Leonardo DiCaprio gościem Yoli



Zapraszamy do przeczytania nowego wywiadu Yoli Czaderskiej-Hayek. Oto Leonardo DiCaprio i jego "Wielki Gatsby".

Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy film, "Wielki Gatsby", zapowiada się na wielkie wydarzenie. Otwiera tegoroczny festiwal w Cannes. Masz tremę?

Leonardo DiCaprio: Zawsze mam tremę. Ale masz rację, ten film jest pod wieloma względami wyjątkowy. Powieść Fitzgeralda nie bez powodu uchodzi za arcydzieło i należy do absolutnej klasyki amerykańskiej literatury. Przenieść ją na ekran, w dodatku po raz kolejny ["Wielkiego Gatsby'ego" ekranizowano dotąd czterokrotnie - Y. Cz.-H.], to prawdziwe wyzwanie. Zależało nam na tym, aby dochować maksymalnej wierności tekstowi, a jednocześnie zachować jego otwarty, niejednoznaczny charakter, dopuszczający wiele różnych interpretacji.

Nie obawiasz się, że dzisiejsza publiczność uzna "Gatsby'ego" za rzecz przestarzałą?

Nie, ponieważ "Wielki Gatsby" to powieść na tyle uniwersalna, że znakomicie czyta się ją także dzisiaj. Akcja toczy się w pełnych przepychu i dekadencji latach 20. ubiegłego wieku, tuż przed krachem na giełdzie i nastaniem wielkiego kryzysu. Tamta epoka w gruncie rzeczy niewiele różni się od naszych czasów. Jeszcze niedawno ludzie też żyli ponad stan, nie martwiąc się o pieniądze, zaciągając pożyczki na kolejne domy czy samochody, po czym nagle bańka mydlana pękła i wszyscy obudzili się w nowej, brutalnej rzeczywistości. Wszystko się powtarza, dzieje się to samo, co 80 lat wcześniej. Jak gdyby przez cały ten czas nikt się niczego nie nauczył. Świat idzie wciąż do przodu, ale mało kto zadaje sobie pytanie, jakim kosztem. F. Scott Fitzgerald odmalował arogancję i lekkomyślność ówczesnych Amerykanów, choć tak naprawdę jego obserwacje dotyczą również reszty świata. W tym kontekście "Gatsby" opowiada historię, która jest na tyle aktualna, że równie dobrze mogłaby dziać się dzisiaj. Do tego jeszcze Fitzgerald stworzył fascynującą postać głównego bohatera, tajemniczego, dziwnego ekscentryka, którego czyny każdy interpretuje na swój sposób. Od wydania powieści niedługo minie wiek, a ludzie wciąż dyskutują na temat Gatsby'ego. Ta książka nadal jest żywa, ciągle ktoś odkrywa w niej coś nowego.

No właśnie, kim jest dla Ciebie Gatsby?

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy przeczytałem powieść - a było to jeszcze w szkole - Gatsby wydawał mi się nieszczęśliwym romantykiem beznadziejnie zakochanym w Daisy. Przecież on to wszystko zrobił z miłości! Zarobił olbrzymie pieniądze, zbudował imperium, wydawał gigantyczne przyjęcia tak naprawdę tylko po to, by zdobyć tę jedyną kobietę, na której mu zależało. Jednym słowem, wtedy "Wielki Gatsby" wydawał mi się po prostu romansem, historią o wielkiej, niespełnionej miłości. Teraz, przygotowując się do realizacji filmu, zajrzałem do książki na nowo. I nagle zobaczyłem w Gatsbym kogoś zupełnie innego! To człowiek, którego życie jest przeraźliwie puste. Wybudował wokół siebie świat złożony całkowicie z fikcji i zupełnie się w nim pogubił. Stracił kontakt z rzeczywistością. Podąża za Daisy nie dlatego, że tak namiętnie ją kocha, ale dlatego, że jej obecność daje mu jakieś poczucie celu w życiu. Gatsby'ego bardziej fascynuje wyidealizowany wizerunek Daisy we wspomnieniach niż żywa osoba, którą widzi przed sobą. On nie przyjmuje do wiadomości, że Daisy się zmieniła, wciąż marzy mu się powrót do przeszłości, co jest z założenia niemożliwe. Nawet kiedy obejmuje ją wreszcie, kiedy po raz pierwszy trzyma ją w ramionach w zbudowanym przez siebie zamku, nie jest szczęśliwy. Wciąż marzy o swojej fantazji, wciąż myślami jest gdzie indziej. Dlatego dzisiaj uważam, że "Wielki Gatsby" Fitzgeralda tak naprawdę nie jest romansem, ale tragedią. A sam główny bohater to postać o wiele bardziej skomplikowana i mroczna niż wydawało mi się podczas tej pierwszej lektury w szkole.

Odniosłam jednak wrażenie, że w filmie  Baza Luhrmanna  Gatsby nie jest aż tak tragicznym bohaterem. Można nawet powiedzieć, że nie brakuje mu poczucia humoru.

Ciekawe, że tak uważasz, bo akurat zależało mi na tym, by pokazać go od jak najmroczniejszej strony (śmiech). A mówiąc serio, wydaje mi się, że Gatsby ma jedną pozytywną cechę, którą warto podkreślić: bez względu na wszystko nie porzuca nadziei. Uważam, że tego akurat wszyscy moglibyśmy się od niego nauczyć.

Gatsby'emu z pewnością nie można odmówić zdolności imponowania innym. Zdarzyło Ci się poznać ludzi, których uznałbyś za równie charyzmatycznych?

Ojej! To trudne pytanie. Wielu filmowców to niebywale charyzmatyczne postacie, ciężko mi wybrać kogoś szczególnego. Ale niech pomyślę... Dla mnie na przykład Baz to czysty Gatsby. Albo Martin Scorsese. Jako młody chłopak bez przerwy chorował, a jego jedyną rozrywką były wycieczki do kina z ojcem. Siedział w małym mieszkaniu w jednej z kamienic Małej Italii i obserwował przez okno, co dzieje się na zewnątrz. Z jednej strony był częścią tego świata, z drugiej - znajdował się na zewnątrz. Stać go było na dystans i obiektywizm. I potem zaczął robić filmy. Podobnie jak Gatsby, postanowił ukształtować całe swoje życie wokół jednej idei. Kino stało się jego obsesją. Można powiedzieć, że przeszedł długą drogę z tamtego mieszkania do Hollywood, do tego, kim jest dziś. No i oczywiście to jeden z najbardziej charyzmatycznych, fascynujących ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem.

Co masz na myśli, mówiąc, że Baz to czysty Gatsby?
 
Nie znam nikogo innego, kto z równie wielkim zapałem podporządkowałby całe swoje życie realizacji marzeń. Wszystko, co dotyczy Baza, związane jest z jego pasją. Którą zresztą potrafi  człowieka zarazić dzięki niekłamanemu entuzjazmowi i olbrzymim pokładom energii. Pamiętam, że kiedy zaczął mi opowiadać o "Wielkim Gatsbym" i o tym, co dla niego znaczy ta powieść, to poczułem się prawie tak, jakbyśmy byli w samym środku tego świata stworzonego przez Fitzgeralda. Zapragnąłem wejść tam, do środka i poznać bohaterów. Gdy zaproponował mi rolę, po prostu nie mogłem odmówić.
 
Ale Gatsby to jednocześnie człowiek niezwykle tajemniczy. Baz również?
 
O tak! Życie Baza pełne jest tajemnic. Nie wypada, żebym ja o nich w tej chwili wspominał, ale jeśli chcesz, zapytaj go kiedyś o jego przeszłość. Ciekaw jestem, co Ci odpowie.
 
Z Bazem Luhrmannem znacie się od dwudziestu lat, z Tobeyem Maguire'em jeszcze dłużej. Czy kręcenie filmu z tak bliskimi znajomymi ułatwia pracę? Czy raczej wprost przeciwnie?
 
Zdecydowanie ułatwia. Jak już mówiłem, ekranizacja "Wielkiego Gatsby'ego" to potwornie trudne wyzwanie. Nie wiem, czy miałbym odwagę podjąć się go, gdyby nie Baz i Tobey. Właśnie dzięki temu, że znamy się tak długo, mogliśmy pozwolić sobie przede wszystkim na szczerość, a także na brak sentymentów. Na samym początku pracy nad filmem zapowiedzieliśmy sobie otwarcie, że jeśli coś będzie szło nie tak, to nikt nie będzie tego owijał w bawełnę. Po prostu wygarniemy sobie wszystko prosto w oczy. I to podejście okazało się zbawienne. Mogliśmy spierać się ze sobą, dyskutować na temat powieści i jej adaptacji, bez ryzyka, że ktokolwiek z nas się obrazi. A było o czym gadać, bo jak wiesz, nasza interpretacja "Wielkiego Gatsby'ego" nie polega wyłącznie na mechanicznym przeniesieniu wydarzeń z książki na ekran.
 
No właśnie, chciałabym o tym przez chwilę porozmawiać. Jak zwykle u Baza Luhrmanna "Gatsby" to przede wszystkim wizualna i dźwiękowa orgia. Naprawdę konieczny był taki rozmach?
 
Zamiarem Baza było przede wszystkim stworzenie ekranizacji "Wielkiego Gatsby'ego" na współczesną miarę. Pokazanie, że teledyskowy montaż i hiphopowe piosenki w ogóle nie kłócą się z charakterem tej historii, podkreślają za to jej aktualność i uniwersalne przesłanie. Akcja "Gatsby'ego" może toczyć się w ubiegłym wieku, teraz, a nawet w odległej przyszłości. Myślę też, że Bazowi zależało na tym, aby widzowie, szczególnie młodzi, dostrzegli w bohaterach nie jakieś papierowe figurki z lektury szkolnej, ale kogoś intrygującego, z kim się można zidentyfikować. Wszyscy pracowaliśmy bardzo długo nad konstrukcją postaci, dyskutując w nieskończoność o książce i o twórczości Fitzgeralda. Odbyliśmy tych warsztatów całe mnóstwo, nawet nie pamiętam, ile ich było. Właściwie to mimo całej, rzeczywiście imponującej oprawy filmu, podeszliśmy do tej adaptacji jak do widowiska teatralnego, gdzie od efektów ważniejsze są kreacje aktorskie. Paradoksalnie dopomógł nam w tym nawet trójwymiar.
 
Pamiętam, że kiedy rozmawialiśmy jakiś czas temu, wspominałeś, że kręcisz "Wielkiego Gatsby'ego" w 3D. Zdziwiłam się wtedy, że w ekranizacji Fitzgeralda będą wybuchy, bo one najlepiej wychodzą w 3D.
 
Bazowi zdecydowanie nie chodziło o wybuchy. Jego zdaniem trójwymiar pozwala widzowi na pełniejszy, wręcz intymny kontakt z bohaterami. Chodzi o wywołanie złudzenia, że jest się w jednym pomieszczeniu razem z tymi ludźmi. Że się ich obserwuje z bliska, że odczuwa się te wszystkie emocje, jakie im towarzyszą. Tak jak w powieści.
 

W Waszym towarzystwie dobrych znajomych pojawiła się także osoba z zewnątrz: Carey Mulligan . Jak wspominasz współpracę z nią?

Jak najlepiej. Baz potrzebował aktorki, która umiałaby pokazać na ekranie skomplikowaną naturę Daisy. A nie było to łatwe, choćby dlatego, że w finale to wyjątkowo antypatyczna postać (śmiech). Daisy z jednej strony uosabia tę anielską niewinność, ten dziewczęcy ideał, którego pożąda Gatsby, a z drugiej - jej rzeczywisty wizerunek kontrastuje z wyobrażeniami bohatera. Ta kobieta ma dwa oblicza, które zmieniają się w zależności od tego, czyimi oczami na nią spoglądamy. Carey potrafiła znakomicie odegrać tę postać i niezwykle płynnie przechodziła przed kamerą metamorfozę. Boska księżniczka ze snów nagle potrafiła jednym zgryźliwym komentarzem zniszczyć cały świat fantazji Gatsby'ego. Pamiętam, że po zdjęciach próbnych Baz i ja spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy jednocześnie: mamy naszą Daisy! Było dla nas jasne, że nikt inny nie jest w stanie zagrać tej roli. Bardzo się cieszę, że Carey Mulligan wystąpiła w tym filmie. To zaszczyt pracować razem z nią.

Teraz, zdaje się, masz już pracy trochę dość. Czy to prawda, że udajesz się na długi odpoczynek?

To nieprawda, że mam dość pracy. Przeciwnie, nienawidzę leniuchować. Ale ostatnio nakręciłem dwa - przepraszam, trzy! filmy bez chwili przerwy, więc odrobina wolnego czasu na pewno mi się przyda. To nie znaczy, że będę leżał do góry brzuchem. Mam w planach nadrobienie zaległości filmowych, parę książek do przeczytania, może jakiś wyjazd na wakacje. Ale przede wszystkim zamierzam się skupić na kampaniach ekologicznych. Niedługo rozpoczynam całkiem spory projekt - razem z domem aukcyjnym Christie's organizujemy licytację na rzecz ochrony raf koralowych i lasów tropikalnych. Trzydziestu trzech artystów zgodziło się udostępnić swoje dzieła do zlicytowania. To chyba największa tego typu akcja charytatywna na świecie. Oczywiście zachęcam do uczestnictwa, bo bez względu na to, gdzie kto mieszka, środowisko trzeba chronić. Mam nadzieję, że teraz będę miał więcej czasu na udział w tego rodzaju przedsięwzięciach. A potem? Mam już konkretne plany i kiedy przyjdzie odpowiedni czas, z przyjemnością wrócę do grania w filmach. Byleby tylko nie zabrakło pracy! Dla mnie lenistwo to pierwszy stopień do piekła.


[Yola Czaderska-Hayek]