Daniel Day-Lewis gościem Yoli



Daniel Day-Lewis to aktor wybitny. Za rolę prezydenta Lincolna otrzymał już Złoty Glob oraz nagrodę Gildii Aktorów, a teraz pewnie zmierza po swojego trzeciego Oscara. Zapraszamy do przeczytania wywiadu, który specjalnie dla Stopklatki przeprowadziła Yola Czaderska-Hayek. "Lincoln" w polskich kinach już od piątku.

Yola Czaderska-Hayek: Za rolę Abrahama Lincolna zdobyłeś już Złoty Glob - przy okazji gratulacje - masz też nominację do Oscara. Jak to się stało, że zgodziłeś się zagrać legendarnego prezydenta?

Daniel Day-Lewis: To nie była łatwa decyzja. Długo zastanawiałem się nad tym, czy przyjąć tę rolę. W pierwszym odruchu wszystko się we mnie sprzeciwiało: facet urodzony i wychowany w Londynie ma zagrać Prezydenta Stanów Zjednoczonych. I to nie byle jakiego, bo jak sama zauważyłaś, Abraham Lincoln dla Amerykanów to legenda. To chyba najbardziej uwielbiany prezydent w historii. Naprawdę obawiałem się, że nie podołam temu wyzwaniu i że widzowie uznają, że obrażam pamięć tego wspaniałego człowieka.

Na szczęście te obawy okazały się bezpodstawne. Jak przygotowywałeś się do tej roli?

Tak samo, jak do każdej innej. Przede wszystkim dużo czytałem - zawsze staram się dużo czytać przed rozpoczęciem zdjęć, choćby tylko podstawowe rzeczy na temat epoki, w której toczy się akcja filmu. Oczywiście gdybym chciał przeczytać wszystko na temat Abrahama Lincolna, to pewnie spędziłbym w bibliotece resztę życia, a także całe następne wcielenie (śmiech). Siłą rzeczy trzeba było ograniczyć się do najważniejszych pozycji. Na szczęście miałem rok na przygotowania, więc czasu było dość. A potem przyszedł taki moment, kiedy trzeba było odłożyć książki na półkę i zająć się tworzeniem postaci.

To znaczy?

Niechętnie mówię o tym etapie pracy, bo jest on bardzo trudny do opisania słowami. Zakłada przede wszystkim stworzenie bardzo intymnego kontaktu między mną a bohaterem, którego gram. Muszę tego człowieka dokładnie poznać i zrozumieć, żeby potem mogli go zrozumieć widzowie. To długi i skomplikowany proces. I na tym poprzestańmy, bo wszelkie próby opowiadania o tym nie mają sensu - wiem, bo już kiedyś próbowałem. Wdałem się w jakiś długi monolog i z każdą chwilą widziałem, że mój rozmówca coraz mniej z tego rozumie. Niech więc ta kwestia pozostanie moją słodką tajemnicą.

Czy podczas siedzenia nad książkami dowiedziałeś się o Lincolnie czegoś, co szczególnie Cię zaskoczyło?

Owszem, tak. Abraham Lincoln funkcjonuje w powszechnej świadomości jako człowiek śmiertelnie poważny, dostojny, dźwigający na barkach odpowiedzialność za losy całego narodu. Taki jest na obrazach, na zdjęciach, w rzeźbach... A tymczasem z zachowanych relacji i dokumentów wynika, że prezydent był niesamowicie dowcipny i często ujmował tym ludzi. Nieraz potrafił zaskoczyć jakimś wtrąconym do rozmowy żartem. Przyznaję, że bardzo spodobał mi się ten rys jego osobowości. Mam nadzieję, że w filmie udało się pokazać Lincolna właśnie od tej nieznanej, ludzkiej strony.

Jak znosiłeś charakteryzację każdego dnia na planie? To musiało być uciążliwe...

Wśród aktorów panuje taki przesąd, że jeśli pytają cię o charakteryzację, to znaczy, że coś poszło nie tak (śmiech). Najlepsza charakteryzacja to ta, której w ogóle nie widać. A mówiąc poważnie: główna charakteryzatorka Lois Burwell i jej współpracownicy, Kenny Myers i Miia Kovero, bardzo długo pracowali nad wyglądem Lincolna. Jak już mówiłem, na przygotowanie do roli miałem rok. Przez ten czas zrobiliśmy kilka testów - raz ja przyjeżdżałem do Ameryki, raz oni do mnie - najpierw przed lustrem, a potem przed kamerą. Przyznaję, że trochę nie zdawałem sobie sprawy, że aż tyle to zajmie. W ogóle nie spodziewałem się, że potrzebna będzie jakaś charakteryzacja (śmiech). Z reguły, grając w filmach, staram się jej unikać. W teatrze owszem, czemu nie, ale na planie - dziękuję bardzo. Bałem się, że codzienna charakteryzacja będzie problemem, bo w końcu co rano trzeba spędzić w fotelu jakieś półtorej godziny. Ale wszystko przebiegło bez zarzutu. W ogóle nie miałem poczucia dyskomfortu. Charakteryzatorzy wykonali fantastyczną robotę.

Słyszałam, że podczas zdjęć wysyłaliście do siebie z Sally Field SMS-y, podpisując się imionami postaci z filmu. Jakim cudem potrafiłeś pogodzić czasy wojny secesyjnej z telefonią komórkową?

Bez trudu. Przecież jeśli kręcę film, którego akcja toczy się w średniowieczu, to nie zaczynam nagle żyć jak w średniowieczu. Wiem, że krążą na mój temat podobne historie, więc jeśli pozwolisz, to wszystkie od razu zdementuję: to nieprawda. Jasne, że pewne zmiany trybu życia są konieczne, żeby ciągłe przeskoki z XIX wieku do współczesności nie stały się uciążliwe. Ale nie widzę powodu, żeby rezygnować akurat z używania komórki. Zresztą uwielbiam wysyłać SMS-y, zwłaszcza do aktorów, z którymi pracuję. To dla mnie idealna forma komunikacji podczas zdjęć: krótka, konkretna wiadomość i koniec. Nienawidzę gadania na planie.

Z reżyserem też nie rozmawiasz?

Ze Stevenem [Spielbergiem - Y. Cz.-H.] akurat miałem to szczęście, że wszystko, co powinniśmy omówić, mieliśmy omówione na długo przed wejściem na plan. Dzięki temu można było skupić się przede wszystkim na pracy. Jasne, wymienialiśmy codziennie jakieś grzecznościowe uwagi, ale jeśli pojawiała się jakaś konkretna sprawa, to załatwialiśmy ją SMS-sami. To naprawdę praktyczne, polecam ten sposób.

A potem rodzą się plotki, jaki to z Ciebie ponurak, do którego strach podejść.

Bez przesady, naprawdę nie jestem potworem! Chodzi po prostu o to, że swoją pracę traktuję poważnie. Bo uważam, że to mój obowiązek. Choćby tylko wobec ludzi, którzy wykładają pieniądze na realizację filmu - nieważne, czy to superprodukcja, czy jakieś niezależne kino z niskim budżetem. Pracę trzeba traktować poważnie, ale warto też pamiętać o tym, żeby z kolei zbyt poważnie nie traktować siebie. Zdaję sobie sprawę, że w moich ustach brzmi to dziwnie, bo z reguły sprawiam wrażenie, jak to powiedziałaś, ponuraka, do którego strach podejść. Ale chodzi mi o to, że praca powinna jednocześnie sprawiać przyjemność, być czymś w rodzaju zabawy - bez tego przychodzenie na plan w ogóle nie ma sensu. Nawet jeśli film opowiada jakąś straszliwie smutną, tragiczną, rozdzierającą serce historię, trzeba znajdować w tym radość. Wiem, że to brzmi jak paradoks, ale właśnie w tym cały urok tej profesji - by grać na serio, ale jednocześnie mieć świadomość, że to się nie dzieje naprawdę... A propos dystansu do siebie: przypomina mi się historia z czasów mojej szkoły teatralnej. Byłem wtedy bardzo młody i miałem głowę nabitą ideałami. Wiesz: aktorstwo, zawód z misją, posłannictwo, powołanie... Po czym jedno z pierwszych ćwiczeń, jakie nam zadano, polegało na tym, aby zrobić z siebie idiotę. Ośmieszyć się na oczach wszystkich. Miałem z tym olbrzymi problem, ale w końcu się udało. Jakoś się pogodziłem z byciem idiotą (śmiech).

Teraz nie obawiasz się już ośmieszenia?

Jasne, że się obawiam! Pewnie każdy aktor się obawia. Tej pracy towarzyszy nieustanny stres, choć tak naprawdę trudno byłoby powiedzieć, że aktorstwo to niebezpieczny zawód. Człowiek nie naraża tutaj życia, nic mu tak naprawdę nie grozi. Ten strach ma jednak podłoże psychiczne: "Co będzie, jeśli zrobię z siebie błazna?". Nikt nie lubi wychodzić na pośmiewisko, ja również. Jest jednak coś, czego boję się o wiele bardziej od myśli, że wyjdę na głupca. To lęk, że wyjdę przed kimś na nadętego bufona. Tego naprawdę bym nie chciał. Na szczęście aktorzy, z którymi pracuję, znają mnie już od tej weselszej strony, więc nie boją się do mnie podchodzić (śmiech).

Czy to prawda, że przez cały okres zdjęciowy nie wychodzisz z roli?

Nie całkiem, bo przecież w kontaktach z rodziną jestem sobą, a nie bohaterem, którego gram. Akurat podczas kręcenia "Lincolna" nie mogłem zabrać żony i dzieci ze sobą, czego bardzo żałuję, bo nie lubię rozstawać się z nimi nawet na krótko. Co do mojego wejścia w rolę, to rzeczywiście z reguły staram się jak najdłużej podtrzymywać iluzję, że siedzę w cudzej skórze. Oczywiście wiem, że to tylko złudzenie. Nie jestem Abrahamem Lincolnem. To jasne. Ale na czas trwania zdjęć postanawiam kierować się wiarą, że jednak nim jestem. Ten wewnętrzny głos, który powtarza mi: "Nie jesteś Abrahamem Lincolnem", odsuwam gdzieś na bok. Ma to wiele wspólnego z dziecięcą zabawą w udawanie. Niektórzy z tego wyrastają i wchodzą w dorosłe życie, a inni zostają aktorami... Mi to udawanie sprawia przyjemność. Dlatego tak długo się przygotowuję i obsesyjnie dbam o każdy szczegół. Nie robię tego za karę. Jak już mówiłem, to dla mnie zabawa, radość. Być może stąd właśnie moja skłonność do jak najdłuższego siedzenia w roli. Nikt nie lubi, jak mu się przerywa frajdę.

Prędzej czy później jednak tę frajdę trzeba przerwać. Przychodzi ostatni dzień zdjęciowy i... co dalej? Jak się wychodzi z roli, której poświęciło się tyle czasu?

Steven powiedział, kończąc pracę na planie, że to najsmutniejszy dzień jego życia. Mi też było smutno, choć z drugiej strony cieszę się, że w ogóle udało nam się dobrnąć do finału. Praca nad projektami, które stanowią spełnienie marzeń, bywa niebezpieczna, ponieważ człowiek może tak się zaangażować, że nie ma ochoty kończyć. Ze swej strony mogę powiedzieć, że dla mnie każdy dzień spędzony nad "Lincolnem" był niesamowitą przyjemnością, choćby tylko z tego względu, że miałem okazję poznać ze szczegółami biografię tego wspaniałego człowieka. Poczytuję sobie za zaszczyt to, że mogłem go zagrać i że - z całym poszanowaniem dla jego pamięci - dane mi było wskrzesić odrobinę jego ducha. Darzę Abrahama Lincolna tak wielkim uwielbieniem, jak to tylko możliwe w przypadku człowieka, którego się nigdy nie spotkało (śmiech). I przyznaję, że naprawdę nie chciałem się z nim rozstawać. To przedziwne uczucie, kiedy po tak długim czasie nagle, z dnia na dzień, rola przestaje istnieć. Powrót do rzeczywistości bywa trudny. Ale piękne jest to, że nadal mogę uwielbiać Lincolna, nawet kiedy już jest po wszystkim (śmiech).

Od Twojego wielkiego sukcesu - filmu "Moja lewa stopa" - minęło już prawie ćwierć wieku. Czy Twoje podejście do aktorstwa zmieniło się przez ten czas?

Nie, nie zmieniło się ani trochę. Choć może powinno. Jedyna różnica, jaką widzę, polega na tym, że teraz, jako człowiek bogatszy w doświadczenia, jestem w stanie dać z siebie więcej podczas tworzenia postaci. Z drugiej strony teraz jest mi bez wątpienia trudniej poświęcić się roli w stu procentach, ponieważ mam swoje obowiązki jako mąż i ojciec. Kiedyś można było wozić ze sobą dzieci na plan, dzisiaj nie jest to takie proste. Rodzina jest dla mnie niezwykle ważna i chcę mieć dla niej jak najwięcej czasu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której spycham swoich najbliższych na dalszy plan, bo jakiś film jest ważniejszy od nich. Na szczęście moja praca i domowe życie raczej nie wchodzą sobie w drogę - dopóki jestem w stanie pogodzić te dwie rzeczy, nie ma żadnego problemu. Mogę grać dalej.



[Yola Czaderska-Hayek]