Tom Hanks gościem Yoli



Hollywoodzki gigant opowiada o rolach w filmach "Ratując pana Banksa" i "Kapitan Phillips" oraz o planowanym powrocie do reżyserii. W tym pierwszym filmie Hanks wcielił się w Walta Disneya i wspomnienia z nim związane stanowią znaczną  część wywiadu. Oto z jaką fascynacją Tom Hanks opowiada Yoli o swoim dzieciństwie i pracy.
 

Yola Czaderska-Hayek: Podejrzewam, że jak większość dzieci w Ameryce, wychowałeś się na filmach Disneya.
Tom Hanks: Oczywiście! W każdą niedzielę o siódmej wieczorem wszyscy w domu obowiązkowo oglądaliśmy "Cudowny świat Walta Disneya". W tamtych czasach większość miała czarno-białe odbiorniki, dobrze więc było znać kogoś, kto miał kolorowy telewizor, żeby można było przyjść na siódmą. Najbardziej podobały mi się te fragmenty, kiedy Disney opowiadał, co nowego dzieje się w Disneylandzie. Pokazywali, jak powstają poszczególne ekspozycje. To było niewiarygodne: można było zajrzeć za kulisy Disneylandu! Po prostu raj. Uwielbiałem te programy. Walt Disney miał niesamowitą osobowość. Wydawał się takim dobrodusznym facetem - może nie ulubionym wujkiem, ale raczej panem z sąsiedztwa. Fajnie byłoby mieszkać obok kogoś takiego. Znam zresztą kogoś, kto mieszkał. I Ty chyba też go znasz.
 
Kto to taki?
Steve Martin. Jego rodzina miała dom w pobliżu Disneylandu. Zapytaj go o to przy okazji. Opowiadał kiedyś, że gdy miał 12 lat, sprzedawał prospekty przy głównym wejściu. Stał codziennie od rana mniej więcej do południa. Parę lat temu powstało w Internecie parę stron pod hasłem "Moja pierwsza wizyta w Disneylandzie". Ludzie zaczęli wrzucać swoje stare zdjęcia i nagrania. Steve przeglądał je wszystkie, bo strasznie był ciekaw, czy uda mu się odnaleźć siebie na fotografiach.
 
I znalazł?
Twierdzi, że tak. Podobno na jakimś amatorskim filmie widać przy wejściu chłopaka w cylindrze. Steve mówi, że zawsze nosił identyczny kapelusz w pracy.
 
Pamiętasz swoją pierwszą wycieczkę do Disneylandu?
Nie przypomnę sobie dokładnie, kiedy to było - może w 1967 roku albo w 1968, mogłem mieć wtedy jakieś 12, 13 lat - ale samą wycieczkę pamiętam ze szczegółami. W tamtych czasach to było wielkie wydarzenie. Dzieciaki marzyły o wyjeździe do Disneylandu, a jeżeli ktoś ze znajomych już tam był, to koniecznie musiał o wszystkim opowiedzieć i co ważniejsze, pokazać wszystkie pamiątki. Nawet zwyczajne bilety wstępu miały ogromną wartość! A mapę Disneylandu wieszało się nad łóżkiem, żeby potem w wyobraźni odbywać spacery od jednej atrakcji do drugiej. Znałem i takich, którzy nigdy tam nie byli, ale potrafili z pamięci wymienić, gdzie co się znajduje. W jakimś momencie rodzice zlitowali się i zafundowali nam wycieczkę. To było niedługo po śmierci Disneya... Przypomnij mi, w którym on roku zmarł?
 
W 1966.
Aha. Więc to było jakiś rok czy dwa później. Nic jeszcze wtedy w Disneylandzie nie zmieniono, nie pojawiły się żadne nowe budynki. Zobaczyliśmy to miejsce w takim kształcie, jaki nadał mu Disney. No i oczywiście musieliśmy zaliczyć wszystkie najważniejsze atrakcje: "Wspaniałe chwile z panem Lincolnem", "Ulicę Główną w USA", "Lot na Księżyc"... Pamiętam, że chciałem tam zostać na zawsze. Wszystko, dosłownie wszystko mnie zachwyciło. Tamtego dnia widzieliśmy naprawdę wiele rzeczy i nie przypominam sobie ani jednego rozczarowania. Rzeczywiście w tych opowieściach o magii Disneylandu nie było przesady. Pierwszej wycieczki do tego miejsca się nie zapomina (śmiech). Potem oczywiście wracałem tam wiele razy, teraz może zrobię sobie małą przerwę. Muszę trochę odpocząć od Disneya.
 
Domyślam się, że przed nakręceniem "Ratując pana Banksa", przestudiowałeś dokładnie jego biografię?
Byłem w sytuacji o tyle dobrej, że nie musiałem zgłębiać całego życiorysu. Film opowiada jedynie o dwóch tygodniach z końcowego etapu jego kariery, kiedy Disney był już "tym" Disneyem. Nie musiał o nic walczyć, nie musiał nikomu nic udowadniać, był chodzącą legendą. Oczywiście nawet ten krótki wycinek jego życia też wymagał przygotowań. Diane Disney Miller [córka Walta - Y. Cz.-H.] umożliwiła mi dostęp do rodzinnego muzeum. Byłem tam dwukrotnie, obejrzałem wszystkie eksponaty, nagrania wideo i dokumenty. Poznałem historię rodziny, od A do Z. No i przede wszystkim usłyszałem sporo anegdot na temat Walta, głównie z początków jego kariery. W latach 20. Disney jako początkujący filmowiec kręcił kreskówki z królikiem Oswaldem. Dzieciaki je uwielbiały, to był strzał w dziesiątkę. Po czym okazało się, że producent z Nowego Jorku zagarnął całe prawa do postaci. Disney pojechał na spotkanie, żeby wynegocjować swój udział, ale odprawili go z niczym. Wracając pociągiem do domu, był przekonany, że to koniec, że jego kariera właśnie się posypała. Ale nie poddał się i postanowił wprowadzić na ekran nowego bohatera w miejsce Oswalda. Narysował mysz, którą nazwał Mortimer. Na szczęście jego żona oświadczyła w porę: "Nie ma mowy o żadnym Mortimerze. To będzie Myszka Miki". I tak właśnie Walt Disney stworzył postać, która w dalszej kolejności stworzyła jego legendę.
 
Miałeś okazję przeczytać korespondencję Disneya i P.L. Travers?
Niestety nie. Rozmawiałem za to z Richardem Shermanem [autorem muzyki do ekranizacji "Mary Poppins" - Y. Cz.-H.]. Narzekał strasznie, jaką wiedźmą była P.L. Travers, jak bardzo oni jej wszyscy nie znosili, zresztą z wzajemnością. Te dwa tygodnie jej pobytu w Ameryce były dla nich koszmarne. Walt Disney podobno nie wiedział, jak zareagować, ponieważ po raz pierwszy od 20 lat zetknął się z osobą, na której jego gwiazdorski status nie zrobił najmniejszego wrażenia.
 
Naprawdę poleciał za nią do Londynu, kiedy zerwała negocjacje?
Tak. Może nie następnym samolotem, ale nie minęła nawet doba od jej wyjazdu. Do dziś tak naprawdę nie wiadomo, jak przebiegła ich rozmowa i co się wydarzyło. To, co widzisz w filmie, stanowi w dużej mierze efekt pracy scenarzystki Kelly Marcel, no i oczywiście Johna Lee Hancocka, reżysera "Pana Banksa". W każdym razie Disney jakimś sobie tylko znanym sposobem przekonał autorkę, by wyraziła zgodę na realizację "Mary Poppins".

Musiał być nie tylko świetnym reżyserem, ale także znakomitym psychologiem.
Wydaje mi się, że klucz do zrozumienia Disneya tkwi w jego biografii. Wychował się w strasznej biedzie, jego ojciec wciąż miał jakieś pomysły na zrobienie interesu, które za każdym razem coraz bardziej obciążały całą rodzinę, do tego jeszcze już jako ośmiolatek musiał pracować przy rozwożeniu gazet, żeby mieć na jedzenie. A gdy zrobił coś nie tak, ojciec bił go pasem. Mam wrażenie, że za sprawą tego trudnego dzieciństwa udało mu się dostrzec coś, co tkwiło głęboko w duszy Amerykanów z jego pokolenia. To nie przypadek, że jedno z najważniejszych miejsc w Disneylandzie, czyli Ulica Główna, stanowi tak naprawdę wyidealizowaną wersję okolicy, w której się wychował. Walt Disney pozwalał gościom Disneylandu cofnąć się do przeszłości i zaznać tego wszystkiego, czego mogło im brakować, gdy byli dziećmi - ciepła, spokoju i radości. Być może właśnie dzięki temu Disneyland stał się tak popularny w Ameryce. To coś więcej niż tylko wizja jednego człowieka, to fenomen, który dotyczy całej naszej społeczności. Pamiętam, że gdy byłem mały, wszyscy chcieliśmy żyć w Disneylandzie, choćby tylko przez jeden dzień. Podejrzewam, że Walt dostrzegł w P.L. Travers bratnią duszę. Ona też w swoich książkach usiłowała przepracować rozmaite wydarzenia z dzieciństwa. Nadawała im fikcyjną formę. Może właśnie dlatego Disney umiał ją przekonać.
 
Podobno najwięcej kłopotów podczas realizacji filmu sprawiło Ci kręcenie scen z papierosem?
Rzeczywiście trochę się przy nich namęczyliśmy. Z jednej strony uważam, że nie powinno się lansować palenia i może się mylę, ale dla mnie filmy, w których pojawiają się papierosy, automatycznie zasługują na kategorię R [Restricted - dzieci do 17 roku życia mogą oglądać film tylko w towarzystwie dorosłych opiekunów - Y. Cz.-H.]. A z drugiej - nie można zaprzeczać faktom. Walt Disney był nałogowym palaczem. Wypalał średnio trzy paczki dziennie. W jego czasach to jeszcze nie był taki problem, jak dziś, choć z tego, co mi wiadomo, nawet wtedy próbowano jakoś ten jego nałóg zatuszować, zresztą sam temu sprzyjał. Jeśli spojrzysz na przykład na stare fotografie, na których Disney prezentuje, powiedzmy, jakieś nowe atrakcje w Disneylandzie, to zobaczysz, że wskazuje je dwoma palcami, a nie jednym. Dlaczego? Ponieważ zdjęcie zostało wyretuszowane. W rzeczywistości Disney trzymał w ręku papierosa. Także Richard Sherman w rozmowie ze mną wspominał, że w pracy zawsze wiedział, kiedy nadchodzi Walt, bo jego nikotynowy kaszel niósł się po korytarzu studia na 50 metrów. Mieliśmy więc dość poważny kłopot: jak pokazać na ekranie Walta Disneya z papierosem, żeby film nie zarobił automatycznie kategorii R?
 
Jak z tego wybrnęliście?
Odbyliśmy kilka spotkań z ludźmi z MPAA [Motion Picture Association of America, komisja, która decyduje o przyznawaniu filmom kategorii wiekowej - Y. Cz.-H.]. Udało nam się wypracować pewien kompromis. Nie wolno na przykład było pokazać, jak bohater zapala papierosa. Ale zapalonego już mógł bez problemu trzymać w ręku. Zapytaliśmy, co w takim razie z gaszeniem w popielniczce. Padła odpowiedź: "Niech gasi, ale tak, żeby tego nie było widać". Koniec końców, trzeba było wykonać parę karkołomnych wolt, ale jakoś się udało.
 
Masz ostatnio szczęście do filmów opartych na faktach. Wydaje się, że "Kapitan Phillips" wszedł na ekrany zaledwie wczoraj. To krańcowo odmienna produkcja od "Ratując pana Banksa". Jak Ci się udało tak przekonująco wcielić w faceta, który stawia opór piratom?
Przede wszystkim dużo mi dały rozmowy z Richardem Phillipsem. Zależało mi na tym, by poznać tego człowieka i zrozumieć, co nim powodowało. Oczywiście zastanawiałem się nad tym, co bym zrobił w jego sytuacji, ale obawiam się, że pod względem charakteru stanowię jego całkowite przeciwieństwo - Rich to dzielny, zdecydowany człowiek, który opłynął chyba wszystkie najgorsze zakątki świata, a ja nigdy w życiu bym się na to nie odważył. Najodważniejsza rzecz, na jaką kiedykolwiek się zdobyłem, to decyzja, żeby mieć dzieci (śmiech). To jest odpowiedzialność, jaka ciąży na człowieku do końca życia. A poza tym bałbym się nawet wyjechać dokądkolwiek samotnie. Więc chciałem zobaczyć Phillipsa na własne oczy. I usłyszeć od niego, jak to właściwie jest, kiedy człowiek odpowiada za tylu ludzi i zdany jest wyłącznie na siebie. Poza tym pomógł nam w jeszcze jednej rzeczy.
 
W czym?
Poprawił większość błędów w scenariuszu. Pewne sceny pisane są z myślą o dramatycznym efekcie, a realizm odchodzi na dalszy plan. Rich z miejsca je wyłapał. Powiedzmy, że mamy taki obrazek: bohater płynie szalupą ratunkową i obserwuje horyzont przez bulaj, myśląc jednocześnie o swoich najbliższych. Kłopot w tym, że na szalupach, z jakimi miał do czynienia Phillips, nie było bulaja akurat w tym miejscu, które przewidywał scenariusz. Żeby wyjrzeć na horyzont, bohater musiałby wstać, przecisnąć się przez co najmniej dwóch ludzi i dopchać do małego okienka. I cały dramatyczny efekt diabli biorą. Albo inna filmowa scena, jeszcze przed atakiem piratów: rankiem kapitan Phillips jak na rasowego marynarza przystało, wychodzi na pokład i bierze głęboki wdech, ciesząc się morskim powietrzem i tocząc wzrokiem po wodzie. Rich przy tym wybuchnął śmiechem. Zapytał: "Co to ma być? 35 lat pływam po oceanie i ani razu mi się to nie zdarzyło". Tego rodzaju pomoc naprawdę trudno przecenić. Kiedy kręcę filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach, zawsze zależy mi na maksymalnym dochowaniu wierności nie tylko faktom, ale i zachowaniu bohaterów.
 
Skoro o kręceniu mowa: zobaczymy Cię jeszcze kiedyś w roli reżysera? Czy już całkiem przestało Cię to interesować?
Nie, nie. Reżyseria w dalszym ciągu mnie fascynuje. Z przyjemnością zrobiłbym jeszcze kiedyś jakiś film, ale cały czas mam wrażenie, że nie jestem na to gotowy. Reżyser musi umieć przekazać innym to, co siedzi mu w głowie, a mi to rzadko wychodzi. Wiem, że powinienem popracować nad sobą, ale z doświadczenia wiem, że jest tylko jeden sposób, by zmusić do roboty takiego człowieka z ADHD, jak ja: trzeba dać mu kopa w tyłek. A ja nie chcę, żeby ktoś mnie kopał w tyłek. Przynajmniej na razie. Ale nie wykluczam, że pewnego dnia rzeczywiście podejmę się tego wyzwania i powrócę do reżyserii. Cierpliwości! 



[Yola Czaderska-Hayek]