Cameron Diaz gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Pamiętasz najbardziej żenującą sytuację, jaka przytrafiła Ci się w życiu?

Cameron Diaz: Dziwne, ale nie. Nie potrafię sobie nic przypomnieć. Może dlatego, że bardzo trudno mnie czymś zawstydzić. Lubię śmiać się sama z siebie, zwłaszcza jeśli zrobię coś głupiego. A przecież każdemu zdarzy się popełnić jakiś błąd, nikt nie jest doskonały. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie potrafi śmiać się z siebie i uważa, że ludzie nie mają prawa do pomyłek. I że powinni się za nie wstydzić. Bardzo przepraszam, ale nie mam zamiaru wstydzić się za to, że jestem człowiekiem. Popełniam błędy, mówię rzeczy, których mówić nie powinnam i tak dalej. W takich chwilach najlepiej uśmiechnąć się i zamienić niezręczną sytuację w żart. Gdybym nie umiała śmiać się z samej siebie – o, to rzeczywiście byłoby żenujące!

Zadałam to pytanie, bo w Twoim nowym filmie, „Sekstaśma”, bohaterka ma prawdziwy powód do wstydu. Nagrywa z mężem swoje wyczyny erotyczne, a potem film trafia do Internetu.

Najśmieszniejsze jest to, że pomysł na scenariusz powstał na tyle dawno, że w oryginalnej wersji bohaterowie nagrali swoje zabawy na kasetę wideo. W filmie używają do tego celu iPada…

No właśnie, trochę dziwnie brzmi ten tytuł, „Sekstaśma”, kiedy w filmie nie ma tak naprawdę żadnej taśmy! Tylko jakiś plik, który trafia gdzieś na jakiś serwer… Jak to się mówi? Zostaje „zapisany w Chmurze”?

Sama do końca tego nie ogarniam. Przyznaję szczerze, że pomysł z zagubioną kasetą wideo jakoś bardziej trafiał mi do przekonania. Może dlatego, że wychowałam się w czasach, kiedy nie było Internetu i sama koncepcja „zapisu w Chmurze” wydaje mi się czystą abstrakcją. O co tu w ogóle chodzi? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ktoś zaraz powie: „Stara jesteś, nie nadążasz”. Ale mam takie wrażenie, że chyba nikt do końca nie uświadamia sobie, jak działa Chmura i z czym to się wiąże. Wbrew pozorom nawet młodzi ludzie też tego nie wiedzą, bo dla nich to również jest coś nowego. Z jednej strony fascynuje mnie rozwój techniki, uwielbiam wszystkie nowoczesne urządzenia, ale z drugiej trochę mnie martwi, że coraz częściej działają one w sposób kompletnie niezrozumiały dla przeciętnego człowieka. I potem bywa tak, że wciśniesz nie ten guzik albo klikniesz nie te ikonkę, co trzeba, i na przykład wyślesz prywatnego maila całej grupie osób, które nie powinny go przeczytać. Coraz łatwiej o nieszczęście.

Skoro już dołączyłaś do grona hollywoodzkich sław, które nagrały własną sekstaśmę, to może opowiesz, jak to było? Trudno się kręci film erotyczny?

Przykro mi, jeśli Cię rozczaruję, ale myśmy nie kręcili filmu erotycznego. Ani ja, ani mój partner, Jason Segel, nie byliśmy kompletnie nadzy na planie. Intymne części ciała mieliśmy dyskretnie zakryte, ale tak, żeby tego nie było widać na ekranie. No i niestety nie uprawialiśmy tak naprawdę seksu. To wszystko złudzenie, magia kina, no i oczywiście aktorstwo. Wolę powiedzieć o tym wprost niż potem przeczytać gdzieś o sobie jakieś plotki, że razem z kolegą z pracy nakręciłam pornosa.

Ale i tak musiałaś rozebrać się przed kamerą. Nie miałaś z tym problemu?

Nie, lubię nagość. Na ekranie także. Podejrzewam, że jakieś dwadzieścia lat temu miałabym znacznie większe opory niż teraz. Kiedyś ciężko mi było zaakceptować własne ciało. Jako nastolatka uważałam, że jestem za chuda, a kiedy szłam ulicą, koledzy wołali za mną „Szkieletor!”. Dzisiaj wiele się zmieniło. Pogodziłam się z wieloma rzeczami, jeśli chodzi o własne ciało, nabrałam pewności siebie. I o niebo lepiej się teraz czuję. Dlatego nie mam problemu z rozbieranymi scenami. Zresztą ludzie mnóstwo razy zdążyli zobaczyć mój goły tyłek. Paparazzi przecież robili mi tyle zdjęć na plaży, w bikini. Nie mam już właściwie nic do ukrycia.

W zeszłym roku wydałaś nawet książkę „The Body Book”. Widzę, że temat Twojego ciała naprawdę Cię zafrapował.

Mam 42 lata, to już najwyższy czas, żeby nauczyć się kochać swoje ciało. Gdyby mi się nie udało, to by oznaczało, że dzieje się coś niedobrego. Wydaje mi się naturalne, że gdy człowiek żyje już na tym świecie jakiś czas, to wolałby, aby jego relacje ze światem były oparte na jakichś zdrowych podstawach. A do tego konieczna jest wiedza między innymi o tym, co się kryje we własnym organizmie.

Kiedy zaczęłaś świadomie patrzeć na swoje ciało? Jak to się zaczęło?

Zaczęło się od „Aniołków Charliego”. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, jak wiele mogę wymagać od swojego ciała i jakie są granice jego wytrzymałości. Pamiętam, że przed zdjęciami przeszłyśmy wyjątkowo ostry trening i musiałam zmuszać się do ćwiczeń, do których nie sądziłam, że w ogóle jestem zdolna. Spojrzałam wtedy na swoje ciało innym okiem i nabrałam do niego szacunku. Tak naprawdę człowiek utrzymuje nieustanny kontakt ze swoim organizmem, ale rzadko jest w stanie odczytywać jego sygnały. A nasze ciało przecież nieustannie się zmienia: raz się wzmacnia, raz słabnie, inne są jego potrzeby. Ważne jest to, aby wsłuchać się w swoje ciało i nauczyć się je rozumieć. Dzięki temu żyje się lepiej i nawet wiek w niczym nie przeszkadza.

O ile wiem, jesteś łasuchem. Zdarza Ci się podjadać i czy potem musisz zrzucać wagę?

W mojej książce staram się wytłumaczyć, że dyscyplina jest konieczna. Ale wbrew potocznemu rozumieniu to wcale nie znaczy, że musisz sobie wszystkiego odmawiać. Przeciwnie: jeśli lubisz jeść coś, co niekoniecznie służy Twojemu organizmowi, to owszem, proszę bardzo, jedz. Tylko z umiarem. Pilnuj się, żeby sobie nie zaszkodzić. W ten sposób nie musisz się katować, nie musisz głodować, a jednocześnie zachowujesz zdrowy układ ze swoim ciałem. Oczywiście jeśli przesadzisz, to trzeba będzie później albo iść na dietę, albo na ćwiczenia, żeby zbalansować jakoś te kalorie. Równowaga to absolutna podstawa. Ale przesada w żadną stronę nie jest dobra. Więc lepiej jeść mało niezdrowych rzeczy, żeby potem nie trzeba było zbyt wiele naprawiać.

Skoro żyjesz w zgodzie ze swoim ciałem, to czy zdobyłabyś się na taki wyczyn, jak bohaterowie filmu „Sekstaśma”?

O rety, nie wiem. Mówimy o sytuacji całkowicie hipotetycznej. Film opowiada o małżeńskiej parze, która po wielu latach związku chce z powrotem rozbudzić tę namiętność, jaka ich kiedyś połączyła. I dlatego właśnie nagrywają tę taśmę. Tymczasem ja nigdy nie wyszłam za mąż i nawet nie wiem, czy kiedykolwiek wyjdę. I nie mam pojęcia, do czego mogłabym się posunąć, żeby uratować mój związek.

Nie próbowałaś nigdy wyobrazić sobie siebie w małżeństwie, z rodziną?

Życie nauczyło mnie jednej rzeczy: najlepiej nic sobie nie wyobrażać. Jeżeli ktoś przywiązuje się do jakiejś wizji, jak będzie wyglądało jego przyszłe życie, to jak w banku będzie rozczarowany. Bo rzeczywistość nigdy nie wygląda tak, jak w marzeniach. Z drugiej strony można nastawiać się na najgorszy możliwy obrót spraw i wtedy wszystko może nas pozytywnie zaskoczyć. Tylko po co się tak pesymistycznie dręczyć? Moja rada: żyć tym, co w danej chwili przynosi los. Ani nie bujać w obłokach, ani nie dołować się niepotrzebnie. Poza tym… Pytasz mnie o małżeństwo. Nie wiem, czy to słowo nie straciło już swojego pierwotnego znaczenia. Kiedyś ludzie pobierali się z myślą, że będą razem do końca życia, a o żadnym rozwodzie nie będzie w ogóle mowy. Dzisiaj normalne jest, że wychodzisz za mąż, zakładając, że jakby co, to za parę lat podpiszecie papiery rozwodowe i będzie z głowy. To co to jest za małżeństwo? Dla mnie to słowo ma sens, jeśli dwie osoby wiążą się ze sobą na dobre i na złe. A w pozostałych przypadkach może lepiej nie mówmy o małżeństwie, ale po prostu o związku. Ludzie dzisiaj idą przed ołtarz po trzy, cztery razy w życiu, czasem nawet więcej. Dla mnie to nie są małżeństwa. Oczywiście nie chcę tego zjawiska oceniać. Po prostu stwierdzam, że tak się dzieje. Domyślam się, że niektórzy po prostu chcą przeżyć wzniosłą uroczystość ślubną, nawet jeśli nie myślą o wiązaniu się z drugą osobą na resztę życia. Sama byłam na paru takich ceremoniach. I też się wzruszałam, nawet jeśli miałam pewność, że nowożeńcy się za chwilę rozwiodą. Co też następowało. Nie potępiam ich. Rozumiem, że tak po prostu jest i już. Ale to chyba nie jest układ dla mnie. Nie twierdzę, że nigdy nie wyjdę za mąż i że nigdy nie będę miała dzieci. Tylko jakoś nie pociąga mnie cała ta współczesna otoczka wokół małżeństwa.

Poczekaj, chciałabym coś doprecyzować. Pamiętam Twoją wypowiedź, kiedy mówiłaś, że nie chcesz mieć dzieci.

To nie były moje słowa. Nigdy czegoś takiego nie powiedziałam, ktoś źle mnie zacytował. Bardzo chętnie widziałabym dzieci wokół siebie, niezależnie od tego, skąd by się tam wzięły. Na razie jednak jakoś się nie pojawiły.

A nie boisz się tego, że kiedy pojawią się dzieci, cała atrakcyjność ulotni się ze związku? Może to stąd bierze się tyle rozwodów?

Wydaje mi się, że nikt dotąd nie znalazł właściwej odpowiedzi na to pytanie. Ludzie dobierają się w pary, ale czasami to jest jak loteria i nie zawsze się wygrywa. Taki pierwszy poważny sprawdzian pojawia się właśnie razem z dziećmi. Sielanka się nieodwołanie kończy i trzeba się ostro wziąć do roboty. Nie wszystkim to odpowiada i czasem budzą się wątpliwości: czy ja rzeczywiście dobrze wybrałem? Niektórzy postanawiają zakończyć ten rozdział i uciekają przed odpowiedzialnością, a inni wprost przeciwnie, dochodzą do wniosku: to właśnie na tym polega partnerstwo, siedzimy w tym razem, na dobre i na złe. Jest jeszcze różnica pomiędzy byciem dobrym partnerem i dobrym rodzicem. To nie zawsze znaczy to samo. Kiedyś panowało takie przekonanie, że nawet jeśli małżonkom nie układa sięze sobą, to i tak zostają razem dla dobra dzieci. Dzisiaj jednak chyba już wszyscy zdążyli się zorientować, że to tak nie działa. Jeśli rodzice są nieszczęśliwi, to ich dzieci również będą. Dlatego właśnie lepiej się rozstać. Sama znam takie przypadki, że nawet po rozwodzie mama i tata wciąż wychowują wspólnie maluchy, tyle tylko, że nie mieszkają ze sobą. Oczywiście sytuacja, w której ktoś okazuje się i dobrym małżonkiem, i dobrym rodzicem, to jest strzał w dziesiątkę. I takich ludzi naprawdę podziwiam.

Czasem jednak nawet w idealnych małżeństwach pojawiają się kryzysy. Znika dawna namiętność, pojawia się nuda.

Jest na to rada. Przestać żyć wspomnieniami tego, co było i nie patrzeć też zbyt daleko w przyszłość. Jeśli człowiek będzie się na zapas zamartwiał tym, co się jeszcze nie wydarzyło, to przestanie dostrzegać to, co dzieje się tu i teraz. A teraźniejszość to jest właśnie nasze życie: nie wczoraj, nie jutro, ale dziś, w tej chwili. Dlatego właśnie lepiej poświęcić swój czas i siły na pielęgnowanie tego, co jest. I przede wszystkim nigdy nie silić się na ideał. Mówiłam o tym na samym początku naszej rozmowy: nikt nie jest doskonały, błędy się zdarzają. Trzeba to po prostu zaakceptować. Od razu będzie lepiej.

Od czego według Ciebie w największym stopniu zależy udane małżeństwo? Od dobrego seksu, pieniędzy, urody, inteligencji? A może od pieniędzy?

Wszystko zależy od konkretnych osób, które wiążą się ze sobą. Każdy ma inne upodobania i priorytety. Dla mnie jednak sprawą absolutnie najważniejszą w związku jest miłość.



[Yola Czaderska-Hayek]