Arnold Schwarzenegger gościem Yoli



Dziś spotkanie z legendą kina Arnoldem Schwarzeneggerem  który po zakończeniu politycznej kariery wrócił do kina.
 
Yola Czaderska-Hayek: Po długiej przygodzie z polityką powracasz do świata filmu. Najpierw zagrałeś w obu częściach "Niezniszczalnych", a teraz wystąpiłeś w roli głównej w "Likwidatorze". Naprawdę chce Ci się zaczynać na nowo karierę w Hollywood? Nie myślałeś o tym, by nareszcie znaleźć czas na odpoczynek?
 
Arnold Schwarzenegger: Ale ja najlepiej odpoczywam właśnie wtedy, kiedy pracuję! Tak mnie wychowano. Nie potrafię leniuchować. Zawsze mam poczucie, że powinienem dawać z siebie jak najwięcej, pomagać innym, przydawać się na coś. Nawet kiedy budzę się po sześciu godzinach snu, to od razu mam wyrzuty sumienia, że jeszcze leżę w łóżku, zamiast brać się do roboty. Taki już jestem i się nie zmienię. Dlatego takie słowo, jak "odpoczynek", nie występuje w moim słowniku. Bo niby od czego mam odpoczywać? Od pracy, którą bardzo lubię? To by było bez sensu. Miałbym tylko poczucie, że marnuję czas. Jestem zdania, że ludzie powinni być aktywni jak najdłużej. Mój ojciec chodził do pracy, dopóki miał 90 lat. Cały ten pomysł z emeryturą jest, wydaje mi się, mocno przereklamowany.
 
Jednym słowem, emerytura jest dla mięczaków?
 
Zdecydowanie.
 
No dobrze, ale nie musimy iść zaraz tak daleko. Nie kusiło Cię nigdy, żeby choć na chwilę oderwać się od wszystkich zajęć i po prostu dać sobie czas na przyjemności? Nawet, chociażby, odwiedzić rodzinny kraj?
 
Oczywiście, że myślałem o tym, ale po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że jednak dziękuję, nie skorzystam. Mi się tutaj, w Ameryce, po prostu podoba. Oczywiście Austria jest wspaniałym krajem i w ciągu ostatnich lat bardzo wiele zmieniło się tam na lepsze. Bardzo podniósł się poziom życia. W każdym domu jest telewizor i samochód, transport publiczny świetnie funkcjonuje. Tego wszystkiego nie było za czasów mojej młodości, dlatego zresztą wyemigrowałem. Pamiętam, że 40 lat temu wszyscy marzyli o tym, by wyjechać do Ameryki, do tych wielkich wieżowców, autostrad, samochodów. Dzisiaj Austria pod wieloma względami wygląda jak Ameryka. Często słyszę, że jest tam nawet lepiej niż w USA, więc właściwie czemu by nie wrócić na stare śmieci? Jak już mówiłem, zadawałem sobie to pytanie, ale dla mnie Ameryka to wciąż kraj, który daje człowiekowi najwięcej możliwości. Nawet mimo kryzysu.
 
Nie obawiałeś się, jak widzowie przyjmą Twój powrót na ekran? W końcu minęło trochę czasu. Nie obawiasz się, że jesteś dla nich za stary?
 
A kto powiedział, że stary znaczy gorszy? Jasne, człowiek nie jest już młodzieniaszkiem, ale wciąż jeszcze jest w formie. My, gwiazdorzy kina akcji z lat 80., mamy to szczęście, że właściwie nie doczekaliśmy się następców. Pamiętam, że gdy zajmowałem się polityką, to niemal bez przerwy obawiałem się, że nie będę miał do czego wracać. Że pojawią się nowi, młodsi, lepsi aktorzy i widzowie o nas zapomną. Tak się nie stało. A potem dostałem propozycję występu w pierwszej części "Niezniszczalnych". Pojawiłem się na ekranie zaledwie na kilka chwil. I okazało się, że widzowie to kupili! Podczas tej jednej sceny wszyscy w kinie bili brawo jak za dawnych czasów. Wtedy wiedziałem, że mogę wracać. W drugich "Niezniszczalnych" to już była całkiem spora rola. I znów widzom się podobało. To mnie podniosło na duchu. "Likwidator" to pierwszy występ w roli głównej po długiej przerwie. I powrót do staromodnego kina akcji.
 
Nie lubisz nowoczesnych produkcji?
 
Tego nie powiedziałem! Bardzo wysoko cenię wszystkie te superprodukcje pokroju "Iron Mana" czy "Spider-Mana", w których na ekranie dzieją się prawdziwe cuda. Jeszcze 20 lat temu takie filmy byłyby niemożliwe do zrealizowania. Ale wydaje mi się, że widzowie czekają też na coś staromodnego - może nie tak efektownego, ale za to autentycznego. Gdzie jeśli dwóch facetów walczy, to bije się naprawdę, bez tych wszystkich komputerowych efektów. I bez dublerów! We wszystkich scenach akcji w "Likwidatorze" wystąpiłem osobiście.
 
Jakie to było uczucie, wrócić na plan po tylu latach?
 
Miałem to szczęście, że mój powrót odbywał się stopniowo. Dzięki obydwu częściom "Niezniszczalnych" mogłem na powrót oswoić się z atmosferą planu filmowego, a jednocześnie nie musiałem tkwić na nim przez trzy miesiące bez chwili przerwy. Nie muszę Ci tłumaczyć, że czułem się oczywiście wspaniale, odwiedzając starych znajomych. Najwięcej zawdzięczam Sylvestrowi Stallone, który jest moim serdecznym przyjacielem i zawsze mnie wspierał, nawet podczas mojej politycznej kariery. Dzisiaj trudno mi uwierzyć, że kiedyś ze sobą rywalizowaliśmy! W naszych filmach próbowaliśmy pokazać sobie nawzajem, kto ma większe mięśnie, kto ma mniej tłuszczu, kto zabije więcej ludzi, kto ma większy karabin... Na szczęście w porę obydwaj zdaliśmy sobie sprawę, że to wariactwo. Po co w ogóle kłócić się o takie głupoty? (śmiech) O wiele łatwiej jest po prostu żyć w zgodzie. Dzięki temu zyskałem wspaniałego przyjaciela, który pomógł mi wrócić do świata filmu. Po "Niezniszczalnych" zacząłem przygotowania do "Likwidatora" w Nowym Meksyku. Ćwiczyłem podnoszenie ciężarów, strzelanie, walkę wręcz, wiszenie na uprzęży, upadki z wysokości... I kiedy byłem już gotów, rozpoczęły się zdjęcia. Teraz, kiedy film jest już gotowy, mogę powiedzieć tyle: cieszę się, że wróciłem!
 
Jak na Twoje standardy, "Likwidator" to dość skromna produkcja [budżet filmu wyniósł ok. 30 mln dolarów - Y. Cz.-H.]. Nie chciałeś zagrać w czymś wystawniejszym?
 
Nie. Proponowano mi nawet role w dwóch produkcjach o budżecie 100 milionów dolarów, ale odmówiłem. To się wiąże z tym, o czym mówiłem Ci wcześniej: postanowiłem wracać do świata filmu stopniowo, krok po kroku. Po występach w obydwu częściach "Niezniszczalnych" przyszedł czas na pierwszą główną rolę po dziesięciu latach przerwy. Chciałem zacząć od czegoś skromnego, niewielkiego, a potem w każdym kolejnym projekcie podbijać stawkę. I znowu, jak za dawnych czasów, piąć się pod górę. Dlatego właśnie zdecydowałem się na ten film.
 
"Likwidator" jest hollywoodzkim debiutem Kim Jee-Woona  reżysera "Słodko-gorzkiego życia" czy "Dobrego, złego i zakręconego". Jak wspominasz Waszą wspólną pracę?
 
Jak najlepiej. Pewnego dnia Lorenzo di Bonaventura [producent "Likwidatora" - Y. Cz.-H.] zadzwonił do mnie i powiedział: "Słuchaj, jest tu ze mną świetny reżyser, który chciałby nakręcić u nas film. Może byście razem pogadali?". Zgodziłem się chętnie. Umówiliśmy się na spotkanie u mnie w domu. No i już po pierwszej rozmowie Kim zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. To prawdziwy wizjoner, a do reżyserii podchodzi nie jak do pracy, ale jak do największej pasji w życiu. Jest na tyle dobry, że nikomu nawet nie przeszkadzało, że czasem musiał korzystać z pomocy tłumacza.
 
Naprawdę? Na planie porozumiewaliście się przez tłumacza?
 
Wyłącznie w sytuacjach, gdy Kim próbował opowiedzieć o emocjonalnej podbudowie danej sceny i nagle brakowało mu słów. To może być trudne nawet dla kogoś, kto świetnie zna angielski. Poza tym oczywiście praca odbywała się normalnie. U Kima jeszcze ogromnie cenię łatwość adaptacji. W Korei kręcił filmy dla zupełnie innej widowni, przyzwyczajonej do specyficznego odbioru kina. Dla nich długie, statyczne sceny nie stanowią problemu, a dla odbiorców w Ameryce - owszem. Dlatego musieliśmy mu wytłumaczyć: "Słuchaj, trzeba wyciąć parę rzeczy w montażu, bo ludzie usną przed ekranem. Tu się robi filmy trochę inaczej". Zareagował absolutnie bezproblemowo. Skoro trzeba było coś skrócić, to skrócił. Mam nadzieję, że odniesie sukces w Hollywood. No i gdyby nadarzyła się okazja, bardzo chętnie kiedyś jeszcze u niego zagram.
Rozumiem, że będąc gubernatorem, tęskniłeś za aktorstwem. A teraz, kiedy Twój powrót stał się faktem, nie tęsknisz za polityką?
 
Za niektórymi rzeczami tęsknię na pewno. Stanowisko gubernatora wiąże się z mnóstwem pracy, wielką odpowiedzialnością i z olbrzymimi wyzwaniami. Pozwala także nauczyć się nowych rzeczy, ponieważ każdego dnia człowiek styka się ze sprawami, o których dotąd nie miał pojęcia. Tego mi brakuje - tej adrenaliny, tego poczucia, że robimy coś dla ludzi. To była dla mnie absolutna podstawa: pracować dla ludzi, a nie dla konkretnej partii. Wiem, że często mówiono o mnie, że jestem większym demokratą niż cała Partia Demokratyczna - choć to nieprawda, bo z przekonań byłem i jestem republikaninem. Moja filozofia tak naprawdę nie miała wiele wspólnego z politycznymi poglądami i była bardzo prosta. Zróbmy coś konkretnego. Odbudujmy Kalifornię. Odbudujmy Amerykę. Chrońmy przyrodę. Ustabilizujmy gospodarkę. To nie są postulaty demokratyczne czy republikańskie. To są postulaty zwykłych ludzi. Tymczasem wielu polityków usiłuje zbić własny kapitał, przypisując sobie czy swojej partii zasługi za konkretne osiągnięcia. Będąc gubernatorem, napatrzyłem się na różnego rodzaju brudne zagrywki i cieszę się, że nie muszę mieć już z nimi do czynienia. To jest akurat ta strona polityki, za którą na pewno nie tęsknię.
 
Słyszałam padające pod Twoim adresem zarzuty: "Wybrali go, bo jest sławnym aktorem". Jak to skomentujesz?
 
Na pewno jest w tym sporo prawdy. Podejrzewam, że znalazłoby się wielu wyborców, którzy oddali na mnie głos tylko dlatego, że znali mnie z ekranu, a nie mieli tak naprawdę pojęcia o moim programie czy poglądach. Ale trzeba pamiętać o tym, że popularność, owszem, pomaga wygrać wybory, ale nie pomaga potem w rządzeniu. Wprost przeciwnie, jeśli ktoś jest tak znany, jak ja, to za każde, nawet najmniejsze potknięcie obrywa ze wszystkich stron. Trzeba się zdecydować, czy idzie się do polityki dla samego rządzenia, czy żeby coś zmienić. Ja postawiłem na to drugie. Kiedy postanowiłem zreformować system edukacji, demokraci natychmiast zaczęli protestować: "Jak to, republikanin chce rozmawiać o edukacji? Przecież to nasza działka!". Ja na to: "Od kiedy? To sprawa, która dotyczy wszystkich, nie tylko was". To samo z ochroną środowiska i opieką zdrowotną - odebraliśmy demokratom monopol na dyskusje o tych sprawach. Swoją drogą, wszyscy ludzie z mojego sztabu znaleźli później zatrudnienie w administracji Obamy i pomogli mu przygotować reformę systemu opieki zdrowotnej. Mogę pochwalić się całkiem konkretnymi osiągnięciami, choć często zarzucano mi, że sam nie mogę się zdecydować, czy jestem republikaninem, czy demokratą. Wydaje mi się, że problem polega na czym innym. Jak napisałem w swojej książce, istnieje jakby dwóch Arnoldów: jeden to Amerykanin, gwiazdor z Hollywood, a drugi to Austriak, którego wychowano w kulcie prostych wartości. I to on dochodził do głosu, podpowiadając mi najlepsze rozwiązania, kiedy byłem gubernatorem. Nie chodziło o to, by republikanie wygrali z demokratami. Chodziło o to, by wszyscy razem wzięli się do roboty, by zrobić dla Kalifornii coś wspaniałego.
 
Skoro już wspomniałeś o swojej książce, "Pamięć absolutna", to Cię zapytam: jak doszło do jej powstania?
 
Powód jest bardzo prosty. Wydawnictwo Simon & Schuster od 20 lat błagało mnie o to, bym napisał dla nich autobiografię. Za każdym razem odmawiałem, bo wydawało mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Aż w końcu, kiedy zostałem gubernatorem, pomyślałem sobie: "O, to może być interesujące". To historia człowieka, który najpierw został najsławniejszym kulturystą na świecie, potem stał się najlepiej opłacanym aktorem w Hollywood, a następnie wygrał wybory na gubernatora w najlepszym ze wszystkich stanów Ameryki. Złożyłem więc wydawnictwu ofertę, że jak tylko zakończę urzędowanie, to chętnie zacznę razem z nimi pracę nad książką. I nawet nie wiedziałem, w co się pakuję! To było chyba najtrudniejsze wyzwanie w moim życiu.
 
Dlaczego?
 
Nie jestem typem, który żyje przeszłością. Dla mnie liczy się bieżący dzień. I przyszłość. Zupełnie nie interesuje mnie rozpamiętywanie, co się kiedy i gdzie wydarzyło. Zawsze mi się wydawało, że to strata czasu i lepiej zająć się czymś ciekawym zamiast pogrążać się we wspomnieniach. A tymczasem, żeby książka mogła powstać, musiałem usiąść i pieczołowicie, krok po kroku, przypomnieć sobie wszystkie wydarzenia z własnego życia. Myślałem, że oszaleję! Na szczęście udało mi się nad tym zapanować i po jakimś czasie te wycieczki w przeszłość nawet zaczęły mnie bawić. Może dlatego, że kiedy człowiek ma 65 lat, trochę inaczej patrzy na życie niż kiedy ma lat 30... W każdym razie było to bardzo pożyteczne doświadczenie, bo dzięki niemu mogłem uświadomić sobie, jak długą drogę pokonałem. I jeszcze zabawny szczegół: podczas pracy nad książką po raz pierwszy w życiu sięgnąłem po stare albumy z fotografiami. Nigdy wcześniej tego nie robiłem! Nigdy nie oglądałem własnych zdjęć sprzed lat. Dopiero teraz, przygotowując własną biografię, przejrzałem wszystkie albumy. Nawet nie wiedziałem, że uzbierało się ich aż tyle.
 
To musiało być całkiem przyjemne: wracać pamięcią do tylu sukcesów.
 
Bez przesady, mam też na koncie wiele porażek. Na przykład moje pierwsze zawody o tytuł "Mr Uniwersum" zakończyły się całkowitą klęską. Zająłem drugie miejsce (śmiech).
 
Nie może być! Taki wstyd.
 
Naprawdę! Omal nie przypłaciłem tego depresją (śmiech). A mówiąc poważnie: przegrywałem wiele turniejów kulturystycznych, nakręciłem też sporo filmów, które nadają się tylko do spuszczenia z wodą. Najtrudniej było mi zmierzyć się całkiem niedawno z tą największą porażką, osobistą. Ale cały dowcip polega na tym, żeby w obliczu nieszczęścia nie rozkładać bezradnie rąk, tylko iść do przodu. Poza tym, jak sama wspomniałaś, zdarzyło mi się odnieść w życiu parę sukcesów, więc bilans nie układa się tak źle.
 
Kulturysta, aktor, polityk... Co dalej?
 
Dobre pytanie! Właśnie dlatego założyłem na Uniwersytecie Południowej Kalifornii własną placówkę: Schwarzenegger Institute of State and Global Policy. Chcę z jej pomocą połączyć te trzy ścieżki kariery, dokonać pewnej synergii. Moim celem jest dotarcie do ludzi, rozmowa z nimi, promowanie pewnych wartości. Przede wszystkim zdrowego trybu życia. Pamiętam, że kiedy 40 lat temu zacząłem uprawiać kulturystykę, była to dyscyplina mocno dyskredytowana. Ludzie bali się ćwiczyć, bali się budować mięśnie. Krążyły wtedy najdziwniejsze plotki: że od pracy w siłowni człowiek uzależni się od sterydów, zostanie homoseksualistą, dostanie rozmiękczenia mózgu. A dziś? Sprzęt do ćwiczeń jest właściwie wszędzie, nawet w domach opieki dla starszych ludzi. Cieszę się, że mogłem się do tego przyczynić. I pokazałem, że w budowaniu mięśni nie ma nic złego i wstydliwego. Mam nadzieję, że będę mógł dalej pomagać w ten sposób ludziom. A co będzie dalej, pokaże przyszłość. Niektórzy zapamiętają mnie pewnie jako gubernatora Kalifornii, który zmienił stan na lepsze. Inni będą oglądać moje stare filmy. A będą też i tacy, dla których Schwarzenegger to po prostu najbardziej umięśniony facet na świecie. Zobaczymy.


[Yola Czaderska-Hayek]