Christian Bale gościem Yoli




Wczoraj skończył 40 lat, ma Oscara i zdobył w tym roku kolejną nominację. Dziś do kin w Polsce wchodzi film, który przyniósł mu to uznanie - "American Hustle". Zapraszamy do przeczytania wywiadu Yoli Czaderskiej-Hayek, która specjalnie dla Stopklatki spotkała się z Christianem Bale'em.
 
Yola Czaderska-Hayek: Kiedy oglądałam "American Hustle", w pierwszej chwili Cię nie poznałam. Jak to się stało, że zgodziłeś się przyjąć rolę w tym filmie?
Christian Bale: To zasługa mojej żony. Pamiętam, że kiedy David [O. Russell, reżyser filmu - Y. Cz.-H.] dał mi pierwszą wersję scenariusza do przeczytania, podobał mi się pomysł, ale samo przedstawienie tej historii niespecjalnie nam obu trafiło do przekonania. Eric Singer, autor tekstu, napisał coś w rodzaju dramatu historycznego. Widać było, że to nie jest film, na jaki David miał ochotę. A z drugiej strony było coś nieodparcie fascynującego w tych postaciach, aż chciałoby się je zobaczyć na ekranie. I tak woziliśmy się z tym tematem przez jakiś czas, nie mogąc podjąć decyzji. W pewnym momencie musiałem powiedzieć Davidowi, że się wycofuję, bo byłem dosłownie zawalony terminami. Ale on nie rezygnował. Bez przerwy wysyłał mi wiadomości: "No chodź, zróbmy ten film!", a ja wykręcałem się jak mogłem. Aż wreszcie moja żona nie mogła już na to patrzeć. Zadzwoniła do Davida i oznajmiła mu: "Weź go wreszcie za tyłek i zaciągnij na plan, przecież on też chce to nakręcić, tylko się nie przyzna". No i tak się to zaczęło. David wprowadził do scenariusza całe mnóstwo poprawek i dzięki temu mieliśmy już z czym wystartować.
 
Chodziło mi raczej o to, jakim cudem zgodziłeś się na to, co zrobili z Tobą charakteryzatorzy? Z tą fryzurą "na pożyczkę" i brzuszkiem ledwo można Cię rozpoznać.
Ale mi się ten wygląd bardzo podoba! Cały dowcip w tym, że na początku zupełnie inaczej wyobrażałem sobie tę postać. Wydawało mi się, że to taki wymuskany przystojniaczek w garniturku, jakich pełno w Atlantic City. Dopiero gdy zobaczyłem zdjęcie Mela Weinberga [rzeczywisty odpowiednik bohatera, którego gra Bale - Y. Cz.-H.], byłem w szoku. Zupełnie nie spodziewałem się takiego pogodnego, uśmiechniętego misiaczka z brodą i tą śmieszną fryzurą. Zrozumiałem wreszcie, jakim cudem ten facet był tak dobry w swoim fachu. Z takim wyglądem natychmiast wzbudzał zaufanie i sympatię, dlatego tak świetnie wychodziło mu naciąganie ludzi.
 
A co na to żona? Spodobała jej się Twoja przemiana w misiaczka?
Na szczęście nie miała nic przeciwko temu. Nie przeszkadzała jej nawet łysina! Może dlatego, że wiedziała, że prędzej czy później włosy mi odrosną. Swoją drogą, fajnie jest być łysym, mówię to szczerze. Moja córka uwielbiała poklepywać mnie po głowie. Był tylko jeden problem: trzeba było pamiętać o kremie do opalania. Jak sobie człowiek spiecze skórę na słońcu, to potem boli jak diabli. A do tego jeszcze mogłem jeść wszystko. Absolutnie! Nie robiłem nic i tylko się obżerałem. Żeby było zabawniej, David przez cały czas mi powtarzał: "Słuchaj, nie musisz przybierać na wadze, to nie jest konieczne". Ale ja naprawdę chciałem zrobić z siebie misiaczka. Właśnie dlatego, że Mel wyglądał zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Do tego jeszcze na planie nieustannie się garbiłem, żeby jeszcze bardziej wypchnąć do przodu brzuszek. Wydawało mi się, że jestem do tej roli za wysoki.
 
No i jeszcze te ciuchy! Poza filmem nie wyobrażam sobie Ciebie w takich garniturach.
Może dlatego, że w szafie mam od lat te same trzy koszulki i trzy pary spodni. I noszę je na zmianę (śmiech). Akurat w przypadku tej roli trzeba było trochę popracować nad strojem, ponieważ bohater filmu przywiązuje ogromną wagę do swojego wyglądu i do pierwszego wrażenia, jakie robi na ludziach. Nie tylko na tych, których ma zamiar oskubać z forsy, ale także na kobietach, które go otaczają.
 
Właśnie, kiedy zobaczyłam, że Twoją byłą żonę gra w filmie Jennifer Lawrence, trochę trudno było mi uwierzyć, że taka dziewczyna poleciałaby na takiego miśka.
Też miałem ten problem. Rozmawialiśmy z Davidem mnóstwo razy o tym, że wątek byłej żony musi wyglądać wiarygodnie. W pewnym momencie dostałem od niego SMS-a, że znalazł już aktorkę. Odpisałem: "Kto to?", a on na to: "J-La". Trochę się przestraszyłem, bo myślałem, że chodziło mu o J-Lo, tylko zrobił literówkę. Próbowałem mu tłumaczyć, że zupełnie sobie tego nie wyobrażam, ale na szczęście zaraz wyjaśnił, że miał na myśli Jennifer Lawrence. Zaraz jednak pojawił się kolejny problem. Dotąd wszystkie kandydatki do tej roli były mniej więcej w moim wieku, a tu nagle taka młoda dziewczyna. Kto uwierzy, że wyszła za mąż za łysego misiaczka z fryzurą "na pożyczkę"? Sam bym nie dał się na to nabrać. Ale potem David i Jennifer usiedli razem i przegadali ten temat. Ułożyli całą historię tej postaci, z jej problemami, z autodestruktywnym podejściem do życia, z upatrywaniem w mężczyznach nieobecnego ojca. Wykorzystała fakt, że misiaczkowi imponowało towarzystwo młodej dziewczyny, no i, trzeba przyznać, złapała go na dziecko. A potem, kiedy urok nowości już się ulotnił, oboje zorientowali się, że właściwie nic ich nie łączy. No i ich drogi się rozeszły. Muszę powiedzieć, że kiedy oboje z Davidem przedstawili mi taką wersję, byłem pod wrażeniem. Bo to rzeczywiście miało już ręce i nogi.
 
Jennifer jest sporo od Ciebie młodsza. Próbowałeś dawać jej jakieś rady jako starszy kolega po fachu?
Nie, po co? Ona nie potrzebuje żadnych rad. Jest znakomita w tym, co robi i ma głowę na swoim miejscu. Poza tym jej kariera przebiega zupełnie inaczej niż moja, więc nie bardzo nawet wiem, co mógłbym jej doradzić. Byłoby to bez sensu.
 
Z Davidem O. Russellem też nie udzielaliście sobie żadnych rad?
A nie, to zupełnie inna bajka. Bardzo lubię i szanuję ludzi, którzy nie bawią się w piękne słówka i mówią szczerze, co myślą. A także takich, którym można też wygarnąć wszystko między oczy. David należy do obu tych kategorii. Wiele razy sprzeczaliśmy się na planie i z boku mogło to sprawiać wrażenie, że za chwilę weźmiemy się za łby. Ale nie było w tym nic osobistego, my po prostu bardzo emocjonalnie podchodzimy do tej pracy. Stąd właśnie czasami obydwu nas ponoszą nerwy. Ma to tę zaletę, że jeśli coś idzie nie tak, to nie chowamy do siebie urazy, tylko od razu mówimy sobie wprost, jak jest. I dzięki temu, jeśli jest jakiś problem, to udaje się go rozwiązać. Nie wszyscy lubią takie podejście. Wiem, bo wielokrotnie zetknąłem się w pracy z osobami wyjątkowo przeczulonymi na swoim punkcie. Nie można było nic im powiedzieć, bo każdą uwagę natychmiast brały do siebie i zaraz robiła się jakaś afera. Z Davidem tak nie jest. Nawet jeśli jednego dnia skaczemy sobie do oczu, to następnego się pogodzimy i wszystko będzie w porządku. A przy tym udaje się nam razem stworzyć coś ciekawego. Niektórzy twierdzą, że David wprowadza chaos na planie. Być może, ale mi to odpowiada. Ja w tym chaosie widzę porządek.
 
W jakim sensie wprowadza chaos na planie?
Nie boi się improwizacji. Nie boi się przerabiać scenariusza, nawet w ostatniej chwili. Wielokrotnie zdarzało się, że dosłownie na piętnaście minut przed nakręceniem jakiejś kluczowej sceny David zamykał się ze mną w pokoju i stwierdzał: "Ten dialog jest do bani. Wymyślmy coś innego". Za drzwiami stał asystent i krzyczał, że za dziesięć minut zaczynamy zdjęcia. A myśmy urządzali w tym momencie burzę mózgów. Co mój bohater mógłby zrobić w tej czy innej sytuacji? Znałem tę postać na tyle dobrze, że mogłem z dużą dozą pewności obstawiać, jak by się zachował. I dzięki temu nieraz udawało się w ostatniej chwili wymyślić coś fajnego i o wiele lepszego niż materiał wyjściowy. Jest kilka scen w filmie, które powstały właśnie z takich pomysłów. Ktoś może powiedzieć, że to jest bałagan, że trzeba się trzymać scenariusza, ale mnie to nie przekonuje. Właśnie to mi się podoba u Davida, że potrafi stworzyć w pracy taką atmosferę, w której człowiek naprawdę może dowiedzieć się wszystkiego o postaci, którą gra. A mnie akurat rutyna nigdy nie pociągała, więc wolę, gdy reżyser cały czas poszukuje czegoś nowego. David to zapaleniec, dla niego kręcenie filmów jest pasją, dlatego nigdy nie przejmował się tym, że asystent przypomina mu o terminach i rozkładzie zajęć. Co tam terminy, tutaj chodzi o bohaterów! I o to, by pokazać na ekranie, co im w duszy gra. I to właśnie jest w nim wspaniałe.
 
Słyniesz z tego, że niezwykle głęboko wchodzisz w skórę bohaterów, których grasz. A co się dzieje, kiedy kończysz pracę? Jak wygląda w Twoim przypadku wychodzenie z roli?
To zależy. Po "American Hustle" ciągle jeszcze nie odzyskałem dawnej wagi. To chyba kwestia wieku, kiedy byłem młodszy, mogłem chudnąć właściwie na zawołanie. Teraz to już nie jest takie łatwe. Od zakończenia zdjęć minęło ponad pół roku, a ja wciąż muszę gubić kilogramy. Natomiast jeśli chodzi o kwestie psychologiczne, to po prostu żegnam się z postacią, mówię "Pa, było miło" i idę w swoją stronę. Nie zawsze jest łatwo, ale czasem po prostu sytuacja zmusza mnie do szybkiego rozstania. Na przykład nie tak dawno skończyłem pracę nad filmem "Out of the Furnace", a zaledwie trzy dni później musiałem już wejść na plan nowej produkcji, "Knight of Cups" Terrence'a Malicka. Na ogół nie lubię takich krótkich przerw, staram się jednak mieć trochę więcej czasu wolnego między filmami.
 
Co wtedy robisz?
Na ogół nic. Głównie siedzę na tyłku, spędzam czas z rodziną i generalnie cieszę się, że jestem znów sobą. Kiedy człowiek ma taką pracę, że całymi miesiącami chodzi w cudzej skórze i na dobrą sprawę jest kimś zupełnie innym, to największą radość sprawia mu, gdy nareszcie nie musi nikogo udawać.
 
Za chwilę kończysz 40 lat [Christian Bale miał urodziny 30 stycznia, dzień przed polską premierą "American Hustle" - Y. Cz.-H.]. Zamierzasz pokusić się o jakieś podsumowanie? Z czego jesteś najbardziej dumny, co Ci najlepiej w życiu wyszło?
Na pewno nie grozi mi kryzys wieku średniego. Czterdziestka to fajny wiek, nie ma powodu, żeby wpadać w panikę, że człowiek już się starzeje. Zamierzam spędzić ten rok na luzie, wypoczynkowo. Nakręciłem w ostatnim czasie sporo filmów, więc należy mi się trochę czasu wolnego. Poza tym nie chciałbym dopuścić do sytuacji, w której moja twarz opatrzy się widzom. Konieczna jest przerwa. Co do urodzin, to raczej nie planuję jakiegoś wielkiego przyjęcia, zresztą nie przepadam za imprezami na własną cześć, źle się na nich czuję. A najbardziej dumny jestem oczywiście ze swojej córki. To jest moje największe osiągnięcie i największa radość, z którą żadne nagrody filmowe nie mogą się równać.


[Yola Czaderska-Hayek]