Vin Diesel gościem Yoli




Przed nami premiera filmu "Riddick" i to głównie o nim rozmawia Yola Czaderska-Hayek z Vinem Dieselem Popularny aktor bardzo chętnie opowiada też o planowanej roli Kojaka, o siódmej części "Szybkich i wściekłych" oraz swojej rodzinie. Chcecie wiedzieć w co gra Vin ze swoimi dziećmi i jak się odżywia? Szczegóły w wywiadzie.

Yola Czaderska-Hayek: Po raz trzeci wcielasz się w Riddicka [a tak naprawdę szósty, ponieważ oprócz trzech filmów Vin Diesel użyczył głosu bohaterowi także w krótkiej produkcji animowanej "Mroczna furia" i dwóch grach wideo - Y. Cz.-H.]. Pamiętasz jeszcze, jak to się stało, że w ogóle zagrałeś tego kosmicznego zbira?

Vin Diesel: Nie byłoby Riddicka, gdyby nie festiwal Sundance. W 1997 roku pojechałem tam ze swoim filmem "Zabłąkany" [Diesel wyreżyserował ten film i napisał scenariusz - Y. Cz.-H.]. To była poważna sprawa, bo do sekcji konkursowej dostało się tylko osiemnaście filmów z około tysiąca. Więc naprawdę jest się czym chwalić. Na Sundance zagadał do mnie Ted Field, producent. Obejrzał "Zabłąkanego" i chciał mnie zaangażować do podobnego projektu. Miałem napisać scenariusz na podstawie własnych przeżyć, kiedy pracowałem jako wykidajło w Nowym Jorku. Ale jakoś nic z tego nie wyszło. Za to niedługo później Field podsunął mi scenariusz pierwszego filmu o Riddicku. Chciał mnie obsadzić w tej roli. To była odważna decyzja z jego strony, bo w tamtym czasie nikt przecież o mnie nie słyszał. Zacząłem czytać, no i... stałem się Riddickiem. Utożsamiłem się z nim kompletnie.

Jak to? Przecież to bandyta!

No właśnie tu jest haczyk. Patrzysz na Riddicka i w pierwszej chwili nawet Ci nie przyjdzie do głowy, że ten facet mógłby Ci kiedykolwiek uratować życie - czy też komukolwiek innemu. Widzisz tylko bandziora, mordercę poszukiwanego w całym kosmosie. A tymczasem to nie jest takie proste. Riddick ma też mnóstwo ukrytych zalet, tylko trzeba czasu, by go lepiej poznać. Znam ten problem aż za dobrze, ponieważ mnie też bardzo często błędnie osądzali, najczęściej po wyglądzie. Nikt by nawet nie pomyślał, że mięśniak, który pracował w knajpie jako ochroniarz, mógłby nakręcić film. I do tego jeszcze sam Robert Redford będzie chciał pokazać ten film na Sundance. Coś więc takiego było w Riddicku, że natychmiast mnie ten facet zaciekawił.

A skąd pomysł, żeby zrobić z "Riddicka" całą serię?

Nie ukrywam, że bardzo mi na tym zależało. Wychowałem się na książkach i filmach fantasy, od lat gram w "Dungeons & Dragons", więc fascynuje mnie tworzenie światów. W "Pitch Black" bardzo niewiele wiadomo na temat uniwersum Riddicka. Dopiero po premierze filmu, kiedy okazało się, że niskobudżetowa produkcja nagle obrosła kultem, można było sobie pozwolić na pokazanie czegoś więcej. Pamiętam, że David Twohy [reżyser "Pitch Black" - Y. Cz.-H.] i ja długo rozmawialiśmy z producentami, próbując ich przekonać, że wokół Riddicka można zbudować cały cykl filmowy. Tak powstały "Kroniki...", do których udało się zaangażować mnóstwo świetnych aktorów: Thandie Newton, Karla Urbana, Linusa Roache'a, no i oczywiście Judi Dench. Kłopoty zaczęły się przy produkcji trzeciej części. Wszystko utkwiło w martwym punkcie. Musieliśmy zadać sobie pytanie, w jakim kierunku ma podążyć seria, żeby w ogóle ruszyć z miejsca. Odpowiedzi udzielili nam fani. Cztery lata temu założyłem profil na Facebooku i dzięki temu dopiero wtedy byłem w stanie dowiedzieć się, czego tak naprawdę oczekują nasi widzowie. Niemal wszyscy domagali się jednej rzeczy: "Zróbcie Riddicka dla dorosłych!". Bez upiększania, bez ugrzeczniania tej postaci. Kłopot w tym, że w Hollywood na dobrą sprawę nie da się zrobić "Riddicka dla dorosłych". Kiedy kręciliśmy "Kroniki...", od razu na początku padła decyzja, że film ma być zdecydowanie mniej brutalny niż pierwsza część. Wytwórnia oświadczyła: "Przy takim budżecie nie ma mowy o filmie dla dorosłych. Żeby pieniądze się zwróciły, do kina muszą przyjść rodzice z dziećmi". No i po zabawie. Przy trzeciej części jednak wiedzieliśmy, że nie mamy wyboru. Trzeba było powrócić do korzeni, obedrzeć Riddicka z całego majestatu i z powrotem zrobić z niego brutalnego zbira. Mam nadzieję, że to się nam udało.

To nie pierwsza rola w Twojej karierze, kiedy prężysz mięśnie przed kamerą. Czy "Riddick" wymagał od Ciebie jakichś specjalnych przygotowań, czy raczej wszystko zakończyło się na rutynie?

Zdziwisz się, ale wcale nie było łatwo. David Twohy wpadł na szalony pomysł. Zależało mu na tym, aby pokazać na ekranie dwie wersje Riddicka. Na początku filmu bohater jest ociężały, rozlazły, siedzi na tronie i powoli ma już tego wszystkiego dość. A potem nagle budzi się w nim bestia. Riddick znowu jest szalonym Furianinem, który z byle powodu potrafi wpaść w szał. Najgorsze, że miałem zaledwie tydzień, aby z rozmemłanego dowódcy zmienić się w maszynę do zabijania.

Stosowałeś jakąś specjalną dietę?

Nie, do spalania tłuszczu zamiast diety wystarczy mi stres (śmiech). Naprawdę, to działa za każdym razem. Poza tym nie mam jakichś wielkich wymagań co do diety. Jem najprostsze rzeczy, jakie są pod ręką. Znajomi żartują: "Dajcie mu miskę ryżu z fasolą i będzie zadowolony". Przestrzegam tylko podstawowych zasad: nie objadać się, nie jeść późno i jeść, powiedzmy, w miarę zdrowe rzeczy. Moi rodzice mieli prawdziwego fioła na punkcie zdrowej żywności - nie było w ogóle mowy o tym, żeby w domu znalazły się napoje gazowane albo płatki śniadaniowe z cukrem. Cała ta chemia, wszystkie konserwanty, sztuczne barwniki nie miały szans. Ja nie jestem aż tak wymagający, ale oczywiście uważam na to, co jem.

Rzeczywiście musisz na siebie uważać, bo przecież niedługo masz wcielić się w Kojaka, a on nie rozstawał się z lizakiem.

No tak, rzeczywiście. Może poproszę o specjalne lizaki bez konserwantów. I bez cukru. Albo dorysują mi je w komputerze (śmiech). Albo może w ogóle pozbędę się lizaka. Chociaż nie, jak znam życie, scenarzyści nie odpuszczą. Kojak nie może pokazać się bez lizaka, to po prostu nie ma sensu. Nawet mnie to bawi, do jakiego stopnia postać może być związana z takim drobiazgiem. Coś pięknego.

A mówiąc serio, na jakim etapie jest w tej chwili realizacja nowego "Kojaka"?

Cały czas czekamy na scenariusz. Założenie jest takie, że nasz film ma pokazać początki kariery Kojaka, podobnie jak "Casino Royale" opowiada, jak James Bond został agentem 007. Między innymi dlatego nad fabułą pracują ci sami autorzy, Neal Purvis i Robert Wade. Muszę powiedzieć, że dla mnie występ w "Kojaku" to prawie sprawa osobista. Wychowałem się na Manhattanie i kiedy miałem siedem lat, Telly Savalas kręcił odcinki serialu w mojej okolicy. Dosłownie mogłem go obserwować z balkonu. Widziałem, jak szedł ulicą, wokół niego cała ekipa, zupełnie jak jakiś gangster. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za czterdzieści lat zagram tę samą postać, to chyba zabiłbym go śmiechem. Chciałbym też zobaczyć minę Telly'ego, gdyby ktoś mu powiedział: "Widzisz tego chudego dzieciaka? Kiedyś on cię zastąpi jako Kojak". Cała ta sytuacja bardzo mnie bawi. A z drugiej strony cieszę się, że pokażemy na ekranie kawałek prawdziwego Nowego Jorku. Bez upiększeń, bez sztucznych dekoracji. Takiego Nowego Jorku nie było w kinie od czasów "Ulic nędzy" Martina Scorsese.

Nowy Jork, czyli miasto, które nigdy nie śpi. Riddick pewnie poczułby się tu znakomicie. Noc to w końcu jego żywioł. Twój też?

Oczywiście. I to od najmłodszych lat. Musisz zrozumieć, że na Manhattanie dopiero w nocy zaczynało się życie. W ciągu dnia był taki hałas, że człowiek nie słyszał nawet własnych myśli. A mnie zawsze ciągnęło do pisania czy do rysowania. Przed zachodem słońca w ogóle nie było to możliwe. Tylko w nocy, kiedy w okolicy wszyscy szli spać, dało się cokolwiek zrobić. Zresztą właśnie w ten sposób napisałem scenariusz "Zabłąkanego"! Kupiłem w sklepie komputer z edytorem tekstów, na który nie za bardzo było mnie stać. Powiedzieli, że mogę go oddać w ciągu miesiąca i wtedy zwrócą mi kasę. Pamiętam, że każdej nocy waliłem w klawisze, żeby skończyć tekst przed upływem tego czasu. Pisałem do białego rana. Nieraz rodzice wstawali do pracy, a ja ciągle siedziałem przed ekranem. No i się udało! Mogłem zwrócić maszynę do sklepu i miałem gotowy scenariusz. Dzisiaj nie muszę już tak harować, ale w dalszym ciągu najlepiej czuję się w nocy.

Teraz jesteś tatusiem dwójki dzieci. Nie bardzo możesz sobie już pozwolić na nocne nasiadówki.

No fakt, masz rację. Mój syn ma trzy lata, a córka pięć. Ojcostwo zmieniło mnie bardzo. Tego się nawet nie da opisać. Nagle całe życie zostaje postawione na głowie. Po prostu człowiek staje się kimś innym, kropka. Zdaje sobie sprawę, że właśnie pojawił się ktoś ważniejszy od niego. Moje dzieciaki chcą, żebym był dla nich wzorem. Nie tylko w życiu, ale i w filmach. Dlatego teraz staram się już nie grać łobuzów. Wolę, żeby to raczej moi bohaterowie walczyli z łobuzami. Nie mogę kręcić tylko samych "Riddicków", muszę też wystąpić w czymś, co będą mogły oglądać moje maluchy.

Jakiś czas temu rozmawiałam z Johnnym Deppem, który przyznał, że bawi się lalkami swojej córki. Tobie też się to zdarza?

Nie, lalki to nie moja bajka. Z moją córką gram w szachy. Ma pięć lat i absolutnie to uwielbia. Najgorsze jest to, że zdecydowanie za często mnie ogrywa - aż się nie chce wierzyć, że to jeszcze dziecko! Oczywiście tata musi przy tej okazji powtarzać: "Ojej, ojej, co ja teraz zrobię?". Na co mała odzywa się: "Tatusiu, nie bój się, nie ma czego". Na co ja: "Ojej, przesunęłaś tego gońca, ojej, co ja teraz zrobię"- i tak dalej. Pamiętam, że sam jako dzieciak uwielbiałem grać w szachy z ojcem, więc bardzo ważne jest dla mnie to, że teraz moja córka gra ze mną.

A z synem w co się bawisz?

W Stalowego Giganta.

Na czym to polega?

Chodzi oczywiście o film ["Stalowy Gigant" w reżyserii Brada Birda - Y. Cz.-H.]. Na końcu, kiedy lecą napisy, widać aktorów, którzy podkładali głos. No i odkąd moje dzieciaki zorientowały się, że tatuś jest Stalowym Gigantem, nie mam w domu spokoju. Mój syn bez przerwy mnie prosi, żebym go nosił na barana. I kiedy mówi: "Biegniemy", to oczywiście nie mogę biec normalnie, ale tak samo, kołysząc się na boki, jak bohater filmu. Z reguły bawimy się tak, że ja jestem Gigantem, a on Hogarthem [chłopcem, który w filmie został przyjacielem Giganta - Y. Cz.-H.]. Ale ostatnio powiedział mi coś absolutnie uroczego: "Tato, a teraz ja będę małym Stalowym Gigantem". Po prostu słodkie.

Aż przyjemnie popatrzeć, jakim jesteś kochanym tatusiem.

Bo ja uwielbiam swoje dzieciaki. I uwielbiam o nich gadać. Po co Ty mnie w ogóle pytasz o filmy? Co kogo w ogóle obchodzą jakieś filmy? Rodzina jest ważna, a nie jakieś głupoty. O moich maluchach mogę opowiadać cały dzień.

Bardzo Cię przepraszam, ale na koniec zapytam jednak o film. Siódmą część "Szybkich i wściekłych" nakręci James Wan, twórca "Piły" i "Obecności". Czy to znaczy, że w serii pojawią się wątki z horroru?

Dobre pytanie! Według mnie nie ma sensu brać się za kolejną część, jeśli nie chcemy jednocześnie zaskoczyć widzów. Seria jest już na takim etapie, że spokojnie można sobie pozwolić na zmiany. James jest reżyserem, który przyzwyczaił swoją publiczność do zupełnie innego stylu, do innego tempa, do innego sposobu opowiadania. A do tego jeszcze potrafi pokazywać na ekranie postacie, które niesamowicie angażują widownię. To wszystko sprawia, że siódma część "Szybkich i wściekłych" w jego wykonaniu zapowiada się na coś naprawdę wyjątkowego. Ten projekt cały czas się rozwija, cały czas pojawiają się jakieś nowe elementy, więc na dobrą sprawę sami jeszcze nie wiemy, co z tego wszystkiego wyniknie. Ale nie możemy się już doczekać, aż "siódemka" powstanie.



[Yola Czaderska-Hayek]