Jake Gyllenhaal gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie „Wolny strzelec” grasz wyjątkowo antypatyczną postać: faceta, który nocą gania z kamerą po mieście, żeby filmować dla telewizji wypadki, katastrofy i morderstwa. Skąd pomysł, żeby zagrać kogoś takiego?

Jake Gyllenhaal: Gdy dostałem do przeczytania scenariusz, intuicja podpowiedziała mi, że coś z tego może być. Często miałem okazję się przekonać, że pierwsze wrażenie bywa najlepsze i dobrze jest zaufać instynktowi. Jakiś głos przez cały czas mi mówił, że to może być świetna rola, ale na początku nie bardzo wiedziałem, od której strony do niej podejść. Dopiero rozmowa z Danem [Gilroyem, reżyserem „Wolnego strzelca” – Y. Cz.-H.] nakierowała mnie na właściwy tor. Dan sporo opowiedział mi o tym, jak wygląda Los Angeles nocą. To jest miasto, w którym, zwłaszcza na obrzeżach, zaciera się granica między terenem zabudowanym a dzikim. I w nocy często się zdarza, że po ulicach grasują zwierzęta. Wtedy wyobraziłem sobie kojota, który nerwowo przemyka się od jednego zakamarka do drugiego, szuka pożywienia i wyjada śmieci. I już wtedy wiedziałem, jaki ma być bohater filmu. To właśnie taki kojot, wiecznie głodny, który żyje na ulicy i po zachodzie słońca poluje na odpadki. Potem przez trzy miesiące miałem okazję poznać bliżej środowisko reporterów nocnych wiadomości. Oni faktycznie żywią się byle czym. Jedzą głównie hamburgery.

Ty też jadłeś hamburgery, żeby lepiej wczuć się w rolę?

W ogóle jadłem bardzo mało. Prawie w ogóle nie było czasu na regularne posiłki. Na planie zapomniałem, co to znaczy być najedzonym. Zupełnie jakbym miał się zagłodzić na śmierć! O dziwo, ten stan bardzo mi pomógł przy budowaniu roli, bo łatwiej mi było pokazać to wieczne nienasycenie i znerwicowanie mojego bohatera. Ale koniec końców, kiedy nakręciliśmy wreszcie ostatnią scenę i zdjęcia się zakończyły, przejeżdżałem samochodem obok baru, w którym podawali pieczonego kurczaka i gofry. I nareszcie mogłem się wtedy zatrzymać, zamówić wielką porcję i wszystko zjeść (śmiech). Wreszcie się udało!

Wspomniałeś, że przygotowania do filmu zajęły trzy miesiące. Co wtedy robiłeś?

Oglądaliśmy razem z Danem mnóstwo nagrań pokazujących, jak ci wolni strzelcy pracują i na czym się skupiają. Było tego naprawdę sporo, ale jeden fragment utkwił mi w pamięci. Komuś zepsuł się samochód na trasie szybkiego ruchu. I stał na samym środku drogi, a kierowca nie był w stanie go przesunąć. I facet z kamerą, zamiast mu pomóc, po prostu stał z boku, filmując wszystko i czekając, aż może jakiś inny wóz wyjedzie z rozpędem i walnie w to zepsute auto. Tylko to go interesowało, bo miałby wtedy dobry materiał. Zacząłem się zastanawiać, gdzie dla tych ludzi kończą się granice człowieczeństwa. Czy w ogóle istnieje jakakolwiek sytuacja, w której uznaliby, że pomoc jest ważniejsza od pogoni za newsem. Musiałem odpowiedzieć sobie na parę pytań dotyczących mojej postaci. Nie było to łatwe.

Twój bohater nocą prawie w ogóle nie śpi. Ty chyba też musiałeś zrezygnować ze spania?

Najbardziej chyba brakowało mi snu. Albo raczej możliwości położenia się do łóżka o normalnej godzinie. Czasami zdjęcia trwały całą noc i przeciągały się aż do ósmej rano. Potem chwila odpoczynku i w południe kręciliśmy dalej. A potem znów wchodziliśmy na plan o trzeciej w nocy i tak w kółko. Nawet w weekendy nie robiliśmy sobie wolnego. Przy takim trybie pracy natychmiast wysiada zegar biologiczny, no i w ogóle robi się z człowiekiem coś dziwnego. Straciłem wtedy zupełnie kontakt ze znajomymi. Miałem wrażenie, że mieszkają gdzieś na innej planecie. Kiedy człowiek nie śpi w środku nocy, nie ma nagle do kogo zadzwonić, bo już wszyscy dawno leżą w łóżkach. Zaczyna się kombinowanie z różnicą czasu: „W Londynie już chyba musi być rano” albo „W Nowym Jorku chyba się jeszcze nie kładą, może poślę komuś SMS-a”. Jest trzecia w nocy, chciałbym z kimś pogadać, ludzie, gdzie jesteście? To był dla mnie dość trudny sprawdzian, ale w sumie cieszę się, bo sporo się wówczas dowiedziałem o sobie.

Z natury jesteś bardziej skowronkiem czy sową?

W tej chwili zdecydowanie bliżej mi do skowronka niż do sowy. Dopiero skończyłem zdjęcia do kolejnego filmu [chodzi o produkcję „Southpaw” – Y. cz.-H.], gdzie z kolei zdjęcia zaczynały się bladym świtem. Trzeba było wstawać bardzo wcześnie rano i jakoś to przetrwać. W sumie mogę powiedzieć, że w tym roku zaliczyłem już najdziwniejsze sytuacje związane z brakiem snu: jak nie praca w środku nocy, to pobudka o wschodzie słońca. Cud, że przy tym nie zwariowałem. Kiedy mam wolne, też lubię wstawać dosyć wcześnie. Chyba w ogóle wolę dzień od nocy. Nigdy jakoś nie pociągało mnie siedzenie gdzieś do późna, może dlatego, że noc mnie trochę przeraża. To taka dziwna pora, kiedy robi się ciemno i niebezpiecznie. Pamiętam, że nawet w college’u wolałem iść spać niż łazić gdzieś ze znajomymi. Aż wstyd się przyznać! Dziś nawet mnie to dziwi, bo przecież każdy chyba uwielbiał nocne wędrówki, kiedy miał osiemnaście lat. A ja nie. Za to teraz, dzięki temu, że poznałem noc trochę lepiej na planie filmowym, zdołałem ją jakoś oswoić i polubić. Niespanie do rana ma nawet swój urok, oczywiście jeśli ktoś może sobie na to pozwolić.

Oglądasz w ogóle telewizję? Zwłaszcza wiadomości?

Wiem, że są ludzie, którzy włączają telewizor od razu po obudzeniu, ale ja nie mam takiego nawyku. U nas w domu rzadko oglądało się telewizję w ciągu dnia. Co innego wieczorem, kiedy pokazywali filmy czy seriale. Pamiętam z dzieciństwa programy informacyjne jako takie wypełniacze czasu między jednym odcinkiem a drugim. Na ogół oglądałem je na wyrywki, rzadko zdarzało mi się wysiedzieć przy wiadomościach od początku do końca. Dzisiaj, kiedy podczas kręcenia filmów podróżuję od miasta do miasta, zwracam uwagę na drobiazgi. Na przykład, jak te same informacje podawane są w różnych stacjach. Jak różnią się od siebie wiadomości lokalne. Jak wyglądają prezenterzy, w co są ubrani i na jakim tle siedzą. Mam czasami wrażenie, jakbym oglądał wciąż ten sam film, w którym tylko czasami zmieniają się dekoracje.

Dziś ekipy telewizyjne mają sporą konkurencję. Każdy może nagrać dowolną rzecz, pod warunkiem, że ma w ręku komórkę z aparatem. Zdarzyło się kiedyś, że ktoś próbował sfotografować Ciebie?

Tak, często widzę, jak różni ludzie próbują nagrywać mnie telefonami, kiedy na przykład wychodzę z metra czy coś w tym stylu. Za każdym razem fascynuje mnie, jak bardzo technika poszła do przodu, że dziś już tak naprawdę nie trzeba ekipy dziennikarzy z kamerą, żeby nakręcić jakiś materiał. Wystarczy, że w pobliżu ktoś ma telefon. Trochę mnie nawet bawi, kiedy ktoś próbuje nagrać mnie z ukrycia i trzyma komórkę, myśląc, że ja jej nie widzę. Rzeczywiście, w większości przypadków nie zwracam na to uwagi. Po prostu się przyzwyczaiłem.

Zdarza Ci się samemu nagrywać filmy komórką?

Rzadko używam telefonu do robienia zdjęć czy nagrywania filmów. Raz na jakiś czas, kiedy na przykład moja siostrzenica robi coś wariackiego, wyciągam komórkę i pstrykam fotki, ale poza tym raczej nie. Może od czasu do czasu fotografuję jakieś głupoty, nie wiem, zachody słońca czy coś w tym stylu. Ale niewiele poza tym.

Mam wrażenie, że chyba w ogóle nie jesteś gadżeciarzem. Masz w garażu jakieś drogie auto? W końcu w Ameryce samochód to symbol statusu, trochę na zasadzie „Pokaż mi swój wóz, a powiem ci, kim jesteś”.

Ostatnio pożyczyłem od mamy toyotę (śmiech). Nie mam samochodu. Mieszkam w Nowym Jorku, moja rodzina trzyma na spółkę jeden samochód. To właśnie toyota, która stoi w garażu siostry. Rocznik, jeśli się nie mylę, 2000. Niczym innym w ostatnim czasie nie jeździłem. No, chyba że rowerem. Mam aż dwa. Motor też, ale w ogóle go nie używam. Mój ulubiony rower jest cały czarny. Nawet nie wiem, co to za marka, bo nigdzie nie ma nawet nazwy producenta. Przepraszam, chyba Cię znudziłem tą odpowiedzią (śmiech).

Jesteś nie tylko aktorem, ale i producentem. Jak się sprawdzasz jako szef? Dajesz ludziom wolną rękę czy wolisz wszystko kontrolować?

Łączenie tych dwóch funkcji nie zawsze jest łatwe, bo jako aktor patrzę na wszystko od strony artystycznej, a jako producent muszę pamiętać, że mamy mało czasu i ograniczone fundusze. Więc trzeba czasami pogodzić jedno z drugim. Z doświadczenia wiem, że praca w zespole przebiega lepiej, jeśli ludzie są zadowoleni, dlatego staram się tworzyć takie warunki, żeby nikt nie miał powodu do narzekań. Choć z drugiej strony sam najbardziej lubię pracować pod presją: czasu, oczekiwań, nerwów… Wygoda nie zawsze oznacza dobrą robotę. No, ale nie wszystkim to odpowiada.

Podobno jesteś strasznym pedantem. Nie masz z tego powodu kłopotów w relacjach z ludźmi?

Owszem, lubię porządek. Lubię, kiedy wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście to nie oznacza, że ludzi też ustawiam po kątach. Jeżeli na kimś mi zależy, to chciałbym, aby ta osoba przy mnie mogła być sobą, żeby nie musiała na siłę dopasowywać się do mnie. Ja też mam różne swoje nawyki i nie czułbym się dobrze, gdyby nagle trzeba było je zmieniać. Jasne, nie wszystkim muszą się one podobać. Moja siostra na przykład uważa, że jestem aż za bardzo uporządkowany. Może coś w tym jest. U mnie w kuchni jest sterylnie czysto, wszystko mam pomyte i poukładane. Po obiedzie natychmiast biorę się za sprzątanie, podczas gdy wielu ludzi nie zawraca sobie tym głowy i mówi: „Dobra, pozmywam później”. Ktoś mógłby powiedzieć, że mam obsesję na punkcie porządku, że może to jakiś przejaw chęci panowania nad otoczeniem. Ale ja się po prostu dobrze z tym czuję. Sprzątanie kuchni poprawia mi nastrój.

W ostatnim czasie występujesz w coraz ambitniejszych produkcjach: „Bogowie ulicy”, „Wróg”, teraz „Wolny strzelec”… Czyżbyś miał dosyć hollywoodzkiego kina?

Wspomniałem Ci na początku naszej rozmowy, że bohater „Strzelca…” przypomina goniącego po ulicy kojota. I teraz, im dłużej się nad tym zastanawiam, wydaje mi się, że ja również mam w sobie coś z tego kojota, bo bez przerwy uganiam się za ciekawymi rolami. Chcę grać w czymś, co mnie inspiruje, zaciekawia, a czasami po prostu bawi. Jestem w tej dobrej sytuacji, że nie muszę się przejmować pieniędzmi, dlatego zamiast superprodukcji mogę decydować się na udział w filmach robionych za grosze, które może nie dają gwarancji zysku, ale przynajmniej mam dzięki nim satysfakcję. Tak było na przykład z „Wolnym strzelcem”: wyczułem dobry trop i od razu rzuciłem się w jego stronę. Jak kojot. I bez przerwy jestem głodny, ciągle chcę jeszcze takich fajnych ról. Ciągle mi mało.



[Yola Czaderska-Hayek]