Adam Sandler gościem Yoli




Zalicza wzloty i upadki. Wydawało się już, że Adam Sandler zbierać będzie tylko niezbyt przychylne opinie, a tutaj taka niespodzianka. Jego najnowszy film zatytułowany "Jeszcze większe dzieci" stał się dużym przebojem w USA.

Yola Czaderska-Hayek: W Twoim najnowszym filmie, "Jeszcze większe dzieci", dochodzi do zamiany ról. Dorośli uczą się od dzieciaków, co jest w życiu naprawdę ważne. Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek, że dzięki swoim dzieciom dowiedziałeś się czegoś istotnego?

Adam Sandler: Owszem. Moje dzieci umieją coś, co mi nigdy nie wychodzi. Jeżeli coś je zdenerwuje, potrafią wyrzucić z siebie błyskawicznie cały gniew. Powiedzmy, jest w domu awantura, trwa jakieś 40 sekund, po czym kończy się równie szybko, jak się zaczęła i zapominamy o wszystkim. Jak gdyby nigdy nic. Zazdroszczę im, bo mi się to nie udaje. Jeśli coś działa mi na nerwy, to potem narzekam przez następne pół roku.

Zapamiętam na wszelki wypadek, że lepiej Cię nie denerwować.

Nie ma obawy, nie byłabyś w stanie. To się udaje tylko mojej rodzinie (śmiech).

A mówiąc poważnie, czy jest coś, co Cię łatwo irytuje?

Szczerze? Chyba nie. Nic mi nie przychodzi do głowy. No, może czasami trochę denerwuje mnie fakt, że kiedyś mogłem jeść tyle, ile bym chciał, bez obaw, że przytyję, a dzisiaj to już nie jest takie łatwe. Ale nie przejmuję się tym za bardzo. I nadal się obżeram.

Zupełnie jak bohater, którego grasz w "Jeszcze większych dzieciach"! I podobnie jak on, ukrywasz to przed żoną?

Nie chowam frytek pod sałatką, jeśli o to Ci chodzi. Wprost przeciwnie, demonstracyjnie jem chipsy przy wszystkich, jakby to były prażone migdały. Oczywiście żona i dzieci strasznie na mnie krzyczą, ale wtedy spokojnie czekam, aż pójdą spać - i jem dalej.

W "Dużych..." i "Jeszcze większych dzieciach" istotną rolę odgrywają przyjaźnie z dzieciństwa. Pielęgnujesz takie znajomości?

Tak, to dla mnie bardzo ważne. Kiedy dziesięć lat temu zmarł mój tata, przyjaciele pomogli mi pozbierać się do kupy. Rozmawialiśmy razem o moim ojcu, wspominaliśmy różne zabawne rzeczy z jego życia. Dzięki temu jakoś łatwiej było mi oswoić się z myślą, że go już nie ma. Moim przyjaciołom zawdzięczam bardzo dużo. I wiem, że mogę im zaufać w każdej sprawie.

"Jeszcze większe dzieci" sprawiają wrażenie, jakby nie tylko w filmie, ale i na planie spotkała się paczka starych kumpli. Dialogi brzmią tak, jakbyście faktycznie bawili się przed kamerą.

Rzeczywiście było trochę improwizacji. W tego rodzaju komediach rzadko kiedy aktorzy trzymają się scenariusza. Oczywiście to nie jest tak, że całkowicie idziemy na żywioł. Scenariusz jest potrzebny i na etapie pisania każdemu zależy na tym, by trzymał się kupy i wyglądał jak najlepiej. Ale potem na plan wchodzą doświadczeni komicy, z których każdy ma swoje pomysły i bardzo często przygotowane wcześniej dialogi lądują w koszu, a do filmu idą sceny wymyślane na bieżąco. Wszystko po prostu zależy od tego, czy dana rzecz pasuje do opowiadanej historii, czy nie.

Z Salmą Hayek, która gra Twoją żonę, też improwizowaliście?

Też, choć znacznie częściej po prostu rozmawialiśmy o naszych rolach przed wejściem na plan. Salma ma to do siebie, że trzeba liczyć się z jej zdaniem. Nie da się zrobić tak, że mówisz jej: "Słuchaj, ty zrób to, a ja zrobię tamto" i na tym koniec. Salma wtedy pyta: "Chwila moment, a ktoś mnie pytał o zdanie?". I proponuje coś od siebie, na ogół ze znacznie lepszym skutkiem.

Czy na planie ktoś zaskoczył Cię tak, że zepsułeś scenę?

Mnóstwo razy! Naprawdę, prawie co chwila trzeba było przerywać zdjęcia, żeby wszyscy mogli się wyśmiać. Tak to jest, jak się ma w filmie ze dwudziestu zawodowych komików.

Komu szło najlepiej?

Trudno powiedzieć, bo wszyscy się starali. Każdy z nas jest zabawny na swój sposób, każdy ma inne poczucie humoru, więc nie wiem, czy ktoś rzeczywiście zajął pierwsze miejsce. Chociaż nie! Był ktoś, kto rzeczywiście nas zaskoczył, bo nikt się nie spodziewał, że ten facet ma tak świetne wyczucie komedii. Shaquille O'Neal. Przez niego naprawdę tarzaliśmy się po podłodze ze śmiechu. Zagrał, jakby nic innego nie robił przez całe życie.

Film pokazuje, że czas mimo wszystko nie stoi w miejscu i czy to się bohaterom podoba, czy nie, nie są już takimi młodzieniaszkami, za jakich by chcieli uchodzić. Widać to na przykład w scenie skoku ze skały.

O tak, zdecydowanie. Bardzo lubię tę scenę, bo mi też uświadamia to, o czym powiedziałaś - że czas bez przerwy idzie do przodu. Jako dzieciak nie bałem się w ogóle skakać ze skały. Teraz, jako dorosły facet z dwójką dzieci, już bym się nie odważył. Nie jestem już ani tak elastyczny, ani wygimnastykowany, jak kiedyś. I cały czas wyobrażam sobie, co się może stać, jeśli niewłaściwie wyląduję. Ale poza tym bardzo fajnie nam się kręciło tę scenę.

To naprawdę wy skakaliście czy wyręczyli was kaskaderzy?

Ujmę to tak. Skakaliśmy my. W wodzie lądowali już kaskaderzy. Woleliśmy nie ryzykować.

I słusznie.

No widzisz, takie z nas tchórze. Za to Taylor Lautner - ten to jest prawdziwy wariat. Nie dość, że skakał sam bez problemu, to jeszcze kręcił w powietrzu salta. Jak się na niego patrzy, to człowiek żałuje, że nie jest już taki młody i wysportowany. Ech, chciałbym być znowu w jego wieku.

Taylor jest w "Dzieciach..." nową twarzą. Nie było go w pierwszej części.

Zależało nam na tym, aby w kontynuacji wprowadzić postać, która stanowiłaby przeciwwagę, a może nawet wyzwanie dla czwórki bohaterów. To już są dorośli panowie, po czterdziestce, z rodzinami i mają wrażenie, że odrobinę już skapcanieli. Że nie są już takimi kozakami, jak kiedyś. I Taylor jest w filmie po to, żeby im to boleśnie uświadomić. Zwłaszcza kiedy trzeba zdjąć koszulki (śmiech). Z gołą klatą, z tymi wszystkimi mięśniami wygląda fantastycznie. Jak na pokazie kulturystyki. Kiedy się na niego patrzy, to człowiek uświadamia sobie, że chciałby nie tylko być znowu młody, ale przede wszystkim wyglądać tak, jak on. Nie bez powodu wybił się dzięki "Zmierzchowi" i dzisiaj ludzie za nim szaleją. Ale to nie wszystko. Teraz powiem coś z osobistego doświadczenia, bo miałem okazję poznać dobrze tego chłopaka. Jest... świetnie wychowany. Naprawdę. Nie mam pojęcia, jak to zrobili jego rodzice, ale Taylor to po prostu jeden z najsympatyczniejszych, najnormalniejszych ludzi, jakich spotkałem w życiu. Żadnego zadzierania nosa, żadnego gwiazdorzenia. Świetnie dogadywał się z moimi dziećmi. Chętnie grał z nami w koszykówkę. Swoją drogą, Taylor na co dzień nie gra w kosza, ale oczywiście na boisku pokonał nas wszystkich. Nie znam nikogo, kto potrafiłby wyżej skakać. To po prostu fajny, miły chłopak.

Kiedy uświadomiłeś sobie na dobre, że wkroczyłeś w dorosłe życie?

W momencie, kiedy zacząłem chodzić na wywiadówki. Zdałem sobie sprawę, że jako dzieciak nie byłem w stanie skupić się na tym, co mówi nauczyciel, a teraz wiem, że muszę to zrobić dla dobra mojego dziecka. Więc staram się ze wszystkich sił siedzieć grzecznie w ławce, nie rysować w zeszycie i nie rozmawiać na lekcji (śmiech).

Jak wspominasz dzieciństwo?

Na ogół dobrze. Staram się pamiętać same przyjemne rzeczy. Ale kiedy odwiedzam rodzinne strony w New Hampshire choćby tylko na kilka dni, zaraz powracają także inne wspomnienia. Powiedzmy, jadę samochodem i nagle uświadamiam sobie, że o, na tej ulicy kiedyś mnie strasznie pobili. Skręcam w prawo - tak, to tutaj. Wpadłem kiedyś na jakichś dziwnych ludzi, no i się zaczęło. I wtedy zaczynam się zastanawiać: czy ta sytuacja dzisiaj by się powtórzyła? Czy teraz też by mnie sprali, czy może jednak byłoby inaczej? Dochodzi do mnie, że jednak nie wszystko w dzieciństwie było takie fajne.

Sprawiałeś rodzicom kłopoty jako nastolatek?

Mam nadzieję, że nie, ale różnie to bywało. Przede wszystkim bałem się ojca i wolałem nie ryzykować, że się wścieknie, kiedy zrobię coś głupiego. Ale moi koledzy nie mieli takich obaw. Czasami naprawdę jechali po bandzie. I byli gotowi bić się z każdym o byle co. Pamiętam, że kiedyś zaczęli się tłuc z jakąś inną bandą chłopaków - nawet nie wiem, o co poszło, grunt, że w jakimś momencie poszły w ruch kije golfowe. Serio, wszyscy zaczęli się okładać kijami do golfa! Po cichu uciekłem stamtąd. Stwierdziłem, że to nie dla mnie. Lepiej wyjechać do Hollywood i zostać aktorem (śmiech).

I to Ci się udało! Nie żałujesz wyboru?

No co Ty? Generalnie mam taką zasadę, że niczego w życiu nie żałuję. Hollywood okazał się dla mnie wspaniałym miejscem. Tutaj mogę pracować, mogę kręcić filmy, jakie lubię i - co równie ważne - mogę oglądać filmy, jakie lubię. Ostatnio, co prawda, z oczywistych względów oglądam głównie produkcje dla dzieci, ale to nieważne. Podoba mi się tu i już.

Wspomniałeś, że nie jesteś już taki wygimnastykowany, jak kiedyś. Czy myślisz o tym, że kiedyś się zestarzejesz?

Nie rozpaczam jakoś strasznie z tego powodu. Kiedy człowiek ma dzieci, to oczywiście chce żyć jak najdłużej, żeby móc nacieszyć się ich obecnością. Więc naturalnie teraz częściej odwiedzam lekarza, częściej robię badania, zwracam uwagę na rozmaite sygnały, jakie wysyła moje ciało. Chodzi o to, żeby jak najdłużej zachować formę. To oczywiście nie będzie trwało wiecznie, ale mam nadzieję, że na stare lata będę mógł po prostu usiąść wygodnie, nacieszyć się tym czasem, jaki mi pozostał i nie zeświruję do reszty.

Znany jesteś głównie jako aktor komediowy, ale zdarza Ci się też - z powodzeniem! - występować w poważnych filmach, jak choćby "Trudne słówka" czy "Lewy sercowy". Próbujesz walczyć z zaszufladkowaniem?

Nie, w ogóle nie mam takiego problemu. Jak już Ci mówiłem, kręcę takie filmy, na jakie mam ochotę. I dotyczy to zarówno "Dużych dzieci", jak i produkcji, o których wspomniałaś. Lubię stawiać sobie wyzwania i dzięki temu raz na jakiś czas decyduję się na występ w roli, która wydaje się do mnie nie pasować. I wszystko jakoś się kręci. Czasami sobie myślę, że może byłoby fajnie trochę częściej eksperymentować, ale potem dochodzę do wniosku, że siedzę w tej branży przede wszystkim dlatego, że daje mi ona szansę na robienie takich filmów, jakie sam lubię oglądać - a jednocześnie takich, przy których widzowie mogą się dobrze bawić. Kiedyś podeszli do mnie jacyś starsi państwo, którzy powiedzieli, że obejrzeli którąś z moich komedii razem ze swoimi dziećmi i uśmiali się przy tym serdecznie. Takie rzeczy są dla mnie bardzo ważne, nawet ważniejsze niż to, czy film się sprzeda, czy nie. Może dlatego, że sam bardzo dobrze pamiętam, jak ojciec pokazywał mi kiedyś filmy z braćmi Marx albo z Abbottem i Costello. I jak wiele to dla mnie znaczyło, że mogliśmy oglądać je razem... Są ludzie, dla których jestem tym aktorem, który zagrał w "Lewym sercowym", a są też ludzie, którzy widzą we mnie faceta z "Farciarza Gilmore'a". Mi to naprawdę nie przeszkadza. Nie żałuję żadnej zawodowej decyzji, jaką podjąłem. Jeśli widzom podobają się moje filmy, to niczego więcej od życia nie chcę.



[Yola Czaderska-Hayek]