Bradley Cooper gościem Yoli



Trzeci film ma w sobie o wiele więcej klimatu pierwszej części niż drugi. Nie tylko dlatego, że wróciliśmy do Vegas, ale także ze względu na to, że w "Kac Vegas 3" ponownie mogliśmy całą grupą gadać o głupotach i kłócić się non stop. Yola Czaderska-Hayek w Hollywood przeprowadziła specjalnie dla Stopklatki wywiad z Bradleyem Cooperem  Trwa znakomita passa tego aktora, którego w tym roku widzieliśmy już w kilku znakomitych filmach. Przed nami premiera "Kac Vegas 3".
 
Yola Czaderska-Hayek: Po raz trzeci wcielasz się w bohatera "Kac Vegas". Podejrzewam, że powrót do doskonale znanej postaci był dla Ciebie bardziej zabawą niż pracą.
 
Bradley Cooper: Na pewno! Kręcenie trzeciej części przypominało spotkanie starych kumpli. Wszyscy znaliśmy się doskonale i potrafiliśmy nawzajem do siebie dostroić. Wyobraź sobie zespół, który po przerwie ponownie wychodzi na scenę, wszyscy biorą instrumenty i po prostu zaczynają grać. Nie potrzebują prób, ćwiczeń, bo na tyle dobrze już umieją współpracować, że muzyka tworzy się sama. Tak to mniej więcej wyglądało na planie.
 
Nie obawiałeś się, że zagranie po raz kolejny tej samej postaci będzie nudne?
 
Nie. Moje praca polega na tym, żeby wykonać to, czego oczekuje ode mnie reżyser. Nie zastanawiam się nad tym, czy i jak mógłbym zmienić swojego bohatera, bo to po prostu nie moje zadanie. Od tego jest reżyser. To on opowiada historię i wie, co chce pokazać. Nadmiar inwencji ze strony aktora to droga, która prowadzi prosto w przepaść. Znowu porównanie muzyczne: aktor gra w zespole, a reżyser jest dyrygentem, wyznacza rytm i melodię. Każdy zresztą ma inne podejście, inny styl. Na przykład David O. Russell [aktor zagrał w jego oscarowym "Poradniku pozytywnego myślenia" - Y. CZ-H] jest jak perkusista, który nadaje tempo i pędzi do przodu z wielkim hukiem, z kolei Derek Cianfrance [niedawno widzieliśmy go w jego "Drugim obliczu" - Y. Cz-H] przypomina bardziej Franka Sinatrę - jest wyciszony, skupia się bardziej na detalach, na pojedynczych dźwiękach. Tak samo Joe Carnahan czy Todd Phillips [reżyser trylogii "Kac Vegas" - Y. Cz.-H.] - każdy pracuje w innym rytmie. Uwielbiam obserwować ich w akcji.
 
Waszą grupę w "Kac Vegas" rzeczywiście można porównać do zespołu. Trzymając się tej analogii, jesteś w nim gitarzystą czy klawiszowcem?
 
Gram na basie. Czyli jestem kimś, kto pilnuje tempa i dba o to, by cała piosenka trzymała się kupy. Przynajmniej tak długo, na ile to możliwe.
 
Twój bohater, Phil, sprawia wrażenie najbardziej rozumnego z całej grupy.
 
Rzeczywiście może się tak wydawać. Pewnie dlatego, że Todd, tworząc postać Phila, sportretował głównie samego siebie. Phil wygląda na kogoś, kto na całą imprezę patrzy z zewnątrz, jest jakby reprezentantem widowni, który zadaje sobie pytanie: co ja w tym wszystkim robię? Tylko że prędzej czy później musi zachować się tak, że nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że ten facet to taki sam wariat, jak cała reszta, tylko po prostu lepiej się z tym kryje.
 
Kiedy będziesz miał już dziewięćdziesiąt lat i będziesz pisał autobiografię...
 
O, byłoby fajnie! (śmiech)
 
...jak opiszesz swoją przygodę z trylogią "Kac Vegas"?
 
Jako niezwykły dar losu, który zmienił całe moje życie. Dosłownie. A także życie mojej rodziny i moich przyjaciół. I otworzył mi drogę do kolejnych fantastycznych filmów. Myślę, że to samo mogliby o sobie powiedzieć Zach [Galifianakis], Ed [Helms], Ken [Jeong] i Todd. "Kac Vegas" również okazał się dla nich wielkim przełomem w karierze.

Jak przedstawiłbyś ich w swojej książce, gdybyś o każdym miał powiedzieć jedno zdanie?
 
Hmmm. Ken to ktoś, jakby to ująć... bezwstydnie odważny. Ed... obłędnie utalentowany. Zach? Naznaczony przez Boga (śmiech). To wspaniali ludzie, a jednocześnie znakomici artyści. Toddowi udała się naprawdę wielka sztuka: zgromadził na planie tyle indywidualności i potrafił sprawić, by wszyscy zagrali w zespole. A, zapomnieliśmy o kimś! Justin Bartha to właściwie niedoceniony bohater naszej trylogii. Z jakiegoś powodu nigdy nie doczekał się równie wielkiego uznania, co my, a przecież bez niego nie byłoby "Kaca".
 
W trzeciej części ponownie spotykacie się w Las Vegas. To trochę jak powrót do korzeni.
 
Rzeczywiście, dla mnie trzeci film ma w sobie o wiele więcej klimatu pierwszej części niż drugi. Nie tylko dlatego, że wróciliśmy do Vegas, ale także ze względu na to, że w "Kac Vegas 3" ponownie mogliśmy całą grupą gadać o głupotach i kłócić się non stop. "Kac Vegas w Bangkoku" miał jednak trochę inny charakter: w Tajlandii bez przerwy coś nam groziło, akcja pędziła do przodu i po prostu nie było czasu na długie sceny dialogowe. Trzecia część rzeczywiście, jak to ujęłaś, pozwala wrócić do korzeni, czyli do tego, co było fajne w pierwszym filmie, ale równocześnie nie jest jego wierną kopią. Tym razem nie mamy do czynienia z pijacką imprezą i dniem po urwanym filmie. Teraz głównym problemem bohaterów jest tajfun imieniem Alan [postać, którą gra Zach Galifianakis - Y. Cz.-H.], którego w żaden sposób nie daje się opanować (śmiech).
 
Zawsze mnie ciekawiło, jak po zakończeniu pracy aktor żegna się z rolą. Tak po prostu  ostatniego dnia zdjęć wychodzisz z planu i zapominasz o swoim bohaterze? Czy jednak wymaga to trochę czasu?
 
Różnie to bywa. Przede wszystkim ostatni dzień zdjęć rzadko bywa tak naprawdę ostatni. Z reguły zdarzają się rozmaite dokrętki wymagające powrotu na plan. Poza tym wiele zależy od tego, jaką funkcję kto sprawuje przy konkretnym projekcie. Jeżeli aktor jest jednocześnie producentem filmu, co mi na przykład zdarza się coraz częściej, to nawet po ostatecznym zakończeniu zdjęć musi zjawić się w sali montażowej i zdecydować, co zachować, a co usunąć. Dlatego czasem praca ciągnie się jeszcze długo po zejściu z planu. Ale nie narzekam. Uwielbiam proces tworzenia filmów i cieszę się, że mogę obserwować go z bliska.
 
No dobrze, ale przecież kiedyś musisz znaleźć czas na odpoczynek. Nie wmówisz mi, że pracujesz na okrągło przez 365 dni w roku.
 
Oczywiście, że nie. Teraz na przykład mam trochę wolnego. Zakończyliśmy podstawową pracę nad nowym filmem Davida O. Russella, "American Hustle". Do września mam wakacje. A potem, kiedy już skończymy etap postprodukcji, zaczynam kolejny projekt. Ale myślę, że to się rozpocznie najwcześniej w marcu. Jak widzisz, nie jestem teraz jakoś przesadnie zapracowany.
 
Co w takim razie robisz, kiedy masz wolne? Idziesz na plażę? Chodzisz po górach?
 
Niech to pozostanie tajemnicą (śmiech).

Skoro o tajemnicy mowa - muszę się przyznać, że zupełnie nie potrafię Cię rozgryźć. Z jednej strony grasz w ambitnych, ciekawych filmach jak "Poradnik pozytywnego myślenia" czy "Drugie oblicze", a z drugiej występujesz w komediach typu "Kac Vegas"? Przyjmujesz propozycje jak leci czy masz na to jakąś metodę?
 
Odpowiedź jest bardzo prosta. Dawno temu przyjąłem taką zasadę: chcę grać tylko u najlepszych reżyserów, bo to gwarancja najlepszych ról. W "Poradniku pozytywnego myślenia" zagrałem ze względu na Davida O. Russella, a w "Drugim obliczu" dlatego, że to film Dereka Cianfrance'a. Nienawidzę bohatera "Oblicza", uważam go wręcz za ostatniego idiotę, ale nie mogłem przegapić szansy zagrania u Dereka. Tak samo jest z "Kacem Vegas". Uwielbiam filmy Todda Phillipsa, więc kiedy zaproponował mi rolę Phila, zgodziłem się od razu. Prawdę powiedziawszy, tu też sama postać spodobała mi się średnio, ale bardzo chciałem pracować razem z Toddem. To zresztą całkiem normalna droga kariery w zawodzie aktora. Jeśli spojrzysz na dorobek największych gwiazd Hollywoodu, to zobaczysz przede wszystkim filmy najlepszych reżyserów w branży.
 
Teraz współpracujesz ze Stevenem Spielbergiem. Tylko pogratulować!
 
Cieszę się z tego powodu tak, że nawet nie potrafię tego wyrazić. Przenosimy na ekran książkę Chrisa Kyle'a, "Cel snajpera" - to jest właśnie ten projekt, który zaczynam w marcu. Rok temu moja firma producencka, 22nd & Indiana Pictures, kupiła prawa do ekranizacji. Jason Dean Hall napisał pierwszą wersję scenariusza. Jakimś cudem przeczytał ją Steven Spielberg, po czym zadzwonił do nas i powiedział, że chce ten film nakręcić. Takie historie zdarzają się tylko w marzeniach! A nam się udało. Niewiarygodne.
 
Film wydaje się wyjątkowo na czasie, zważywszy na przetaczające się w Ameryce dyskusje o konieczności ograniczenia dostępu do broni palnej. 
 
Wiesz co, naszym głównym celem jest opowiedzenie historii niezwykłego człowieka, a nie manifest propagandowy. Zresztą prace nad "Celem snajpera" znajdują się na razie w początkowym stadium i dopiero zastanawiamy się, pod jakim kątem pokazać biografię Kyle'a. Za wcześnie jeszcze na spekulacje.
 
Wspomniałeś, że kręcisz teraz kolejny film z Davidem O. Russellem, "American Hustle". To oparta na faktach opowieść, która toczy się na początku lat 80. ubiegłego wieku. Przeskok czasowy był dla Ciebie szokujący? Zwłaszcza jeśli chodzi o fryzury czy ubrania.
 
Sprostuję jedną rzecz: akcja toczy się w 1978 roku, to jeszcze nie są lata 80. Ale masz rację, jeśli chodzi o szok kulturowy. Rany, jak ludzie wtedy się ubierali! Potrzebowałem czasu, żeby się z tym oswoić. Lubię nadążać za modą, lubię markowe, eleganckie garnitury - być może zostało mi to z czasów dzieciństwa, kiedy obserwowałem ojca, jak starannie ubierał się do pracy - dlatego na początku zdjęć miałem wrażenie, jakbym znalazł się wśród kosmitów. A w dodatku wymyśliłem sobie głupio, żeby mój bohater miał kręcone włosy. Więc jak się domyślasz, oznaczało to codziennie urocze trzy godziny w charakteryzatorni. Trudno, sam sobie ten bat ukręciłem. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale wtedy, w końcówce lat 70., faceci rzeczywiście kręcili sobie loki u fryzjera. Sporo bejsbolistów tak robiło. Taki był wtedy styl. Stąd właśnie mój pomysł. W sumie cała ta przebieranka zrobiła się całkiem zabawna, zwłaszcza kiedy zaczęliśmy przymierzać kostiumy. I do tego ta muzyka, cała ta estetyka! Szał. Nie mówiąc już o obsadzie. Wyobraź sobie: wchodzisz na plan, a tam Jennifer Lawrence, Jeremy Renner, Alessandro Nivola, Christian Bale, Amy Adams, Robert De Niro... To brzmi aż nieprawdopodobnie! Swoją drogą strasznie śmieszy mnie sam fakt, że gram w tym filmie szulera. W rzeczywistości nie potrafię w ogóle grać w pokera. Blefowanie zupełnie mi nie wychodzi.  
 
Chodzą słuchy, że także Cameron Crowe zaangażował Cię do swojego nowego projektu.
 
Tak, to prawda. Według mnie to jeden z najwybitniejszych reżyserów w Ameryce, a jego "Jerry Maguire" to prawdziwy majstersztyk. Znów nie wiem, jak to się właściwie stało, ale zaproponował mi rolę, więc oczywiście nie mogłem odmówić. Zdjęcia ruszają w przyszłym roku i już nie mogę się doczekać.
 
Co to będzie za film?
 
Tego niestety nie mogę zdradzić. Obowiązuje mnie tajemnica, nie wolno mi nawet słowem wspomnieć o fabule. Cameron trzyma scenariusz zamknięty pod kluczem. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz mnie zagrają m.in. Emma Stone, Rachel McAdams i Danny McBride.
 
Zetknąłeś się kiedyś z opinią, że jesteś zbyt przystojny jak na aktora dramatycznego?
 
Że co? (śmiech) Nie, nigdy nie usłyszałem takiej opinii o sobie. Może kiedyś w którejś gazecie ktoś tak napisał, ale naprawdę nie mam pojęcia. Pracuję w tym zawodzie od czternastu lat i nikt nigdy nie zarzucił mi, że jestem za ładny na rolę w poważnym filmie. Trochę szkoda, bo w sumie byłoby miło. Może to oznacza, że wcale nie jestem taki przystojny, jak mi się wydaje? Sam nie wiem.



[Yola Czaderska-Hayek]