Hugh Jackman gościem Yoli



W tym roku widzieliśmy go już w filmach "Les Miserables - Nędznicy", za którą otrzymał nominację do Oscara oraz w "Wolverine", która od lat przynosi mu wielką popularność. Najnowsza produkcja  Hugh Jackmana to "Labirynt" i wygląda na to, że aktor zagrał w jednym z najlepszych filmów 2013 roku. W przeprowadzonej specjalnie dla Stopklatki rozmowie  Yoli Czaderskiej-Hayek  Hugh Jackman mówi o swojej roli i pracy na planie, ale też sporo miejsca poświęca rodzinie.

Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Labirynt" wcielasz się w człowieka, który przechodzi prawdziwy koszmar: jego córka zostaje uprowadzona. Domyślam się, że sam nigdy nie znalazłeś się w tak ekstremalnej sytuacji, ale pewnie niejeden raz bałeś się o swoje dzieci, kiedy zniknęły Ci z oczu.

Hugh Jackman: Oczywiście. Pamiętam, że kiedyś podczas wyjazdu do Pragi mój dwuletni synek zgubił się w supermarkecie. Dramat! Jesteśmy w obcym miejscu, nikt nie mówi po angielsku, w dodatku jest późna pora, a jego nie ma. Na szczęście znalazł się po dziesięciu minutach, ale to było najdłuższe i najgorsze dziesięć minut w moim życiu... Innym razem zdarzyła się podobna historia, na szczęście trochę zabawniejsza. I bliżej domu. Jest w Sydney taka plaża, nazywa się Bronte Beach. Piękne miejsce, tuż obok jest park z placem zabaw. Któregoś dnia wybrałem się tam razem z dzieciakami. Wiedziałem, że w krzakach czają się paparazzi, ale ponieważ znam ich wszystkich, to zawarliśmy mały układ. Powiedziałem im kiedyś: "Chłopaki, mi to nie przeszkadza, że tu jesteście, ale bądźcie na tyle dyskretni, żeby was nie widziały moje dzieci, okej?". I nigdy nie było z nimi problemu. Tamtego dnia bawiliśmy się z córką w parku, kiedy nagle zorientowałem się, że nigdzie w zasięgu wzroku nie ma mojego syna. Zacząłem go szukać, poszedłem na plażę, minęło pięć minut, potem dziesięć, wariowałem już ze strachu, ale wiedziałem, że nie mogę dać po sobie nic poznać, bo paparazzi cały czas mnie śledzą. W jakimś momencie jeden z nich zaczął mnie wołać: "Hugh! Hugh!". Byłem przekonany, że chce, abym się odwrócił w jego stronę, żeby mógł mi zrobić zdjęcie. Więc pomyślałem sobie: nic z tego, nie dam mu okazji. Tymczasem fotograf podbiegł do mnie i powiedział: "Hugh, twój syn jest na drzewie!". I rzeczywiście! Okazało się, że mały wszedł na drzewo tuż obok placu zabaw. To był jeden jedyny raz, kiedy byłem wdzięczny losowi za paparazzich (śmiech). Pamiętam, że dziękowałem temu facetowi, mówiąc: "Słuchaj, jakbyś chciał się nająć do pilnowania dzieci, to płacę dwanaście pięćdziesiąt za godzinę" (śmiech). W sumie wychodzi na to, że moje dzieciaki są całkiem bezpieczne. Cały czas ktoś je ma na oku (śmiech).

W "Labiryncie" niestety nie ma fotografów, którzy czuwaliby nad córką głównego bohatera. Podczas oglądania filmu współczułam mu, ale kiedy zaczął torturować chłopaka podejrzanego o uprowadzenie dziecka, zmienił się w potwora. Właściwie trudno byłoby powiedzieć, co go odróżnia od porywacza.

Mam kłopot z odpowiedzią, ponieważ musiałbym zdradzić zbyt wiele na temat fabuły filmu, szczególnie pod koniec, kiedy się okazuje, kto naprawdę jest winny, a kto nie. Powiedzmy może tyle, że "Labirynt" pokazuje dobitnie, że przemoc rodzi przemoc. Tu nie ma eleganckiego pojedynku w białych rękawiczkach. To jest brutalne starcie, z którego wszyscy wychodzą okaleczeni. Podczas czytania scenariusza zastanawiałem się, jak ja bym zareagował w podobnej sytuacji. Nie jestem w stanie potępić mojego bohatera, bo wcale nie wykluczam, że na jego miejscu byłbym tak samo bezwzględny.

Jesteś tego pewien?

Gdyby chodziło o moje dzieci, bardzo możliwe, że posunąłbym się do wszystkiego, by wyciągnąć z kogoś informację, co się z nimi dzieje. To nie ma nawet wiele wspólnego z racjonalnym działaniem. To czysty, pierwotny instynkt. Nie umiem powiedzieć ze stuprocentową pewnością, co bym zrobił. Czasami sobie myślę, że zachowałbym się identycznie jak bohater filmu. Innym razem dochodzę do wniosku, że jednak nie. Wyznaję zasadę, że skoro człowiek żyje w społeczeństwie, to powinien przestrzegać jego praw. A jeśli nie ma na to ochoty, to... cóż, lepiej niech zamieszka gdzie indziej. Ilekroć jadę ulicą i patrzę na ludzi jadących do pracy czy gdziekolwiek indziej, nie przestaje mnie zadziwiać, jakim cudem ta maszyneria działa. Mamy wszyscy wdrukowaną w podświadomość umowę, według której wszyscy działamy jako społeczność w ramach obowiązującego prawa. I dzięki temu wszystko trzyma się kupy. Gdyby natomiast każdy chciał wymierzać sprawiedliwość na własną rękę, zapanowałby chaos.

Ale nie można też siedzieć i nic nie robić, kiedy komuś dzieje się krzywda!

To prawda. W historii pełno jest takich momentów, jak Holocaust czy ludobójstwo w Ruandzie, kiedy świat nie reagował na cudze cierpienie, bo wszystkim się wydawało że tak będzie lepiej. A potem się okazywało, że jednak nie bardzo. Teraz jeszcze mamy wojnę domową w Syrii. Kiedy ostatnio słuchałem przemówienia prezydenta Obamy na ten temat, zastanawiałem się, jak on w ogóle jest w stanie usnąć w nocy. Na pewno zdaje sobie sprawę z ciężaru decyzji, jakie podejmuje. I ma też świadomość, że bardzo często nie ma idealnego rozwiązania. Siedzieć z założonymi rękami - źle. Wkraczać i załatwiać sprawę siłą - też niedobrze, bo z przemocy nic dobrego nie wyniknie. Wcale się nie dziwię, że prezydent posiwiał zaledwie w ciągu jednego roku. Nie ma dobrej odpowiedzi. Podobnie jak na Twoje pytanie o to, jak daleko posunąłbym się na miejscu bohatera filmu.

Rozmawiałeś z ludźmi, których dzieci uprowadzono?

Tak. Jeden z ojców powiedział mi, że najgorsze w tej tragicznej sytuacji jest poczucie bezsilności. Człowiek ma świadomość, że przez cały ten czas dziecko czeka, aż rodzice je odnajdą i uratują. Nie żadna tam policja, tylko właśnie mama z tatą. Ponieważ dla dziecka to właśnie rodzice są tymi najważniejszymi osobami na świecie, przy których czuje się najbezpieczniej. Człowiek o tym wszystkim wie i nic nie może zrobić. To jest coś strasznego. Dlatego właśnie Keller, czyli bohater, którego gram, jest gotów na wszystko, żeby tylko dowiedzieć się, gdzie jest jego dziecko. Przypomniała mi się scena z "Rzeki tajemnic", w której Sean Penn dowiaduje się, że odnaleziono zwłoki jego córki i szamocze się z policjantami. Clint Eastwood chciał zaangażować do tego ujęcia trzech, może czterech statystów w mundurach. Sean Penn powiedział od razu: "Czterech nie wystarczy". I potem na ekranie widać, jak dwunastu facetów próbuje go powstrzymać i ledwo dają radę. To jest właśnie ten goły, pierwotny instynkt, o którym mówiłem. W sytuacji, gdy dziecku dzieje się krzywda, człowiek zamienia się w dzikie, agresywne zwierzę. Nic innego się wtedy nie liczy.

Cały czas mówisz z perspektywy ojca. Zupełnie jakby ten problem dotyczył wyłącznie mężczyzn.
 
Nie chcę wypowiadać się za innych, mówię wyłącznie za siebie. Wiem za to jedno: niezależnie od tego, jak daleko posunąłbym się, będąc w położeniu Kellera, moja żona poszłaby jeszcze dalej. Zostawiłaby za sobą pas spalonej ziemi. Tego jestem pewien.
 
Widziała już film? Jaka była jej reakcja?
 
Do pewnego momentu trzymała mnie mocno za rękę. A potem nagle puściła, kiedy Keller zaczął torturować tego chłopaka. Z jednej strony rozumiała tego człowieka, ale z drugiej miała olbrzymi problem z zaakceptowaniem jego działań. Na tym zresztą, wydaje mi się, polega siła tego filmu. "Labirynt" nie idealizuje przemocy, nie pokazuje jej w atrakcyjny, rozrywkowy sposób. Przeciwnie, przemoc budzi niepokój, obrzydzenie, może nawet wstręt. I tak ma być! "Labirynt" pokazuje, że w scenach, gdzie jeden człowiek sprawia drugiemu ból, nie ma nic zabawnego. Jestem pod wrażeniem, że w Hollywood znaleźli się ludzie na tyle odważni i zdeterminowani, by nakręcić film, który do tego stopnia odbiega od schematu.
 
Rozumiem, że mimo nieprzyjemnych scen film jej się podobał?
 
Owszem. Muszę powiedzieć, że parę razy nawet roześmiała się głośno. Głównie wtedy, gdy widać było Kellera przy robocie. W scenariuszu to doświadczony stolarz, a ja nie mam bladego pojęcia, jak się trzyma piłę. Uważam za swój wielki sukces to, że nie poobcinałem sobie palców! (śmiech) Nie, serio, każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o pracy w drewnie, od razu to zauważy. Aż tak kiepsko mi szło. Na dobrą sprawę sceny z piłowaniem były dla mnie najtrudniejszym wyzwaniem aktorskim w tym filmie.
 
Keller okazuje się nie tylko stolarzem, ale także doświadczonym surwiwalowcem. Rozumiem, że w tej dziedzinie również musiałeś się dokształcić.
 
Jasne, to fascynujący temat. Surwiwalowcy to nie tylko specjaliści od przetrwania w każdych warunkach, ale przede wszystkim ludzie, których podstawową zasadą jest samowystarczalność. Nie oglądają się na nikogo, nie wierzą w to, że w razie jakiegoś kataklizmu rząd przyjdzie z pomocą. Wychodzą z założenia, że kiedy cywilizacja upadnie, trzeba liczyć wyłącznie na siebie. Na początku wydawało mi się to trochę śmieszne, bo po co ktoś miałby trzymać w piwnicy zapas wody pitnej i konserwy, żeby starczyło na dwa lata? Ale jest całkiem spora grupa ludzi, którym to się nie wydaje wcale zabawne. Trochę sobie poczytałem na ich temat i teraz nie jestem już taki pewny swego. Może to ja jestem naiwny ze swoim bezproblemowym podejściem do życia, a oni mają rację? Sam nie wiem. Najbardziej z tego wszystkiego przydały mi się informacje o tym, jaki wpływ na postrzeganie rzeczywistości ma brak snu. Po trzech czy czterech nieprzespanych nocach człowiek zaczyna zachowywać się jak pijany. Bełkocze, trzęsą mu się ręce, nie jest w stanie się skoncentrować. W "Labiryncie" mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją. Keller po części działa pod wpływem emocji, ale też w dużej mierze to jest człowiek, który od dawna nie śpi. Stąd właśnie jego zachowanie jest dalekie od normy. Zależało mi na maksymalnym realizmie w pokazaniu jego stanu. Może nie dlatego, żeby docenili to surwiwalowcy, bo ci ludzie raczej z założenia nie chadzają do kina, ale po to, żeby mieć poczucie, że właściwie wykonałem swoje zadanie. Mam nadzieję, że to się akurat udało.
 
Jak na niewyspanego i straumatyzowanego faceta Keller i tak znakomicie wygląda. Z reguły takie pytanie zadaje się kobietom, ale w Twoim przypadku nie mogę się powstrzymać: jak Ty to robisz, że nie można od Ciebie oderwać oczu?
 
Chyba nie widziałaś mnie nigdy przed dziewiątą rano. W dodatku bez charakteryzacji (śmiech). Nie wierz w to, co widzisz na ekranie. To tylko film, fikcja. Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, kręciliśmy "Van Helsinga" i na zakończenie zdjęć Stephen Sommers podarował mi oprawione w ramki zdjęcie z którejś sceny akcji. Wyglądałem na nim, jakby zdzielił mnie Mike Tyson! Stephen napisał na tej fotografii: "Tak właśnie wyglądasz naprawdę. Dziękuj Bogu za reżyserów takich, jak ja". Do dzisiaj się z tym zgadzam. W Hollywood z każdego można zrobić przystojniaka. A co dopiero ze mnie.



[Yola Czaderska-Hayek]