Andrew Garfield & Emma Stone gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: To Wasze drugie podejście do świata Spider-Mana. Jakie to dla Was uczucie, wrócić do postaci, które już graliście? I czy coś się zmieniło od czasów pierwszego filmu?

Andrew Garfield: Ogromnie się cieszę, że mogłem znów zagrać Spider-Mana, bo to jest rola, o której marzyłem, odkąd skończyłem trzy lata. Niezwykle ważne było to, że tym razem mogliśmy pokazać naszego bohatera od nieco innej strony, postawić go przed zupełnie nowymi wyzwaniami. Podczas pracy nad pierwszym filmem wiedzieliśmy, że musimy przede wszystkim przekonać do siebie widzów i opowiedzieć od nowa legendę, której kształt stworzyli Tobey Maguire, Kirsten Dunst i James Franco. Mogę się przyznać, że przed premierą właściwie w ogóle nie spałem. Cały czas powtarzałem sobie te słynne słowa z komiksu: "Z wielką mocą idzie w parze ogromna odpowiedzialność". Miałem poczucie, że odnoszą się do mnie: otrzymałem niezwykły dar, jakim była rola Spider-Mana, ale wiedziałem też, że to właśnie ja odpowiadam za ostateczny kształt filmu. Podczas kręcenia drugiej części, kiedy stało się jasne, że widzowie zaakceptowali naszą wersję, nie trzeba już było nic nikomu udowadniać. Mogliśmy więc pozwolić sobie na więcej swobody i po prostu opowiedzieć fajną historię z życia Spider-Mana. No i, co dla mnie szczególnie ważne, tym razem udało mi się jednak spokojnie spać w nocy.

Emma Stone: Zgadzam się ze wszystkim, co powiedział Andrew. Dodałabym tylko, że nasze postacie sporo przeszły w pierwszym filmie. Peter Parker stracił wujka, a Gwen Stacy straciła ojca. Oboje próbują dać sobie z tym wszystkim radę. I o tym też trochę opowiada druga część: o tym, że życie toczy się dalej, że trzeba iść do przodu, bo wszyscy mamy bardzo niewiele czasu i liczy się tak naprawdę każda chwila, nie wolno niczego odkładać na później.

Związek Petera i Gwen też wkracza w nową fazę. Możecie zdradzić fanom, co się wydarzy?

A.G.: Do Petera zaczyna powoli docierać, że być bohaterem to nie tylko cieszyć się przywilejami, ale także ponosić ich cenę. W jego przypadku ratowanie świata najczęściej odbywa się kosztem osobistych pragnień. Była w scenariuszu taka scena, która bardzo mi się podobała: Peter idzie do kina na film, który bardzo chce obejrzeć, siada na sali, światła powoli gasną... i nagle odzywa się ten jego pajęczy zmysł. Gdzieś w pobliżu dzieje się coś, co wymaga jego interwencji. Niestety, zabrakło nam czasu, aby to nakręcić, a szkoda, bo ten krótki moment idealnie pokazuje, że los Spider-Mana to tak naprawdę jeden wielki niefart. I to rzutuje także na jego związek z Gwen. Pajęczego zmysłu nie można tak po prostu wyłączyć. A on ma to do siebie, że odzywa się w najmniej oczekiwanych momentach. Powiedzmy, że Peter właśnie próbuje oświadczyć się Gwen. Pada na kolana, wyjmuje pierścionek... i nagle: "Skarbie, wybacz mi, ja naprawdę cię kocham, ale poczekaj chwilę, bo muszę zdjąć tego biednego koteczka z drzewa, o zobacz, jaki jest malutki". I już go nie ma. Nie jest łatwo wytrzymać z facetem, którego dręczy poczucie odpowiedzialności za cały świat.

E.S.: Mi się z kolei wydaje, że Gwen jest w stanie zrozumieć te wszystkie rozterki Petera. Podobnie jak on, chce pomagać innym, a własne pragnienia odsuwa na dalszy plan. Zamierza studiować medycynę molekularną, by w przyszłości leczyć choroby nowotworowe, a to oznacza, że musi wyjechać do Londynu, z dala od swojego ukochanego. Tyle że w odróżnieniu od Petera Gwen podchodzi do swoich problemów o wiele spokojniej. W tym związku to ona jest uosobieniem rozsądku. On bez przerwy się miota, ona natomiast wie doskonale, że bez względu na to, co się wydarzy, ona go po prostu kocha i chce z nim być. Na pewno nie jest to łatwe, ale Gwen jest w stanie wiele Peterowi wybaczyć.

Peter Parker nie ma łatwego życia, ale przynajmniej gdy zakłada maskę Spider-Mana, może przez chwilę poczuć się wolny. Jakie były Twoje wrażenia, gdy nosiłeś pajęczy kostium?

A.G.: Był tak samo ciasny, jak za pierwszym razem. Na szczęście nowa wersja łatwiej się zdejmowała, dzięki czemu o wiele częściej byłem w stanie zdążyć do toalety (śmiech). No i poprawili trochę oczy. Teraz nareszcie widać było trochę więcej. A poza tym maska Spider-Mana to wspaniała rzecz! Nie tylko dlatego, że zapewnia anonimowość. Tak naprawdę nawet gdyby Peter płakał pod nią z bólu czy frustracji, nikt by się nie domyślił. Nawet te jego głupie dowcipy uchodzą mu na sucho, bo przecież nikt nie wie, czy on to mówi na serio, czy ironicznie. Z drugiej strony kostium, który szczelnie opina całe ciało, sprawia, że człowiek czuje się zupełnie nagi, odsłonięty. Połączenie tej nagości z całkowitą anonimowością dało piorunującą mieszankę. Grając Spider-Mana, próbowałem domyślić się, co czułby Peter Parker w danej sytuacji. Mam nadzieję, że mi się udało.

Gwen Stacy nadal pracuje w Oscorp, ale zaczyna zdawać sobie sprawę z niegodziwych poczynań tej firmy...

E.S.: Po tym, co się wydarzyło w pierwszej części, dostrzega więcej tego, co się dzieje wokół niej. Na początku nie miała pojęcia, że Oscorp to samo zło, ale z biegiem czasu odkrywa, czym zajmuje się firma. Wie także, jak dostać się do strzeżonych informacji i dzięki temu jest w stanie pomóc Peterowi. Na dobrą sprawę ona też walczy z superłotrami. Oczywiście nie na pięści. Przyczynia się do ich pokonania, wykorzystując do tego własny spryt i inteligencję.

A.G.: Ja tylko chciałem dopowiedzieć jedną rzecz do tego, o czym wspomniała Emma. Bardzo łatwo jest powiedzieć "Oscorp to samo zło", bo to się wiąże z takim wygodnym założeniem, że zło tkwi gdzieś na zewnątrz nas. My jesteśmy ci dobrzy, a jeżeli gdzieś komuś dzieje się krzywda, to winę ponoszą jacyś "inni" - albo zamaskowane superłotry, albo taka czy owaka korporacja. Tymczasem w naszym filmie pokazujemy coś zupełnie przeciwnego. Zło tkwi w każdym z nas i tylko czeka na okazję, by się uwolnić. Przepięknie odegrali to w swoich wątkach Jamie Foxx i Dane DeHaan. Jamie wcielił się w nieszczęśliwego człowieka, który wiele razy oberwał od życia. I nawet kiedy narastała w nim wielka złość, to nieustannie spychał ją w cień, nie miał jak jej rozładować. Dopiero w momencie, gdy stał się superłotrem, nareszcie mógł sobie pozwolić na wszystko. Jamie sprawił, że choć jego bohater czyni zło, tak naprawdę mu współczujemy. I raczej zamiast takiego beztroskiego nastawienia: "Hej, zabijmy drania!" można poczuć niepokój: "O rany, ale na jego miejscu równie dobrze mogłem być ja". To nie jest przyjemny wniosek, ale wydaje mi się bardzo ważny.

To nietypowe podejście jak na film o superbohaterze. Wydawało mi się, że tego rodzaju historie mają służyć przede wszystkim rozrywce.

E.S.: Nie tylko. Popularność komiksów i filmów o superbohaterach bierze się także stąd, że ludzie często czują się zagubieni, bezradni i potrzebują kogoś w rodzaju obrońcy, kto pomoże im stanąć na nogi i powie "Wszystko będzie dobrze". A z drugiej strony ważne jest też i to, by pamiętać, że ci wszyscy obdarzeni nadzwyczajnymi mocami superherosi istnieją tylko w wyobraźni, a tak naprawdę możemy pomóc wyłącznie sobie sami. Spider-Man idealnie godzi te dwie postawy, bo sam pomaga innym, ale jemu niestety nie ma kto pomóc, jest zdany wyłącznie na siebie. I bardzo często musi pokonywać własną słabość, ale na tym też polega jego bohaterstwo. Jest w stanie zdobyć się na wielkie poświęcenie i dzięki temu daje przykład innym. Pokazuje, że nie trzeba wcale mieć pajęczych mocy, żeby czynić dobro.

Kiedy patrzy się na przygody Spider-Mana, raczej nie trzeba przekonywać nikogo, że to tylko fikcja. I że w rzeczywistości żaden superbohater nie przyleci nam na pomoc.

E.S.: To prawda, ale zauważ, że w dzisiejszych czasach coraz więcej widzów traktuje filmowy świat co najmniej tak, jak gdyby to była zastępcza, alternatywna rzeczywistość. Pamiętam, że po premierze "Piątej władzy" Julian Assange napisał do Benedicta Cumberbatcha list, w którym stwierdził: "Teraz wszyscy będą przekonani, że tak to wyglądało naprawdę". Andrew może to potwierdzić, bo zagrał w filmie "Social Network", który dla mnóstwa ludzi stanowi jedyne źródło wiedzy o tym, jak powstał Facebook. Dla aktora świadomość tego, że kształtuje wyobrażenia milionowej widowni, to z jednej strony rzecz fascynująca, z drugiej jednak budzi lekkie przerażenie.

Rozumiem, że teraz oboje musicie odpocząć trochę od Spider-Mana. Jak wyglądał Wasz powrót do rzeczywistości po zakończeniu zdjęć?

A.G.: Zapuściłem brodę i od razu mi lepiej. Jest jak taki przyjemny kocyk na twarzy, dobrze mi z nią. A poza tym staram się po prostu odpoczywać. Surfuję, czytam książki, podróżuję.

Dokąd?

A.G.: Nie powiem Ci. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jestem. Chcę pobyć trochę sam, z dala od świata. I od ludzi. Teraz, po "Spider-Manie", na pewno pojadę gdzieś nad ocean. Lubię miejsca, gdzie jest dużo wody, to podstawa.

E.S.: Też bym chciała pojechać nad wodę i popływać, ale niestety teraz nie mogę. Nie mam wakacji, bez przerwy pracuję. Wciąż staram się znaleźć jakiś złoty środek, jakąś idealną receptę, jak pozostać sobą, kiedy gra się tyle różnych postaci naraz. Zachowanie równowagi nie jest łatwe, cały czas się tego uczę.

Andrew, o ile wiem, masz niedługo zagrać u Martina Scorsese.

A.G.: Dopiero za jakiś czas. Na razie mam na głowie zupełnie inny projekt [chodzi o film "99 Homes", który Andrew Garfield również produkuje - Y. Cz.-H.] i muszę go skończyć, zanim zabierzemy się do pracy z panem Scorsese. Trochę trudno mi mówić o czymś, co mam dopiero w dalekich planach, ale w skrócie rzecz wygląda tak: Martin Scorsese chce przenieść na ekran powieść "Milczenie" japońskiego autora Shusaku Endo. Akcja toczy się w Japonii, ale kręcić będziemy na Tajwanie.

Będziesz musiał nauczyć się do tej roli japońskiego?

A.G.: Nie, mam zagrać misjonarza z Portugalii. I nawet nie muszę się uczyć portugalskiego, dialogi będą po angielsku. Może będzie trzeba dodać lekki akcent, nie wiem jeszcze. Na razie ten film zapowiada się na coś zupełnie innego niż wszystko, co do tej pory nakręciłem. Nie mówiąc o tym, że dla mnie jako dla aktora praca z panem Scorsese to prawdziwy zaszczyt. Nawet nie wiem, jak ja właściwie trafiłem do tego filmu (śmiech). Z jakiegoś powodu reżyser zdecydował się właśnie na mnie i na pewno nie będę protestował. Ale, jak mówię, praca nad "Milczeniem" jest dopiero przed nami. Zobaczymy, co z tego projektu wyjdzie.



[Yola Czaderska-Hayek]