Angelina Jolie gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jesteś jedną z najbardziej zapracowanych osób, jakie znam. Kręcisz filmy, angażujesz się w pomoc humanitarną i niemal bez przerwy jeździsz po świecie. Ostatnio na przykład obchodziłaś urodziny w Szanghaju. Czy przy tym wszystkim masz w ogóle czas dla swojej rodziny?

Angelina Jolie: Oczywiście! Jeśli tylko mogę, wszędzie zabieram ze sobą dzieci. Ostatnie Boże Narodzenie obchodziliśmy w Australii. Było cudownie, choć bardzo gorąco. Maluchy nauczyły się surfować i jeździć na deskorolce. To niesamowite, jak swobodnie czuły się na drugim końcu świata. Kiedyś nawet w ramach misji ONZ pojechałam z Paxem do Jordanii, choć wiele osób mi to odradzało. Oczywiście są takie miejsca, do których na pewno nie wezmę żadnego dziecka, na przykład Afganistan. Ale wtedy staram się wytłumaczyć moim maluchom, dokąd jadę i co się w tej okolicy dzieje. Żeby przynajmniej umiały znaleźć to miejsce na mapie. Bardzo często dają mi na drogę różne rzeczy do przekazania innym dzieciom: drobne pieniądze, jakieś zabawki. Zależy mi na tym, aby moje dzieciaki nauczyły się, że nie wszystko na świecie wygląda bajkowo. Są takie rejony, w których ludziom dzieje się krzywda i trzeba wiedzieć, w jaki sposób nieść pomoc.

Próbuję wyobrazić sobie, jak wygląda Twój dzień z szóstką pociech. Ale to mnie chyba przerasta.

To nie takie straszne. Dzieci mają indywidualny tok nauczania, więc to wiele ułatwia. Wstajemy o 7:30, robimy śniadanie. Szkoła zaczyna się o 8:30. Jadę do pracy. W domu spotykamy się na kolacji, z reguły o stałej porze, o 18:30. To jeden z najważniejszych punktów w rozkładzie dnia i staramy się go trzymać, żeby nie wiem co. Poza tym dzieciaki często odwiedzają mnie w pracy. Ostatnio na przykład Maddox stara się wykonywać jakieś drobne zajęcia jako wolontariusz, więc wynajduje mnóstwo powodów, żeby zobaczyć się z mamą. A czasami pojawiają się na planie wszystkie naraz i wtedy zupełnie już nie ogarniam, co się dzieje. Więc czasami jest fajnie, czasami chaotycznie, ale na pewno nie jest nudno.

Nie marzysz o kolejnym dziecku?

Nie, nie teraz (śmiech). Oczywiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby rodzina się znów powiększyła, ale w tej chwili najstarsze dzieci wymagają wyjątkowo dużo uwagi. Wchodzą w pierwszy okres nastoletniego życia, wiesz, pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, te rzeczy. Więc trzeba uważać.

Czy to prawda, że zaproponowałaś swojej córce Shiloh rolę księżniczki w Twoim najnowszym filmie, „Czarownica”?

Owszem. I roześmiała mi się w twarz (śmiech). Oczywiście nie proponowałam jej tego na serio, bo znam ją przecież dobrze i wiem, że nigdy w życiu nie zgodziłaby się zagrać księżniczki. Odkąd pamiętam, ani razu nie byłam w stanie zmusić jej do założenia sukienki czy choćby spódnicy. Prędzej już chyba zagrałaby rycerza. Dlatego rozmawiałyśmy wyłącznie w żartach. No i sam pomysł rozbawił ją serdecznie.

Ale za to inne Twoje dzieci, Vivienne, Pax i Zahara, nie miały oporów przed występem w „Czarownicy”. Chcesz, żeby poszły w Twoje ślady i wybrały karierę aktorską?

Nie sądzę, żeby tak bardzo im na tym zależało. Udział w „Czarownicy” to była po prostu zabawa, nic więcej. Gdyby któreś z naszych dzieci rzeczywiście zdecydowało się na aktorstwo, to na pewno nie będziemy robić przeszkód. Ale na razie staramy się pokazać maluchom, że w życiu można zajmować się mnóstwem ciekawych rzeczy. Nie ma sensu ograniczać się tylko do jednej dziedziny. Jasne, że nie jest łatwo to wytłumaczyć, bo dzieciaków jest sześcioro, a każde z nich to inna osobowość, inne zainteresowania. Jedne poważnie podchodzą do życia, inne nie. I w porządku, tak właśnie ma być. Nie chcemy ich w żaden sposób ograniczać, raczej podsuwamy różne możliwości wyboru, a na co się zdecydują, to ich sprawa. Chodzi o to, żeby były sobą.

Zapytam z ciekawości: podobała im się „Czarownica”?

Tak, nawet bardzo. Knox do tej pory myśli, że potrafię zamieniać ptaki w ludzi (śmiech). I czasami woła do mnie: „Mamo, zobacz, leci ptaszek! Złap go!”. Oczywiście odebrały film nieco inaczej niż inne dzieci, bo to w końcu ich mama była na ekranie. Ale poza tym były zachwycone. Zresztą to właśnie one wpłynęły w dużym stopniu na kształt tej historii.

Jak to?

Uwielbiam opowiadać im bajki wieczorem. To jedno z moich ulubionych zajęć. Nic nie sprawia mi większej przyjemności, niż radość moich dzieciaków. Specjalnie dla nich wcielam się w różne role, zmieniam głos. I właściwie to bardzo dziwne, że w ciągu mojej aktorskiej kariery miałam tak niewiele okazji, by nakręcić filmy dla dzieci! Nikt w Hollywood jakoś nie wpadł na to, by zaproponować mi rolę w produkcji Disneya. I kiedy to się wreszcie stało, zastanawiałam się, czy w ogóle przyjąć tę ofertę. Nie wiedziałam, czy się nadaję. Więc któregoś wieczoru zamiast bajki oznajmiłam moim dzieciom: „Pamiętacie Diabolinę ze ‘Śpiącej królewny’? Chcę wam o niej coś opowiedzieć”. Kiedy moje maluchy usłyszały, o czym ma być film, natychmiast przekonały mnie, że powinnam w nim zagrać. Pamiętam, że później z ich pomocą próbowałam dopasować odpowiedni głos do Diaboliny. Przećwiczyliśmy całe mnóstwo wariantów, jedne podobały się dzieciom, inne nie. Jeden z nich rozbawił je szczególnie – i to jest właśnie głos Diaboliny, który słychać w „Czarownicy”.

Chodzą słuchy, że szykujesz nowy film, w którym chcesz zagrać razem z Bradem.

Trochę prawdy w tym jest. Cztery lata temu napisałam dla nas scenariusz. Na razie nie myśleliśmy zbyt poważnie o zrobieniu wspólnego filmu, ale ostatnio coraz częściej o tym rozmawiamy – że może jednak warto spróbować. To nie będzie kolejny „Pan i pani Smith”, ale raczej niezależna, trochę eksperymentalna produkcja. To bardzo osobiste przedsięwzięcie dla nas obojga. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Wybacz, ale muszę o to zapytać: co w końcu z tym Waszym ślubem? Podobno planujecie wystawną ceremonię we Francji.

Naprawdę? Pierwsze słyszę. Nie wiem nic o żadnym ślubie, nie mamy żadnych planów i nawet nie wiem, kiedy mielibyśmy znaleźć na to czas. Oboje mamy mnóstwo roboty, ciągle jeździmy po świecie i ledwo udaje nam się znaleźć chwilę, żeby odpocząć. Nie mam pojęcia, czy w tym roku w ogóle pojawimy się we Francji.

Twój tryb życia wydaje się mocno chaotyczny, ale mam wrażenie, że jesteś bardzo pedantyczną, zorganizowaną osobą.

Uwielbiam układać harmonogramy, rozkłady zajęć, plany dnia. To pomaga. Ale z drugiej strony ten zwariowany tryb życia bardzo mi odpowiada. I mam to szczęście, że mogę sobie na to pozwolić. Cały czas mam w pamięci moją mamę, która wychowywała nas samotnie, dbała w domu o porządek i musiała zrezygnować z własnych marzeń, żeby pomóc nam wyjść na ludzi. Ja mam obok siebie wspaniałego mężczyznę, świetną pracę, do której mogę przychodzić razem z dziećmi, mogę też robić sobie wolne. Los był dla mnie naprawdę łaskawy i zdaję sobie sprawę, że to mnie stawia w uprzywilejowanej pozycji. Więc staram się dać coś z siebie innym, bo inaczej całe to bajkowe życie nie miałoby sensu. A że jest w tym, jak mówisz, sporo chaosu? Mi to nie przeszkadza.

Przyjemnie się słucha, jak opowiadasz o swoich dzieciach. A jak Brad sprawuje się jako tatuś? Lepiej dogaduje się z synami czy z córkami?

Dziewczyny to oczywiście oczka w głowie tatusia. Brad szaleje za nimi jak każdy ojciec. Zresztą możesz to zapytać Twoich znajomych, którzy mają córki. Założę się, że powiedzą Ci to samo: że ich córeczki są najlepsze i najpiękniejsze na świecie. Na przykład Zahara może poprosić Brada absolutnie o wszystko, a on nie potrafi jej odmówić. Ale z synami, wiadomo, jest męska sztama. Brad i chłopcy mają swoje sprawy, swoje królestwo i tam się rządzą. Wychowuje ich na dojrzałych, odpowiedzialnych mężczyzn. Między innymi uczy ich, jak się odnosić do kobiet. Sam stara się dawać przykład w domu. Kiedy przychodzi Dzień Matki, zawsze angażuje dzieciaki w robienie jakiegoś wspólnego prezentu dla mnie. Wydaje mi się zresztą, że to działa w dwie strony: chłopcy uczą się szacunku do kobiet, widząc, jak tata odnosi się do mamy, a z drugiej strony dziewczynki także widzą, jak powinni zachowywać się mężczyźni.

Tyle lat już jesteście razem, a wciąż sprawiacie wrażenie, jakbyście dopiero wyszli na pierwszą randkę! Dzieci mają z kogo brać przykład.

Ale my już jesteśmy na zupełnie innym etapie niż randkowanie. W naszym życiu wydarzyło się mnóstwo rzeczy, prawie wszystko się pozmieniało. Mamy sześcioro dzieci, wokół których kręci się cały nasz świat. Jesteśmy kimś więcej niż tylko zakochaną parą. Przede wszystkim jesteśmy rodziną. I to się liczy.

Chciałabym zapytać Cię o modę. Bo ostatnio, na premierze „Czarownicy”, pojawiłaś się w kolejnej świetnej kreacji. Sama sobie wybierasz te stroje czy masz od tego ludzi?

Zawsze zdaję się na własny wybór. Mam taką zasadę: zakładam na siebie to, w czym się dobrze czuję. Nie obchodzi mnie to, co się w danym sezonie nosi albo co obecnie wygląda modnie. Stroje wybieram sama i nawet jeśli nie zawsze są to właściwe decyzje, to przynajmniej mam poczucie, że to ja za siebie odpowiadam. Kiedy mam jakieś ważne wyjście, muszę czuć się sobą. Nie mogłabym zdać się na cudzy gust.

Jesteś aktorką, reżyserujesz filmy, udzielasz się także jako aktywistka. W którym z tych wcieleń czujesz się najlepiej?

Na pierwszym miejscu zdecydowanie jest pomoc humanitarna. Po prostu nie mogłabym się tym nie zajmować. Uwielbiam także reżyserowanie, ponieważ daje mi swobodę. To ja wybieram temat na film, ja decyduję, co zostawić w scenariuszu, ja podpisuję się pod wszystkim. Niedawno na przykład zakończyłam zdjęcia do nowego filmu „Unbroken” – to historia olimpijczyka Louisa Zamperiniego, który w czasie II wojny światowej trafił do japońskiej niewoli. Fascynująca postać. Studiowałam jego biografię przez ostatnie dwa lata. Zależy mi na tym, by teraz poznał ją cały świat. Aktorstwo niestety nie daje takiej wolności. Nie zawsze trafia się na taki projekt, na który człowiek chciałby poświęcić swój czas. Szkoda. Ale przynajmniej na planie można się dobrze bawić.

O Tobie i Twojej rodzinie media piszą przez cały czas. Nie zawsze prawdę, co widać w tych pogłoskach o ślubie. Zdarzyło Ci się kiedyś natrafić na jakąś wyjątkową bzdurę na swój temat?

Nie wiem, chyba nie. Staram się po prostu nie czytać nic o sobie. Gdybym starała się nadążać za tym, co o mnie piszą, to pewnie trafiłabym na same bzdury (śmiech). Wolę trzymać się od tego z daleka. Tak jest zdrowiej. Na pociechę powiem Ci, że mimo wszystko mam o ludziach z Twojej profesji coraz lepsze zdanie. Mieszkam w tym mieście już od paru lat, zdążyłam paru z was poznać. I wydaje mi się, że Ty i Tobie podobni rozumiecie, co próbuję przekazać poprzez moją pracę. Takich osób jest coraz więcej. A ci, którzy nie rozumieją… Cóż, tych najlepiej ignorować.



[Yola Czaderska-Hayek]