reklamowano "Django" jako film o zemście. Cóż, to nie ja projektowałem plakaty. Możesz być pewna, że gdybym miał z tym cokolwiek wspólnego, na pewno wyglądałyby inaczej.

Jak więc określiłbyś swój najnowszy film?

Dla mnie to przede wszystkim opowieść o wstydliwej, rasistowskiej przeszłości Ameryki, w której niewolnictwo odgrywało istotną rolę. Muszę powiedzieć, że zmierzenie się z takim tematem było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Choćby tylko dlatego, że niewiele filmów w Hollywood dotąd opowiadało o tych sprawach. Do tej pory poruszałem się na znanym sobie terytorium, mogłem czerpać z innych gatunków, dodawać coś od siebie, coś zmieniać. Na przykład w "Bękartach" odwoływałem się nie tylko do stylistyki filmów wojenno-przygodowych, ale też i do dramatów o Holocauście, których jest całe mnóstwo. Widzowie znają reguły, jakimi rządzą się te gatunki, można więc było wciągnąć ich do gry w żonglowanie schematami. W przypadku "Django" tak nie jest. Jeśli chodzi o opowieści o amerykańskich niewolnikach, to raczej wytyczam nowy szlak niż idę po cudzych śladach. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Nie obawiasz się głosów krytyki pod adresem "Django"? Niektórzy - na przykład Spike Lee - zarzucają Ci, że zrobiłeś komedię z tak poważnego tematu, jak niewolnictwo.

Ale ja przecież nie robię komedii! Nigdy o żadnym z moich filmów nie powiedziałbym, że jest komedią.

Uważasz się zatem za twórcę dramatów?

Tak, zdecydowanie. Wiem oczywiście, że w moich filmach zdarzają się zabawne sceny i bardzo mnie to cieszy, że ludziom tak się podobają. Nic na to nie poradzę, nie umiałbym zrezygnować z humoru, robiąc film. Ale to są tylko pojedyncze wstawki, natomiast historie, które tworzę, traktowane całościowo, wcale nie są takie zabawne. Nie wszystko jest w nich do śmiechu. Dlatego właśnie uważam moje filmy za dramaty. No, powiedzmy, za dramaty przetykane humorem.

Ciężko je zaszufladkować, wiem.

Od razu przypominają mi się czasy, kiedy pracowałem w wypożyczalni wideo. Kiedy przychodziły nowe filmy, trzeba je było rozłożyć na półkach. A do wyboru były tylko dwie możliwości: "Komedia" albo "Dramat". Ile się czasem trzeba było nakombinować, gdzie co postawić! I tak sobie myślę, że gdybym miał w ten sposób rozmieścić własne filmy, to pewnie długo bym się zastanawiał, ale w końcu wybrałbym "Dramat".

Idealnym rozwiązaniem byłaby półka z napisem "Filmy Quentina Tarantino".

Zdecydowanie! Tak byłoby najlepiej.



[Yola Czaderska-Hayek]