Joseph Gordon-Levitt gościem Yoli



Joseph Gordon-Levitt to młody i popularny aktor znany nam z filmów Stevena Spielberga czy Christophera Nolana. Jak mówi w wywiadzie dla Yoli Czaderskiej-Hayek  już we wczesnej młodości kręcił filmy krótkometrażowe, a potem sam je montował - w ten sposób zdobywając doświadczenie realizatorskie. "Don Jon" jest jego profesjonalnym debiutem reżyserskim, a świetne przyjęcie filmu utwierdzają go w słuszności podjętych decyzji. O tym jak doszło do powstania filmu i kiedy pierwszy raz sięgnął po pornografię Joseph Gordon-Levitt opowiada w rozmowie przeprowadzonej specjalnie dla Stopklatki.

Yola Czaderska-Hayek: "Don Jon" to Twój osobisty projekt. Napisałeś scenariusz, jesteś reżyserem, zagrałeś główną rolę. Wiem, że z pomysłem nakręcenia tego filmu nosiłeś się przez parę ładnych lat, ale jak w końcu do tego doszło?
Joseph Gordon-Levitt: Zacznę może od tego, że scenariusz "Don Jona" powstał trochę z przypadku. Pisałem go po kawałku, kiedy akurat miałem wolną chwilę, raczej dla zabawy niż rzeczywiście z myślą o zrobieniu z tego filmu. Rzadko kiedy udawało mi się za jednym razem napisać więcej niż parę stron, więc jak się domyślasz, trwało to bardzo długo. Oczywiście czasami pojawiały się wątpliwości, bywało i tak, że chciałem dać sobie z tym spokój. Wydawało mi się, że ten pomysł nie ma sensu, że nikomu się nie spodoba i tak dalej. Tak naprawdę nie odłożyłem tego scenariusza na półkę tylko dlatego, że mimo wszystko naprawdę dobrze się bawiłem przy pisaniu. To było fajne zajęcie, dawało mi sporo przyjemności. Po czym w jakimś momencie zorientowałem się, że trzymam w ręku gotowy tekst. I co dalej? Doszedłem do wniosku, że może warto byłoby go komuś pokazać. Pierwszą osobą, która przeczytała scenariusz, był Rian Johnson, reżyser "Loopera". Powiedział: "To jest gotowy materiał na film". Był to dla mnie sygnał, że może warto zainteresować się tym projektem na serio. No i rzeczywiście, wystarczyło parę poprawek tu i tam, po czym praca nad "Don Jonem" ruszyła.

A skąd pomysł, żeby samemu wyreżyserować ten film?
Przede wszystkim stąd, że miałem już wyobrażenie, jak "Don Jon" powinien wyglądać i zależało mi na tym, aby to, co znajdzie się na ekranie, było całkowicie zgodne z tą wizją. Był to projekt na tyle ryzykowny, na tyle odstający od hollywoodzkich standardów, że tylko w jeden sposób mogłem zadbać o jego integralność: reżyserując film samemu. W ten sposób miałem pewność, że nikt nie wprowadzi mi do scenariusza żadnych przeróbek, na które nie miałbym ochoty. Oczywiście cały czas wisiało nade mną pytanie: kto wyłoży kasę na realizację "Don Jona"? Od początku było jasne, że żadna wielka wytwórnia nie da na taki film pieniędzy, trzeba więc było rozejrzeć się wśród mniejszych firm. Z pomocą przyszedł mi Ram Bergman, producent m.in. "Loopera". To człowiek, który wspaniale gospodaruje pieniędzmi, a z każdego dolara potrafi wycisnąć jego maksymalną wartość. Udało mu się zorganizować jakiś niewielki budżet, mniej więcej połowę tego, za co nakręciłem "500 dni miłości" czy "50/50". A żebyś miała pojęcie, o jakich kwotach mowa, to musisz wiedzieć, że te filmy kosztowały mniej więcej jedną trzecią tego, co absolutnie najtańsze produkcje w dużych wytwórniach. "Don Jon" powstawał więc w warunkach prawie chałupniczych. Pracowaliśmy za półdarmo, ale przynajmniej udało się zachować artystyczną wolność.

Mówisz o tym filmie, jakby to miała być niszowa produkcja dla garstki widzów.
Nie, nie, oczywiście zależy mi na tym, aby "Don Jona" obejrzało jak najwięcej osób. Cieszę się, że udało się pokazać film na festiwalu Sundance, bo tam zaczęła się jego dobra passa. Chciałbym, aby moja produkcja trafiła do masowego obiegu, bo w sumie wydaje mi się, że mówi coś ważnego właśnie o naszej kulturze masowej. Podczas zdjęć wyobrażałem sobie, że "Don Jon" jako kameralny film zrobiony za małe pieniądze wejdzie do kin w całej Ameryce. I tak się właśnie stało! Naprawdę nisko kłaniam się w tym momencie mojemu producentowi, firmie Relativity Media. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale udało im się wszystko. A co najważniejsze, od początku wierzyli w ten projekt i nie zmuszali mnie do żadnych zmian.

Jak udało Ci się namówić Scarlett Johansson do zagrania w tym filmie?
Była jedną z pierwszych osób, którym dałem do przeczytania scenariusz. Prawdę mówiąc, kiedy tworzyłem postać Barbary, miałem właśnie Scarlett na myśli. W ogóle nie przyszłoby mi do głowy, że jakakolwiek inna aktorka mogłaby ją zagrać! Okazało się, że tekst bardzo jej się podoba, no i dalej poszło już z górki. Naprawdę nie trzeba było długo jej przekonywać.

Masz przynajmniej pewność, że nie skusiły jej pieniądze.
To prawda, bo jak wspomniałem, nie mogliśmy jej zaoferować jakieś wielkiej kwoty. Po prostu zaciekawiła ją rola. Bardzo chciała zagrać Barbarę i pieniądze nie miały nic do tego. Pamiętam, że przegadaliśmy mnóstwo czasu o tym, jak nasze media pokazują standardowe wizerunki przypisane do płci. "Jaki powinien być mężczyzna", "jaka powinna być kobieta" i tak dalej. Tak naprawdę nikt z nas nie pasuje idealnie do tego stereotypu i sporo komicznych sytuacji w "Don Jonie" bierze się właśnie stąd, że zarówno Jon, jak i Barbara za wszelką cenę próbują dopasować się do szablonów. Scarlett miała wielką ochotę wziąć udział w filmie, który choć trochę nabijałby się z tych kulturowych schematów.

A co byś zrobił, gdyby odmówiła?
Nie wiem. Nie miałem żadnego planu B. Ram też zadawał mi to pytanie: "Słuchaj, a co zrobimy, jak ona się nie zgodzi?". Odpowiadałem: "Wtedy będę się martwił, a teraz nie chcę nawet o tym myśleć".

"Don Jon" to Twój pełnometrażowy debiut w roli reżysera. Jakie to uczucie, wejść na plan i wydawać polecenia Scarlett Johansson?
Wspaniałe (śmiech). A mówiąc poważnie, znam się na reżyserii i na montażu, bo w końcu nakręciłem od licha i trochę krótkich form. Wszystko zaczęło się od tego, że na 21. urodziny sprawiłem sobie prezent w postaci programu "Final Cut" do montowania filmów w komputerze. Pamiętam, że spędziłem przy tym mnóstwo czasu, najpierw nagrywając kamerą samego siebie, potem robiąc z tego montaż i dokładając do tego muzykę. Niesamowicie pouczające doświadczenie. Potem oczywiście pojawiły się profesjonalne projekty, do których byłem już przygotowany. A jeśli chodzi o pracę nad "Don Jonem", to była to prawdziwa przyjemność. Jestem pod olbrzymim wrażeniem roli, którą stworzyła Scarlett. Barbara w jej wykonaniu jest o wiele głębszą i ciekawszą postacią niż ta z mojego scenariusza. Na planie patrzyłem z fascynacją, jak ten konstrukt, złożony wyłącznie ze zdań wydrukowanych na kartce, ożywa i nabiera kształtów. Na moich oczach Barbara stała się człowiekiem. Nie da się tego porównać z niczym innym.

Pierwszego dnia nie zżerała Cię trema na planie?
Nie. Zaczęliśmy od jakichś drobnych, krótkich ujęć, tu jakaś scena się zaczyna, tam się kończy... To było coś w rodzaju rozgrzewki przed właściwymi zdjęciami. Miałem okazję sprawdzić, na ile jestem w stanie zapanować nad wszystkim, co się dzieje na planie. I nie było źle. Oczywiście nie chcę sprawiać wrażenia takiego mądrali, który nakręcił jeden film i już mu się wydaje, że o reżyserii wie wszystko. Ale naprawdę to nie było takie trudne. Po pierwsze dlatego, że jak już mówiłem, mam doświadczenie w zawodzie reżysera. A po drugie, kiedy pisałem scenariusz "Don Jona", to nie ograniczałem się wyłącznie do tekstu. Cały film, włącznie z ujęciami, montażem i muzyką, powstawał w mojej głowie. Po wejściu na plan trzeba było tylko to nakręcić. Wiedziałem doskonale, czego chcę i jak to osiągnąć, więc nie musiałem się martwić o to, że w jakiejś chwili usiądę bezradnie i nie będę miał pojęcia, co robić dalej. Z drugiej strony praca na planie to przede wszystkim praca z ludźmi. Czyli nowe pomysły, nowe rozwiązania, nowe podejście do tematu. Ktoś podpowiada: "A gdybyśmy to nakręcili tak albo inaczej?" i okazuje się, że to strzał w dziesiątkę. A mi by na przykład nie przyszło w ogóle do głowy, że tak można. To też jest ważna cecha tego zawodu: na ile ktoś jest otwarty na cudzą inicjatywę. Ilekroć miałem do wyboru: trzymać się planu albo improwizować, zastanawiałem się, co zrobiliby na moim miejscu reżyserzy, których cenię najbardziej.

Czyli?
Miałem okazję pracować z trzema rewelacyjnymi filmowcami: Rianem Johnsonem, Christopherem Nolanem i Stevenem Spielbergiem. Każdy z nich jest oczywiście inny, każdy ma swoje, autorskie podejście do materii filmowej. Ale jedna rzecz ich łączy: umieją doskonale wyważyć proporcje pomiędzy rygorem a spontanicznością. To naprawdę nie jest łatwe, bo nadmierne obstawanie tylko przy jednej opcji może być niebezpieczne. Jeśli reżyser zanadto trzyma się planu i nie odstępuje od niego na krok, to ryzykuje, że jego film będzie sztuczny, pozbawiony emocji. Z kolei nadmiar improwizacji powoduje, że film traci kręgosłup, rozpada się na poszczególne sceny, których nic nie łączy. Żeby znaleźć równowagę, trzeba naprawdę mistrzowskiego talentu.

Tytułowy bohater "Don Jona" jest uzależniony od pornografii. Nie obawiałeś się skandalu z tego powodu?
Nie. Przecież "Don Jon" to film dla dorosłych. A poza tym na ekranie nie ma zbyt wiele dosłowności. Sceny, w których Jon ogląda pornosy, pokazane są z jego punktu widzenia. Tam jest bardzo szybki montaż, zsynchronizowany z muzyką i komentarzem zza kadru. Tak naprawdę mało co widać.

Wykorzystałeś fragmenty autentycznych pornosów?
Tak, wszystko pochodzi z prawdziwych filmów. Ale tak to zmontowaliśmy, by nie epatować widzów nadmiarem golizny, a jednocześnie zachować charakterystyczny klimat tych scen. Mało które ujęcie trwa dłużej niż sekundę. Poza tym sceny z filmów porno pojawiają się w tej historii zaledwie kilka razy. Naprawdę nie ma powodu do skandalu.

Wybacz, ale muszę o to zapytać: jak wyglądał Twój pierwszy kontakt z filmami porno?
To było tak dawno, że nie pamiętam. Raczej nie było to jakieś sensacyjne przeżycie. Istnienie pornografii odkryłem w podobny sposób, co wszyscy: czyjś tata miał schowane w szafie numery "Playboya" albo komuś udało się znaleźć specjalny kanał w kablówce... To musiało wyglądać jakoś tak. Oczywiście skłamałbym, mówiąc, że z pornosami nigdy nie miałem do czynienia. Swoje obejrzałem i nie zamierzam się tego wypierać. Ale znacznie ważniejsza wydaje mi się inna rzecz. Często stykam się z takim zarzutem, że pornografia uprzedmiotowia kobietę, robi z niej wyłącznie obiekt pożądania. I przyznaję, że zupełnie tego nie rozumiem. Bo spójrzmy na to, co dzieje się w zwykłej telewizji, filmie czy reklamach. Niezależnie od tego, czy przekaz brzmi: "Kup ten samochód" albo "Zjedz tego hamburgera", najlepszym marketingowym wabikiem jest zawsze ładna, seksowna dziewczyna. I ja mam uwierzyć, że w tym przypadku ona nie jest zredukowana do roli przedmiotu? Przecież z tych wszystkich obrazów wylewa się ta sama treść: "Ta kobieta jest piękną rzeczą, niczym więcej". I z tego rodzaju przekazem styczność mają miliony ludzi, włącznie z małymi dziećmi. Warto się chociaż przez chwilę zastanowić, co jest bardziej szkodliwe i niemoralne: czy pornografia, czy może jednak uprzedmiotowianie kobiet w reklamach.

Mówisz jak rasowy feminista!
Pewnie dzięki temu, że moja mama zawsze była feministką. Odkąd pamiętam, zwracała mi uwagę, że w naszej kulturze kobiety postrzegane są wyłącznie przez pryzmat własnej seksualności. Młode dziewczyny dorastają w przekonaniu, że najważniejszą cechą jest nie to, co ma się w głowie, ale to, czy się ładnie wygląda, czy nie. Jasne, nie ma nic złego w tym, że kobieta lubi o siebie zadbać albo czuć się atrakcyjna. Ale chodzi o to, by pamiętać, że chodzi także o coś więcej. I w tym kontekście niestety pornografię i hollywoodzkie filmy można postawić na tej samej półce. Bo i w jednym, i w drugim przypadku liczy się przede wszystkim wygląd, powierzchowność. Nie ma w tym momencie znaczenia, czy fantazjujesz o ostrym seksie, czy o miłości rodem z komedii romantycznej. Jedno i drugie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jeśli ktoś nie zdaje sobie z tego sprawy, to czeka go przykre rozczarowanie.



[Yola Czaderska-Hayek]