Jennifer Lawrence gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Na ekrany kin weszła właśnie trzecia część „Igrzysk śmierci”, w których grasz główną bohaterkę, Katniss. Czy łatwo wcielać się kolejny raz w tę samą osobę?

Jennifer Lawrence: Cały czas bawi mnie, że to właśnie ja gram Katniss, bo to niesamowicie wysportowana i sprawna dziewczyna, a ja jestem straszną niezdarą. Potrafię przewrócić się na prostej drodze albo na środku pokoju. Ale dla mnie jako aktorki to bardzo inspirujące doświadczenie, grać postać, która dojrzewa i rozwija się razem ze mną. Poza tym w każdej części Katniss jest kimś innym. W pierwszym filmie została wrzucona w sam środek gry, w której walka toczyła się na śmierć i życie. W drugim powoli wychodziła z szoku po udziale w igrzyskach. Teraz zaś została pozbawiona domu i trafiła do całkowicie obcego miejsca, o którym jeszcze niedawno sądziła, że w ogóle nie istnieje. Jest całkowicie zagubiona, musi się pozbierać, dojść do siebie… Dobra, nie będę się rozgadywać na temat fabuły, żeby czegoś istotnego nie zdradzić. Na szczęście tym razem na planie obyło się bez obrażeń, co jest nawet dziwne zważywszy na fakt, że w filmie zagrały dwie jeszcze większe ofermy ode mnie: Sam Claflin – aż trudno uwierzyć, jaki to niezdara, bo przecież jest zawodowym kulturystą – i Wes Chatham, który podczas kręcenia scen ciągle rozwalał dekoracje, bo nigdy nie wiedział, co jest prawdziwe, a co tylko atrapą. Ale z niego głupek (śmiech).

 

Podejrzewam, że kręcenie takiego filmu musiało wiązać się z wyrzeczeniami. Jak nie ćwiczenia, to drakońska dieta. Jak Ty to wytrzymałaś?

Może Cię zaskoczę, ale podczas kręcenia „Igrzysk śmierci” w ogóle nie byłam na diecie. Nie było takiej potrzeby, na planie cały czas musiałam się tyle ruszać, że mogłam jeść cokolwiek i nie przejmować się kaloriami. Wystarczyło nakręcić jakąś scenę akcji, w której bohaterka musi biec i skakać przez przeszkody, żeby spalić całe śniadanie czy obiad. Poza tym mam dopiero 24 lata. W tym wieku ma się naprawdę porządny metabolizm. Można jeść bez obaw, że się przytyje. Wiem, że któregoś dnia będę pewnie musiała przejść na dietę, ale jeszcze nie dziś.

 

A jak w wieku 24 lat radzisz sobie ze świadomością, że jesteś wielką gwiazdą, być może nawet jedną z największych na świecie?

Nie, nie. Nie przyjmuję tego do wiadomości. To jest rzecz absolutnie nie do ogarnięcia. Dla mnie liczy się co innego. Uwielbiam aktorstwo, kocham grać w filmach, to wszystko. Przychodzę do pracy, robię, co do mnie należy, potem biorę udział w promocji filmu i na tym koniec, wracam do domu. Gdzie w tym wszystkim mieści się gwiazdorstwo? Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie uważam się za gwiazdę, wydaje mi się wręcz, że to by było niezdrowe, moja psychika by tego nie zniosła. Oczywiście to bardzo miłe wiedzieć, że mam fanów na całym świecie, ale ja chyba po prostu nie umiem gwiazdorzyć. To do mnie nie pasuje.

 

Zdążyłaś już zetknąć się z ciemnymi stronami sławy. Nie masz dość?

Nie powiem, tak bywa. Ale chyba każdemu zdarzają się podobne dni. Aktorstwo daje mi wiele radości, ale cena, jaką trzeba zapłacić, potrafi być wysoka. Mam czasami takie poczucie, że więcej poświęcam dla tej pracy niż powinnam. I wtedy zastanawiam się, czy rzeczywiście warto. Ale i tak zawsze dochodzę do wniosku, że bez względu na wszystko kocham ten zawód. Bo tak na dobrą sprawę nie mam powodów do narzekania. Mogę nawet powiedzieć, że w życiu wyjątkowo mi się udało. Tyle tylko, że w ciągu ostatnich lat tyle się zmieniło na świecie, technika poszła tak niesamowicie do przodu, że obecne prawo za nią po prostu nie nadąża. Wielu znanych ludzi ma problemy z tego powodu, ponieważ dzisiaj nie potrzeba już kamer i paparazzich, wystarczy, że ktoś ma pod ręką telefon. Znam osoby, które z tego powodu czują się osaczone. Sama czasem miewam taki nastrój, że najchętniej nie wychodziłabym z domu i nie rozmawiała z nikim. A tu niestety trzeba udzielać wywiadów… Hej, nie zapisuj tego (śmiech).

 

Po tym, jak stałaś się bohaterką głośnej afery w Internecie, masz poczucie, że nic nie będzie już takie, jak przedtem? Jak gdybyś raz na zawsze straciła niewinność?

Nie nazwałabym tego utratą niewinności. Ale to potwornie alienujące doświadczenie. Świadomość, że cały świat obserwuje, jak wyglądam i co robię, potrafi być przytłaczająca. Z jednej strony wszyscy mi powtarzają: „Hej, bądź sobą, bądź naturalna, nie zmieniaj się”. Ale ja wcale nie mam poczucia, że cokolwiek się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich lat. Ciągle czuję się tą samą dziewczyną, co kiedyś. To świat wokół mnie zmienił się, i to bardzo. Muszę bardzo uważać, co mówię, a to nie było nigdy moją mocną stroną. I nie mogę przyzwyczaić się do sytuacji, że gdy nagle wysiadam z windy, to wszyscy nagle wstrzymują oddech. Ale poza tym naprawdę nie narzekam!

A zdarza się, że ktoś po prostu reaguje normalnie, bez histerii?

Nawet jeśli, to niczego nie mogę być pewna. Niedawno moja przyjaciółka miała urodziny. Zawsze marzyła o tym, żeby ktoś jej podarował buldoga. Zawiozłam ją więc do właściciela, który akurat miał psa na sprzedaż. Staliśmy u niego na podwórku, miło się rozmawiało, okazało się, że mamy wspólnych znajomych. To była świetna wizyta. Tylko że nie zdawałam sobie sprawy, że przez cały czas ten facet robił mi z ukrycia zdjęcia telefonem i wrzucał je do Internetu! Ktoś je nawet od niego kupił. A ja po prostu chciałam, żeby sprzedał mojej przyjaciółce psa. Takie doświadczenia uczą, że niestety, nie wolno ufać nikomu. Oczywiście nie chcę teraz patrzeć na ręce każdemu, kogo w życiu spotkam, ale z drugiej strony trudno byłoby się dziwić. Czasami chciałabym powiedzieć głośno: ludzie, nie bądźcie takimi dupkami!

Zbiera Ci się na płacz w takich sytuacjach?

Nie. Może w to nie uwierzysz, ale ja właściwie nie umiem płakać. Nawet w dzieciństwie głównie udawałam. Rzadko zbierało mi się na prawdziwe łzy. Czasem nawet myślę sobie, że może dobrze byłoby czasem porządnie się rozryczeć, tak dla oczyszczenia emocji. Ale jakoś nie potrafię. Jeśli już cokolwiek mogłoby doprowadzić mnie do płaczu, to raczej jakieś cudze nieszczęście niż moje własne. Nie lubię użalać się nad sobą, ale nad innymi owszem. Może dlatego łatwiej mi zdobyć się na łzy przed kamerą, kiedy myślę o sytuacji bohaterek, które gram. Wtedy włącza się empatia i mogę im współczuć. W sumie o wiele częściej płaczę w filmach niż w rzeczywistości.

To jak sobie radzisz z całą tą presją?

Nie wiem. Po prostu czuję ją i wiem, że nie mogę nic na nią poradzić. Ona po prostu jest. Więc staram się z nią jakoś żyć i robić, co tylko mogę, by nie mieć sobie nic do zarzucenia. To nie jest oczywiście łatwe, bo nie chodzi tylko o te sytuacje z telefonami. Całe mnóstwo młodych ludzi patrzy na mnie jak na wzór do naśladowania i mam świadomość, że nie mogę ich zawieść. Powtarzam sobie: „No cóż, skoro tak trzeba, będę dawać dobry przykład”. Albo na przykład czuję napięcie w związku z pracą. Boję się, że coś nie wypali. Wtedy jedyna rada to przyjść na plan i dać z siebie wszystko.

Masz jakieś zawodowe marzenia, które chciałabyś zrealizować?

Chciałabym kiedyś wrócić do telewizji. Wychowałam się na sitcomach. Znałam wszystkie odcinki „I Love Lucy”, „Przyjaciół”... U nas w domu rzadko oglądało się filmy, jedyna rzecz, jaką mieliśmy nagraną, to „Kevin sam w domu”. To właśnie dzięki serialom w ogóle zaczęłam myśleć o tym, by zostać aktorką. A potem w wieku 16 lat grałam w jednym sitcomie. Marzę o tym, żeby pewnego dnia nakręcić coś dla telewizji. Ale jako reżyser. To nie musi być komedia. Może być cokolwiek, wezmę wszystko, co mi zaproponują.

Jak Ty to robisz, że mimo tylu sukcesów woda sodowa nie uderzyła Ci do głowy? Bo muszę przyznać, że jestem pełna podziwu.

Powtarzam sobie, że przecież nie robię w życiu nic ważnego, jestem tylko aktorką. Nie zarządzam firmą, nie kieruję państwem. Mogę co najwyżej wydawać polecenia w stylu: „Więcej szminki poproszę”. Swoją drogą, nigdy się nawet nie zastanawiałam, czy mam zadatki na lidera. Rany boskie, wyobrażasz sobie mnie jako prezydenta? Z burzą hormonów raz w miesiącu? Wolę o tym nie myśleć. Co do jednej rzeczy mam pewność: gdybym to ja rządziła światem, codziennie byłby Dzień Matki. Należy się to wszystkim mamom (śmiech). Innych pomysłów na razie nie mam.

Daj znać, kiedy będziesz kandydować, zagłosuję na Ciebie. Jak Tyś się uchowała w Hollywood, taka niezmanierowana? Ani śladu w Tobie pozerstwa, sztuczności.

Może to dlatego, że do Hollywood przyszłam całkowicie z zewnątrz. Nie pochodzę z aktorskiej rodziny, nie wychowałam się w świecie filmu. Nawet nie jestem z Los Angeles, tylko z Kentucky. Tak naprawdę dopiero w ostatnich paru latach udało mi się odnieść sukces, więc zdążyłam się nauczyć, jak to jest żyć do najbliższej wypłaty i pracować z poczuciem, że niczego się jeszcze nie osiągnęło. Sama musiałam o siebie zadbać i tak już właściwie zostało. Do tej pory sama robię zakupy, nie wysyłam do sklepu moich ludzi. Czasem bywa w związku z tym trochę dziwnie. Nie tak dawno późnym wieczorem podjechałam do centrum handlowego, bo potrzebne mi były różne rzeczy w kuchni. Poszłam do stoiska z pojemnikami Tupperware i nagle zorientowałam się, że wszyscy się na mnie gapią. Zrobiło się małe zbiegowisko, ludzie nie mogli się nadziwić, że ktoś taki, jak ja, tak po prostu przychodzi do sklepu. To nie zawsze jest przyjemne, czasami mam nawet koszmary, że jakiś tłum osaczy mnie w alejce, z której nie będzie wyjścia. Więc zdarza się, że dzwonię do przyjaciółki i pytam: „Słuchaj, możesz mi kupić parę bananów? Bo nie chcę robić zamieszania”. Tak jest po prostu łatwiej. Ale nie próbuję się w ten sposób odcinać od świata. Staram się ciągle stąpać po ziemi.

Znam aktorów, którzy nie mają pojęcia, ile kosztuje bochenek chleba. Ty jesteś z cenami na bieżąco?

Oczywiście. I dlatego wszystko się we mnie burzy, kiedy wchodzę na przykład do sklepu i widzę, że doliczyli sobie jakąś kosmiczną marżę, podbijając ceny. Wkurza mnie taka nieuczciwość, mam to po rodzicach. Wiesz, że w Los Angeles są takie miejsca, gdzie zwykły T-shirt kosztuje 150 dolarów? Przecież to jest nienormalne. Albo inny przykład: ostatnio kupowałam meble, bo urządzam teraz nowy dom. W markowym sklepie zobaczyłam, ile kosztują kanapy i stwierdziłam: nic z tych rzeczy, jadę do Ikei. Nieważne, że to taniocha, że pewnie nie postoi długo i że to w ogóle obciach. Po prostu szlag mnie trafił. Wyszłam stamtąd, pojechałam prosto do Ikei i kupiłam tę kanapę. I powiem Ci, że pasuje do wnętrza idealnie. I jest bardzo wygodna. Nic mnie tak nie denerwuje, jak ceny z kosmosu.

Trzymam kciuki za urządzanie domu. A do podróży jesteś w stanie spakować się w jedną walizkę czy zabierasz od razu pół szafy?

Zawsze zapominam ładowarki do telefonu. I raz kiedyś nie wzięłam ze sobą paszportu! Więc kiedy się pakuję, zawsze na końcu sprawdzam, czy zabrałam te dwie rzeczy. Całą resztę się nie przejmuję.

Nie zabierasz nic dla wygody? Ulubione buty, ubrania, kosmetyki?

Dla wygody? Czy ja wiem… Może co najwyżej piżamę.



[Yola Czaderska-Hayek]