Johnny Depp gościem Yoli



Buster Keaton zawsze był i jest dla mnie inspiracją - mówi w wywiadzie dla Stopklatki Johnny Depp  którego najnowszy film wchodzi do kin w Polsce. W "Jeźdźcu znikąd" aktor gra Indianina i to kolejna z jego aktorskich metamorfoz. Yoli Czaderskiej-Hayek aktor opowiada o tym jak sam wymyślił tę postać, jak doszło do wypadku na planie, o pracy w miejscach do tej pory chronionych przed filmowcami, ocenie produkcji przez Indian oraz jak został zaadaptowany przez indiańską rodzinę. Dowiedzieliśmy się także o tym jak Johnny Depp świętował 50 urodziny i czy dopadł go kryzys wieku średniego.

Yola Czaderska-Hayek: O Twoim najnowszym filmie, "Jeździec znikąd", zrobiło się głośno, kiedy świat obiegły zdjęcia z wypadku na planie. Koń, na którym jechałeś, zrzucił Cię z siodła, a potem ciągnął po ziemi. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy?

Johnny Depp: Miałem wrażenie, że nagle czas - no, może nie stanął w miejscu, ale na pewno zwolnił. W rzeczywistości wszystko rozegrało się strasznie szybko, a ja pamiętam najdrobniejsze szczegóły, jakby to trwało nie wiadomo ile. Koń mnie zrzucił. Przechyliłem się na bok. Trzymałem się jego grzywy. Miałem przed oczami jego grające pod skórą mięśnie. Zdążyłem nawet pomyśleć: "Ojej, jakie to piękne zwierzę". Po czym za moment leżałem już na ziemi i widziałem tylko kopyta. Nawet nie miałem czasu, żeby się wystraszyć. Najważniejsze, że kiedy było po wszystkim, mogłem wstać o własnych siłach i oddychać. Wydaje mi się, że zawdzięczam to właśnie koniowi. Zrobił naprawdę wszystko, co mógł, żeby na mnie nie nadepnąć. 

Oglądałeś serial telewizyjny z lat 50., który jest pierwowzorem filmu?

Oczywiście! Kiedy byłem mały, bardzo uważałem, żeby nie przegapić kolejnego odcinka. Każde spotkanie z Jeźdźcem i Tonto było dla mnie czymś w rodzaju rytuału. Pamiętam, że miałem wtedy jakieś pięć, sześć lat i - nie ujmując absolutnie nic ani Claytonowi Moore'owi, który grał tytułową rolę, ani scenarzystom - strasznie dziwiło mnie, dlaczego ten Indianin zawsze miał najgorszą robotę do wykonania, a potem wszystkie pochwały zbierał wyłącznie kowboj. Coś mi tu nie grało. I potem, kiedy poznałem Marlona Brando, tego rodzaju wątpliwości zaczęły pojawiać się coraz częściej. Pamiętasz, jak Marlon walczył o prawa obywatelskie rdzennych Amerykanów? Starał się zwrócić uwagę świata na ich dramatyczną sytuację. Po rozmowach z nim pomyślałem sobie, że jeśli kiedyś będę grał czerwonoskórego, to zrobię wszystko, żeby była to ważna rola, a nie karykatura. I wydaje mi się, że w kinowym "Jeźdźcu znikąd" to widać. W naszej wersji kowboj już nie jest na pierwszym miejscu.

Tonto to bardzo plastyczna postać. Więcej przekazuje językiem ciała niż słowami.

Przygotowując się do roli, wyobrażałem sobie Tonto jako bohatera rodem z kina niemego. Zależało mi na tym, aby grać gestami i twarzą. I spojrzeniami. To daje o wiele lepszy efekt niż recytowanie dialogów.

Nieme kino? Ale chyba bardziej w stylu Bustera Keatona niż Chaplina.

Zdecydowanie! Niezależnie od tego, jak bardzo uwielbiam Chaplina, Buster Keaton zawsze był i jest dla mnie inspiracją. A Tonto to na sto procent rola w jego stylu. Fajnie, że zwróciłaś na to uwagę.

Poza tym Twój bohater w ogóle mało mówi. W serialu ledwo-ledwo znał angielski.

To prawda, zawsze mówił jakimiś dziwnymi, łamanymi zdaniami. Nie chciałem powtarzać tego w filmie, ale potem przyszedł mi do głowy pomysł, żeby najpierw pokazać Tonto w takiej wersji, jaką znają widzowie, czyli stereotypowego Indianina, a potem pojechać w zupełnie niespodziewaną stronę.

Czy to prawda, że sam wymyśliłeś wygląd tej postaci?
 
Prawda, chociaż niekoniecznie było tak, jak głoszą plotki. Słyszałem już wersję, że siedziałem przed lustrem, nakładałem sobie makijaż i jakoś tak samo wyszło... Jasne, oczywiście, wszyscy lubimy malować się przed lustrem, prawda, dziewczęta i chłopcy? Nie, tak naprawdę zobaczyłem kiedyś w Internecie pewien obraz przedstawiający twarz pokrytą pionowymi pasami. Miały one, zdaje się, symbolizować różne stany świadomości człowieka. Zachwycił mnie ten motyw: twarz podzielona na cztery części. A nad nią gdzieś w tle unosił się ptak. Pomyślałem sobie, że może byłoby lepiej, gdyby ptak siedział temu facetowi na głowie zamiast fruwać gdzieś daleko. I potem, kiedy kręciliśmy "Dziennik zakrapiany rumem" w Puerto Rico, poprosiłem makijażystkę o zrobienie mi charakteryzacji według tego obrazu. Mój serdeczny przyjaciel Peter Mountain, który jest świetnym fotografem, zrobił mi kilka zdjęć. Pokazałem je później Jerry'emu Bruckheimerowi. W tym czasie przymiarki do realizacji "Jeźdźca znikąd" utknęły w martwym punkcie, Disney jakoś nie spieszył się, żeby dać zielone światło, więc zależało mi na tym, żeby sprawę jakoś ruszyć do przodu. Bruckheimer zobaczył zdjęcia i zapytał: "Mogę je zatrzymać?". I tak się porobiło, że następną rozmowę odbyliśmy już z producentami Disneya.
 
I dalej poszło już z górki. Jestem pod wrażeniem, że udało Wam się uzyskać pozwolenie na kręcenie zdjęć w kanionie de Chelly. To przecież święte miejsce dla Indian Nawaho.
 
Dla mnie było to ogromne przeżycie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, zostaliśmy wpuszczeni do miejsca, gdzie dotąd żaden biały filmowiec nie miał wstępu. Nawet John Ford nie mógł nakręcić tam zdjęć! Nawaho obdarzyli nas ogromnym zaufaniem i za to jestem wdzięczny. Spotkał nas wszystkich ogromny zaszczyt. A po drugie, sama wizyta w tym kanionie jest czymś, co bardzo trudno opisać. Jak sama powiedziałaś, to święte miejsce. Tam spoczywają ciała zmarłych w grobach wykutych w skale. A po kamiennych schodach ludzie przychodzą oddać im hołd. Byłem tam, widziałem to na własne oczy. To było coś... Nie potrafię o tym opowiadać, słowa nie są w stanie oddać charakteru tego miejsca. Sam fakt, że pozwolono mi tam wejść, uważam za wielki zaszczyt.
 
Niestety Hollywood raczej nie ma czystego sumienia, jeżeli chodzi o pokazywanie Indian na ekranie. Nawet John Ford, o którym wspomniałeś, portretował ich jako przygłupich dzikusów, których jedynym zadaniem jest dać się zabić.
 
No cóż, Ford na pewno był wielkim artystą i dbał jak mało kto o estetyczną stronę swoich filmów. Jego westerny, powiem to bez wahania, są po prostu piękne pod względem wizualnym. Ale jeśli chodzi o treść... Powiedzmy, że prezentował wyjątkowo stronnicze spojrzenie. Szkoda. Wiesz, skąd wziął się ten cały pomysł pokazywania Indian jako dzikusów? Od Kolumba. Przypłynął tu w 1492 roku i wydawało mu się, że dotarł do Indii. I dlatego nazwał tubylców Indianami. No, kretyn skończony. Przecież tu, na kontynencie, kwitło życie, rozwijały się społeczeństwa, istniało wiele języków, kultur. A ten debil przypłynął, nic z tego nie zrozumiał i wszystko zniszczył.
 
Czy wiesz może, jak rdzenni Amerykanie przyjęli "Jeźdźca znikąd" i Twoją rolę?
 
Z tego, co mi wiadomo, Wallace Coffey, obecny wódz Komanczów, widział film. I był pod wielkim wrażeniem. Powiedział, że przywróciłem Indianom godność. I że odczuwał dumę, patrząc na ekran. Odetchnąłem wtedy z ulgą.
 
Podobno zostałeś honorowo przyjęty do społeczności Komanczów?
 
Ściślej biorąc, zostałem adoptowany przez jedną z rodzin. Mam od tamtej pory dwie pamiątki i noszę je z dumą [chodzi o tatuaże przedstawiające symbole Komanczów: węża na prawym przedramieniu i tarczę na prawym podudziu - Y. Cz.-H.].
 
Dostałeś indiańskie imię?
 
Tak. Brzmi ono: "Maumi" [w angielskiej pisowni: "Mah-Woo-Meh" - Y. Cz.-H.], czyli "zmiennokształtny". Podobno od wielu lat go nie używano i trzeba było poprosić radę starszych o specjalnie pozwolenie. Więc tym bardziej jestem pod wrażeniem.

Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać od uśmiechu na myśl, że zostałeś przez kogoś adoptowany. Przecież skończyłeś w tym roku 50 lat!
 
Eee, też mi powód. Nie celebrowałem tych urodzin jakoś hucznie. Takie same, jak każde inne. Nie obudziłem się tego dnia z myślą: "O matko, ale mnie boli kręgosłup".
 
Wiesz, że obchodzimy urodziny tego samego dnia? 9 czerwca.
 
O proszę! Nie pytam, w którym roku się urodziłaś. Na pewno to ja jestem starszy.
 
Nie grozi Ci kryzys wieku średniego?
 
Przerabiałem to już, jak miałem 20 lat.
 
Serio? I jak to wyglądało?
 
Nie chcesz wiedzieć. Albo inaczej: nie starczy nam miejsca w tym wywiadzie, żeby wymienić wszystko, co sobie w tym czasie aplikowałem. Wtedy mówiło się na to: samoleczenie. Każda metoda była dobra, żeby wyłączyć się z rzeczywistości. Człowiek miał 20 lat, siłował się z dramatem egzystencji i szukał odpowiedzi na pytania: czym jest życie? Po co istnieję? Do czego zostałem powołany? Czy to wszystko ma w ogóle sens? Powiedzmy dyplomatycznie, że w tamtym czasie próbowałem jakoś złagodzić sobie ból istnienia. Więc chyba coś takiego, jak kryzys wieku średniego, mam już za sobą. W każdym razie w ogóle mnie nie kusi, żeby na przykład jutro lecieć do salonu i kupić sobie błyszczące ferrari. Albo inne maserati. Całkiem mi dobrze z moją starą, rozklekotaną terenówką.
 
Przywiązujesz się do rzeczy?
 
Do niektórych na pewno tak. Uwielbiam na przykład swoje buty. Kochane, wysłużone trepy. Miałem jedną parę, z którą nie mogłem się rozstać przez długie lata. Zawsze ze mną były i nosiły mnie tam, gdzie potrzebowałem. W końcu musiałem je posłać na emeryturę. Teraz noszę następną parę, która też już powoli dogorywa. A wciąż nie potrafię ich się pozbyć. Moje buty i ja to jedno.
 
Czy teraz, z perspektywy swego sędziwego wieku umiesz odpowiedzieć chociaż na niektóre pytania, które zadawałeś sobie, mając 20 lat?
 
Mam to szczęście, że zarabiam na życie, robiąc to, co mi sprawia przyjemność, więc ból istnienia nie dręczy mnie już tak bardzo, jak kiedyś. Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że niezależnie od tego, jaką rolę bym zagrał i w czym nie wystąpił, to jest to tylko złudzenie. Obraz na ekranie. Mogę mieć nadzieję, że moje filmy, powiedzmy, zmieniły czyjeś życie albo choćby tylko poprawiły nastrój. Ale w głębi duszy wiem, że cała ta praca, wcielanie się w inne osoby, w rzeczywistości nic nie znaczy. To tylko kino, nic więcej. Gdyby na przykład na ulicy nagle zaczęły wybuchać bomby, od razu wiadomo by było, co jest naprawdę ważne.  
 
Chyba jesteś dla siebie zbyt surowy. Wiem przecież, że pomagasz ludziom. I na przykład często odwiedzasz chore dzieci. Nie tak dawno w Londynie spotkałeś się z dziewczynką, która cierpi na białaczkę i przejechała kawał drogi, żeby Cię zobaczyć.
 
To nie są tylko jednorazowe spotkania. Z wieloma dzieciakami jestem w stałym kontakcie. Zawsze trzymam kciuki i kibicuję im, żeby walczyły z chorobą. Niektórym się udaje. Innym niestety nie. Poznałem mnóstwo wspaniałych, wrażliwych dzieci, których już nie ma. Człowiek wtedy pozostaje z poczuciem bezsilności i dręczącymi pytaniami. Co mogłem zrobić? Co mogę zrobić? Jedno wiem na pewno: nie wolno odmawiać. Nie wolno mówić: nie mam czasu. Jeżeli nawet budzą mnie telefonem o trzeciej w nocy i mówią: "Słuchaj, Johnny, jest taka sprawa, porozmawiaj przez chwilę z kimś, komu bardzo na tym zależy", to nie wolno mówić: nie. Bo następnej okazji do tej rozmowy może już nie być.
 
Kiedy ostatnio się spotkaliśmy, opowiadałeś o tym, jak wystrzeliłeś prochy Huntera Thompsona z armaty. Myślałeś o jakimś rytuale dla siebie, gdy odejdziesz?
 
Szczerze mówiąc, nie. Na niczym specjalnym mi nie zależy. Wsadźcie mi papierosa w usta, wsuńcie do pieca i po wszystkim.
 
Oczywiście w Twoich starych, wysłużonych butach?
 
Oczywiście!



[Yola Czaderska-Hayek]