Michael Douglas gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek przeprowadziła specjalnie dla Stopklatki rozmowę z Michaelem Douglasem. Aktor ochoczo opowiada o swoich dwóch najnowszych filmowych przedsięwzięciach - "Last Vegas" oraz "Wielkim Liberace". Oto spotkanie z wielką gwiazdą Hollywood.

Yola Czaderska-Hayek: Znam chyba wszystkie Twoje filmy, ale w takiej roli, jak we "Wielkim Liberace", jeszcze Cię nie widziałam. Dla Ciebie to też chyba było nowe doświadczenie, prawda?

Michael Douglas: Zawsze powtarzam, że istnieją dwa rodzaje aktorstwa. Rodzaj pierwszy polega na tym, że nakładasz na twarz maskę i chowasz się za nią. Drugi zakłada, że wszystkie maski wyrzuca się do kosza. Pokazuje się nagie emocje, wszystko to, w człowieku rzeczywiście siedzi. Przez wiele lat starałem się grać właśnie w tym naturalnym, pozbawionym ozdobników stylu. W "Liberace" po raz pierwszy postanowiłem spróbować czegoś nowego, poeksperymentować z charakteryzacją i kostiumem. Zupełnie jak w teatrze. Na szczęście miałem bardzo dużo czasu na przygotowania. Pierwotnie mieliśmy kręcić film o wiele wcześniej, ale Steven [Soderbergh - Y. Cz.-H.] zdał sobie sprawę, że po chorobie jeszcze nie jestem całkiem gotowy. Pozwolił mi więc wydobrzeć i oswoić się z rolą. I w sumie wyszło całkiem ciekawie. Muszę przyznać, że miałem sporo zabawy.

To rzeczywiście musiał być eksperyment z kostiumami. Liberace przecież słynął z bogato zdobionych, ekscentrycznych strojów. Musiałeś pewnie spędzić sporo czasu na przymierzaniu.

Chciałbym wykorzystać okazję, żeby podziękować Ellen Mirojnick, która zaprojektowała ubrania do tego filmu. Znamy się od bardzo dawna, jeszcze od czasów pierwszego "Wall Street". Na początku oczywiście było całe mnóstwo projektów i przymiarek. Ellen pracowała nad charakteryzacją, nad perukami, no i oczywiście nad całościowym wyglądem z rozmaitych etapów życia bohatera: Liberace na scenie, Liberace w domu, Liberace otyły z okresu, kiedy żyli razem ze Scottem Thorsonem, no i na końcu Liberace umierający. No i w końcu po tylu naradach i projektach przyszedł ten dzień, kiedy w pełnej charakteryzacji po raz pierwszy przymierzyłem jeden z tych fantastycznych kostiumów. To było niesamowite uczucie: wejść w skórę tego człowieka, właściwie dosłownie w skórę, bo przecież trudno sobie wyobrazić Liberace bez ekstrawaganckiego stroju. To była część jego osobowości. Pamiętasz przecież, jak on paradował w tych kreacjach po scenie, jak pokazywał się ludziom, żeby go podziwiali, bo przecież wiedział, że po to między innymi przyszli na koncert. Do dziś zresztą nie wiem, jak on wytrzymywał w tych płaszczach podbitych kamieniami od Svarowskiego. Przecież one ważyły prawie 30 kilo! Podejrzewam, że przy swojej posturze pewnie nie zwracał na to uwagi. To był prawdziwy olbrzym z Polski, kawał chłopa z olbrzymim torsem i rękami jak bochny. Na wszelki wypadek kostiumy do naszego filmu były odpowiednio lżejsze. Ale pozostały w takim samym stopniu ekstrawaganckie. Kiedy człowiek po raz pierwszy zakłada na siebie coś takiego, to ma wrażenie, jakby wszedł do zupełnie innego świata. Dla aktora takie przeżycie to czysta przyjemność.

Żeby zagrać Liberace, nauczyłeś się nawet grać na fortepianie?

To nie całkiem tak. Przyznam się od razu, że nie mam pojęcia o grze na fortepianie. W ogóle mi to nie wychodzi. Powiedzieli mi: "Nie ma sprawy, załatwimy ci nauczyciela". Ja na to: "Słuchajcie, to bez sensu. I tak się nie uda. To jest fizycznie niemożliwe". No i rzeczywiście. W pewnym momencie poddałem się i poprosiłem Stevena: "Powiedz mi, których utworów Liberace chcesz użyć w filmie. Jeżeli są jakieś nagrania z koncertów, kiedy siedzi przy fortepianie, to chcę je obejrzeć. Skupimy się na tym". Po czym przez długi czas wpatrywałem się w ekran, obserwując ruchy Liberace, a potem starałem się je odtworzyć tak dokładnie, jak to tylko możliwe. I udało się! W większości scen to rzeczywiście ja siedzę przy klawiaturze, ale na szczęście nawet w zbliżeniach nie widać za bardzo, czy uderzam we właściwe klawisze, czy nie. Wszystko dzięki długiemu treningowi przed ekranem. Inaczej nic by z tego nie wyszło.

Miałeś okazję poznać Liberace?

Nie, widziałem go tylko kiedyś przelotnie, jeden jedyny raz. Pewnego dnia odwiedziłem ojca w Palm Springs. Pamiętam, że była piękna pogoda, upalne lato. I akurat, kiedy rozmawialiśmy przed domem, przejeżdżał rolls-royce przerobiony na kabriolet. Dach był odsunięty, ale facet, który siedział za kierownicą, miał włosy tak sztywne, że ani jeden nawet nie drgnął. Oczywiście wtedy nie wiedziałem, że to peruka... Miał też na sobie mnóstwo złota: jakieś sygnety, naszyjniki, aż trudno było na niego patrzeć, bo wszystko błyszczało w słońcu. Zatrzymał się koło nas i zamienił z ojcem parę słów. Kiedy odjechał, zapytałem, kto to. Okazało się, że to właśnie był Liberace.

Rozumiem, że przygotowując się do roli, poprosiłeś ojca o wspomnienia?

Nie tylko jego. Rozmawiałem z wieloma osobami, które pamiętają Liberace. Wszyscy podkreślają, że był wspaniałym człowiekiem, niezwykle serdecznym. Wyprawiał pełne przepychu przyjęcia, kupował drogie prezenty. Uwielbiał sprawiać innym radość. Po prostu lubił, kiedy ludzie w jego otoczeniu byli zadowoleni. Nie znosił dyskomfortu, nieprzyjemnych sytuacji. Chciał, żeby wszystko układało się jak najlepiej. Przyznaję, że ta jego cecha charakteru również stanowiła dla mnie wyzwanie, bo niezbyt często zdarza mi się grywać takich sympatycznych ludzi.

No właśnie, skoro już przy tym jesteśmy: jak to się stało, że właśnie Tobie Steven Soderbergh zaproponował rolę Liberace?

Nie mam pojęcia! Musiałabyś jego zapytać. Pamiętam, że podczas kręcenia "Traffic", czyli strasznie dawno temu, Steven zadał mi pytanie: "Michael, nie miałbyś może ochoty zagrać Liberace?". Nie wiedziałem, o co mu chodzi, myślałem, że sobie żartuje. Albo że to jakaś jego sztuczka, żeby mnie wybić z rytmu. Pamiętasz pewnie, że bohater, którego gram w "Traffic", jest coraz bardziej zagubiony, coraz bezradniej się miota. Byłem przekonany, że Steven celowo chce mnie rozkojarzyć, żebym ja sam wczuł się w sytuację postaci z filmu. Ale nie, okazało się, że mówi poważnie. Nie wiem, skąd mu to przyszło do głowy, on po prostu wpada na takie pomysły i już. Potem tak się porobiło, że na planie zacząłem zwracać się do Stevena, naśladując sposób mówienia Liberace. To był taki nasz mały, prywatny żart. Po czym jakieś siedem lat później Steven natrafił na książkę Scotta Thorsona "Behind the Candelabra" i postanowił zrobić na jej podstawie film. No i tak się zaczęło.

Tyle że potem jedna wytwórnia po drugiej odrzucała ten projekt.

To prawda, dlatego jestem bardzo wdzięczny ludziom z HBO, którzy dostrzegli w tym filmie potencjał i wyłożyli pieniądze na realizację. W tej chwili wszyscy chodzimy zadowoleni, bo "Wielki Liberace" wszedł do kin w Wielkiej Brytanii i ma znakomite wyniki. Swoją drogą, coś dziwnego dzieje się w tej chwili z wytwórniami. Wkładają największą kasę w filmy, które mają w tytułach albo słowo "man", albo kolejną cyfrę. Albo jedno i drugie. "Iron Man 3", "Superman 4", "Spider-Man"... Coraz bardziej oderwani są od rzeczywistości. Czasem budżet przeznaczony na marketing wynosi więcej niż koszty niejednego filmu. Ponadto coraz więcej wytwórni przejmują na własność wielkie korporacje, dla których kino to tylko jeden z obszarów działalności. I prezesom wydaje się, że mogą odnosić się do filmowców jak do swoich podwładnych. Coraz mniejszą rolę odgrywa talent, za to coraz częściej pojawia się biurowy system pracy. Zupełnie inaczej wyglądało to za moich czasów, kiedy sam zajmowałem się produkcją. Nic dziwnego, że w tej sytuacji ludzie, którzy jeszcze mają coś ciekawego do powiedzenia, przenoszą się do telewizji. To jeden z ostatnich obszarów, na których można wyżyć się artystycznie i mieć poczucie satysfakcji. Dlatego "Wielki Liberace"; też w końcu trafił do wytwórni telewizyjnej.

Z tego, co widzę, nie zerwałeś jednak całkiem ze stylem Hollywood. Niedawno weszła na ekrany komedia "Last Vegas", w której razem z Robertem De Niro, Morganem Freemanem i Kevinem Kline'em imprezujecie jak młodzieniaszki. Żeby w waszym wieku takie rzeczy?

Yola, rozmawiasz z facetem, który całkiem niedawno zaliczył chorobę nowotworową, chemioterapię i naświetlanie. Daj spokój, chciałabyś oglądać film o czterech staruchach, którzy myślą tylko o tym, żeby się położyć do grobu? Nikt nie poszedłby na to do kina. Ja też nie. Starość jest stworzona do tego, żeby się bawić, bo na dobrą sprawę co innego człowiekowi już pozostało? Zdaję sobie sprawę, że w Ameryce zupełnie inaczej traktuje się podeszły wiek niż u was, w Europie. My tu nie odnosimy się do seniorów z aż takim nabożeństwem. Raczej sobie z nich żartujemy, z siebie zresztą też. Ale to właśnie jest bardzo ważne: żeby umieć się z siebie śmiać. Nawet jak jesteś już na emeryturze.

Wasza czwórka trochę kojarzy się ze słynną grupą przyjaciół "Rat Pack", skupiającą m.in. Deana Martina i Franka Sinatrę.

Miałem okazję poznać obydwu. Przyjaźnili się z moim ojcem, więc mogłem oglądać ich nie tylko na koncertach, ale i w domu. Któregoś razu Sinatra pojawił się na kolacji razem ze swoją nową żoną, Mią Farrow. Była zaledwie rok czy dwa starsza ode mnie - nie ma to jak faceci, którzy żenią się z młodszymi o pokolenie dziewczynami, nie? (śmiech) I nie wiedziałem zupełnie, o czym z nią rozmawiać. O college'u? (śmiech) Pamiętam, że dla tych ludzi Las Vegas było idealnym środowiskiem. W tym mieście czuli się najlepiej, byli po prostu u siebie. Może teraz przesadzam, ale wydaje mi się, że nie da się odtworzyć tej atmosfery i zabawy z tamtych lat. Ludzie byli o wiele mniej spięci, między innymi dlatego, że nie było telefonów komórkowych z aparatami i kamerami. A może po prostu więcej rzeczy uchodziło na sucho.

Masz jakieś osobiste wspomnienia z Las Vegas?

Jedno koszmarne i jedno sympatyczne.

Koszmarne to...?

Przegrałem mnóstwo pieniędzy (śmiech).

A sympatyczne?

Poznałem niesamowitego człowieka, który niestety już nie żyje. Nazywał się Kerry Packer i był właścicielem medialnego imperium w Australii. Raz zagrałem z nim w oczko, bo zależało mi na tym, by go namówić na sfinansowanie któregoś filmu. Zupełnie nie liczył się z pieniędzmi, obstawiał potężne sumy i kompletnie nie zależało mu na tym, czy wygra, czy nie. Oczywiście zdążył już przepuścić w Las Vegas fortunę, ale akurat tamtego wieczoru miał dobrą passę. A ponieważ nie pił alkoholu, kelnerka przyniosła mu coca-colę. Zapytał: "Jak ci na imię, skarbie?". "Susan, proszę pana". "Susan, masz dom w Las Vegas?". "Tak, proszę pana". "Masz obciążoną hipotekę?". "Tak, proszę pana". "Na ile?". "Na czterdzieści tysięcy dolarów". Po czym Kerry Packer dał jej za tę colę napiwek: czterdzieści tysięcy dolarów! Możesz sobie to wyobrazić? Kiedy wchodził do dowolnego kasyna, wszyscy go dosłownie witali brawami. Pamiętam, że tego samego dnia Packer rozdał w sumie dwa miliony dolarów na napiwki dla obsługi hotelu, w którym mieszkał. To był naprawdę ktoś.

Powiedziałeś ostatnio, że ten rok, w którym ukazały się filmy "Last Vegas" i "Wielki Liberace" to początek trzeciego aktu w Twoim życiu. Co miałeś na myśli?

Akt pierwszy obejmuje początkowe lata mojej kariery. Kończy się gdzieś tak na wysokości filmu "Lot nad kukułczym gniazdem" [Douglas był jego producentem - Y. Cz.-H.]. Akt drugi to ten najlepszy etap, który trwa aż do kulminacji, czyli problemów zdrowotnych. No i teraz wszystko wskazuje na to, że zaczął się nowy rozdział... Wiesz, kiedy człowiek dowiaduje się, że ma raka, różne myśli przechodzą mu przez głowę. Nawet kiedy udaje się pokonać chorobę, to nie oznacza wcale happy endu, bo pojawia się pytanie: co teraz? Nie jest łatwo wrócić po przerwie do zawodu, w którym nawet krótka nieobecność oznacza wypadnięcie z gry. A z drugiej strony człowiek nie chce zagrzebać się w czterech ścianach akurat wtedy, kiedy na nowo wygrał życie. Mam za sobą parę trudnych chwil, ale to już na szczęście przeszłość. Steven pojawił się w idealnym momencie ze swoim filmem, a do tego jeszcze mogłem zagrać razem z Mattem Damonem. "Liberace" naładował mnie niesamowicie pozytywną energią. Czuję, że jako aktor mam więcej swobody. I teraz kręcę film za filmem, co mnie ogromnie cieszy. A co będzie dalej? No cóż, pochodzę z długowiecznej rodziny, Kirk skończył w tym roku 96 lat... Więc ten trzeci akt może trochę potrwać.



[Yola Czaderska-Hayek]