Bradley Cooper gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W lutym do kin w Polsce wchodzi „Snajper” w reżyserii Clinta Eastwooda. Miałeś okazję pracować z prawdziwą legendą kina. Jak wspominasz wasze spotkanie?

Bradley Cooper: Uwielbiam Clinta, to chyba jasne. Od dawna nagrywałem taśmy, starając się o role w jego filmach. Bo Clint Eastwood nie robi castingów. Jeśli chcesz z nim pracować, to musisz nagrać parę próbnych scen na taśmie i przesłać mu. Marzyłem o tym, by zagrać w „Gran Torino”, potem w „Hooverze”… Od tak dawna szukałem okazji do wspólnej pracy z Clintem, że mam poczucie, jakbyśmy się znali nie wiadomo jak długo. I nagle się udało. Dostałem rolę u faceta, który nakręcił „Bez przebaczenia”, jeden z najlepszych filmów w historii. Co ciekawe, Clint Eastwood jest także muzykiem, uwielbia jazz. I to widać w sposobie jego pracy. Stawia przede wszystkim na swobodę. Nie znosi robić prób. Uważa, że dialogi powinny brzmieć naturalnie jak w prawdziwej rozmowie, a tego się nie da osiągnąć, jeśli będziemy je powtarzać po kilkadziesiąt razy. Clint ma niezwykle wyczulone ucho, od razu bezbłędnie wyłapuje każdy fałsz. Jego filozofia sprowadza się do podejścia: „Po prostu to powiedz, a ja to nakręcę”. Poza tym sama jego obecność na planie to już jest coś niesamowitego. To człowiek z gigantyczną charyzmą, umie tworzyć wokół siebie jakąś fantastyczną energię. Widać, że zależy mu na nakręceniu filmu i że najwięcej wymaga przede wszystkim od siebie. Jak sobie przypomnę niektóre historie z planu…

 

Co na przykład?

Na samym początku filmu jest taka scena, w której mój bohater podczas rodeo spada z konia. W żaden sposób nie mogliśmy nakręcić odpowiedniego ujęcia, żeby ten upadek wyglądał naprawdę groźnie. W końcu Clint wziął jedną z tych malutkich kamerek Blackmagic, których mieliśmy całe mnóstwo pod ręką – podczas kręcenia zdjęć często z nich korzystaliśmy, bo niektóre sceny rozgrywały się w tak potwornej ciasnocie, że za nic na świecie nie dałoby się wcisnąć tam normalnego sprzętu – no więc Clint zaproponował najspokojniej na świecie: „Wiesz co, zrobimy tak. Ja się położę na ziemi, a ty po prostu przeskocz nade mną, sfilmuję cię od dołu”. Spojrzałem na niego, pomyślałem: „Ważę 110 kilo, wiesz co będzie, jak na ciebie spadnę?”. Ale tak właśnie zrobiliśmy. Clint na oczach całej ekipy położył się na ziemi, trzymał kamerę, a kiedy nakręciliśmy dwa duble, wstał, podszedł do operatora i powiedział: „Przebij to”. Po prostu cały on.

 

Miałeś okazję porozmawiać z prawdziwym Chrisem Kyle’em?

Tylko raz. Negocjacje zaczęły się w lutym 2011 roku, kiedy szefowie Warner Bros. dali nam zielone światło na realizację filmu. Chris w rozmowie z producentami wahał się, nie chciał wyrazić zgody. Niezbyt podobał mu się pomysł nakręcenia jego biografii. Zaproponowałem wtedy, że sam zadzwonię do niego. Powiedziałem: „Słuchaj, domyślam się, że masz opory, bo to w końcu Hollywood. Ja to rozumiem. I zdaję sobie sprawę, że się nie znamy, ale chciałem cię zapewnić, że zrobię wszystko, żeby opowiedzieć twoją historię tak, jak ty ją widzisz. Chcę, żebyś wiedział, że twoja opinia jest najważniejsza”. Najśmieszniejsze jest to, że wtedy rozmawiałem z nim jeszcze jako współproducent. Nie spodziewałem się, że to ja go zagram!

Jak to?

Różniliśmy się od siebie właściwie pod każdym względem. Ja jestem z Filadelfii, Chris był z Teksasu. Ważę wszystkiego 83 kilo, on ważył ponad setkę. Więc wydawało mi się, że nawet jeśli go namówię do współpracy, to i tak rolę dostanie kto inny. Ale z drugiej strony niesamowicie spodobała mi się struktura tego filmu. Bo to właściwie nowoczesny western, tylko że zamiast rewolwerowców pojedynkują się dwaj snajperzy na wojnie. I coraz bardziej kusił mnie pomysł, żeby zagrać Chrisa. No a potem, kiedy został zamordowany, wszystko się zmieniło. Nie było już odwrotu.

 

W jaki sposób przygotowałeś się do zagrania Chrisa?

Dwie rzeczy były najważniejsze: musiałem wyglądać jak on i mówić jak on. Idealnie byłoby, gdybym na wszystkie przygotowania miał rok. Niestety, miałem zaledwie trzy miesiące, ponieważ zaraz kiedy skończyłem kręcić „American Hustle”, okazało się, że Clint zaklepał już datę wyjazdu na plan do Maroka. W żaden sposób nie można było tego przełożyć, ponieważ później robiło się zbyt gorąco. Więc trzeba było się brać do roboty. Na szczęście miałem dwóch znakomitych trenerów. Pierwszy, Jason Walsh, pracował razem ze mną nad wagą i sylwetką. Musiałem jeść co najmniej sześć tysięcy kalorii dziennie. To był prawdziwy wojskowy dryl: pobudka o piątej rano, od szóstej do wpół do dziewiątej siłownia. Przede wszystkim podnoszenie ciężarów, jak najmniej rzeźbienia mięśni. Chris nie był przecież żadnym kulturystą, tylko cholernie wielkim Teksańczykiem. Chodziło o to, by przybrać jak najwięcej masy. Po tym porannym treningu przejmował mnie drugi trener, Tim Monich, i od dziesiątej do dwunastej razem pracowaliśmy nad odpowiednim akcentem, nad wymową. Od drugiej do wpół do piątej znowu siłownia, potem od szóstej do ósmej szkoła wymowy. I tak przez pięć dni w tygodniu. Weekendy właściwie przesypiałem. A potem jeszcze zaczęły się ćwiczenia z bronią.

 

Wyszkoliłeś się na snajpera?

Miałem dobrych nauczycieli. Rick Wallace i Kevin Lacz to ludzie, którzy szkolili także Chrisa. Swoją drogą, Kevina poznałem dawno temu, kiedy kręciliśmy „Drużynę A”. Uczył mnie wtedy posługiwać się karabinem M4. A tak się składa, że była to jedna z broni, których używał Chris. Więc w sumie jakieś podstawy treningu już miałem zaliczone. Tylko że do „Snajpera” ćwiczyliśmy z ostrą amunicją, a to zupełnie inna sprawa. Musiałem trafiać w cel wielkości ludzkiej głowy z ponad pięciuset metrów.

 

I trafiałeś?

Tak. Nie wiem, czy byłby ze mnie dobry snajper, o to musiałabyś zapytać moich instruktorów. Ale podczas szkolenia rzeczywiście trafiałem w cel. Na szczęście w trakcie kręcenia filmu używaliśmy tylko ślepych naboi, ale i tak czułem się dziwnie za każdym razem, kiedy musiałem celować w kogoś z karabinu. Do tego stopnia oswoiłem się z myślą, że to prawdziwa broń, że nie mogłem znieść sytuacji, w której widziałem człowieka w celowniku. Dosłownie żołądek wywracał mi się na drugą stronę.

To może jednak nie nadawałbyś się? Ta praca polega w końcu na strzelaniu do ludzi.

Starałem się o tym nie myśleć. Wolałem się skupić na doskonaleniu umiejętności. Skoncentrować się na celu, nauczyć się wstrzymywać oddech, nie naciskać zbyt gwałtownie spustu. Nie zagłębiałem się w to, jakie uczucie daje człowiekowi dotyk naładowanego karabinu. Po prostu nie chciałem. Potraktowałem całe to szkolenie jako rodzaj naukowego eksperymentu, zupełnie bez emocji.

 

Poznałeś rodzinę Chrisa Kyle’a?

Tak, to wspaniali ludzie. Spotkaliśmy się kilka razy. Byłem w jego domu, siedziałem na krześle, na którym on siedział przy stole. Teya, żona Chrisa, przekazała nam całe mnóstwo materiału filmowego, różne domowe nagrania z codziennych sytuacji – dla mnie to było bezcenne. Poznałem też Wayne’a, ojca Chrisa. Na początku było trochę niezręcznie, bo miałem przed sobą faceta, któremu rok wcześniej ktoś zamordował syna, i nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, żeby to nie zabrzmiało głupio: „Cześć, jestem z Hollywood i chciałbym nakręcić film o pana synu”. Ale rozmowa jakoś się potoczyła. Wayne przekonał się do tego pomysłu, tylko na pożegnanie rzucił: „W ogóle nie jesteś do niego podobny. Musisz przybrać na wadze”. Obiecałem, że się postaram. No i tak się stało!

 

Jakie to uczucie, ważyć nagle 110 kilo?

Wspaniałe! Ludzie nagle odnoszą się do człowieka zupełnie inaczej. Chyba onieśmiela ich ta góra mięśni. Najzabawniejsze jest to, że kiedy przybrałem na wadze, mało kto był w stanie mnie rozpoznać. Mogłem chodzić, dokąd chciałem. Bardzo przyjemna odmiana.

 

Która część przygotowań była dla Ciebie najtrudniejsza?

Jedzenie. Aż trudno uwierzyć, ale najtrudniej było mi się przyzwyczaić do nieustannego obżerania się. Jasne, uwielbiam dobrze zjeść, moje włoskie geny świadczą o tym aż za dobrze, ale sześć tysięcy kalorii dziennie to już przesada. Trenerzy ostrzegali mnie, że nie będzie łatwo, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Nawet siłownia nie dała mi takiego wycisku! Przez pierwsze dwa tygodnie było mi bez przerwy niedobrze. Żołądek spuchł mi jak balon, nie mogłem się położyć i myślałem, że nie dam rady. Ale na szczęście mój organizm w końcu się przystosował. Dzięki Bogu! Robiłem naprawdę wszystko, żeby wyglądać jak Chris. Nosiłem wykałaczkę w zębach, żułem tytoń, nawet w siłowni słuchałem tej samej muzyki, co on podczas ćwiczeń. Teya dała mi jego nagrania, stąd wiem, przy czym podnosił ciężary. Oczywiście na sali wszystkie ściany były oklejone jego zdjęciami. Chris patrzył na mnie dosłownie z każdego miejsca. A na jednej fotografii pokazywał mi środkowy palec. Więc oczywiście ćwiczyłem coraz więcej, to się w końcu przerodziło w jakiś rytuał. A kiedy wreszcie zakończyliśmy zdjęcia, mogłem nareszcie stopniowo wrócić do dawnej wagi. A to też nie było proste.

Dlaczego?

Bo w tym samym czasie kręciłem już kolejny film, który na razie jeszcze nie ma tytułu. To nowy projekt Johna Wellsa, gdzie gram szefa kuchni. Kłopot polegał na tym, że zdjęcia kręciliśmy niechronologicznie, a mi waga spadała skokowo. I widać było różnicę. Podejrzewam, że ekipa Johna ma teraz piekło w montażowni. Muszą posklejać jakoś te sceny, żeby nikt nie zauważył, że raz jestem grubszy, raz chudszy. Przepraszam Johna za wszystkie wpadki, które mogą być widoczne w filmie.

 

Teraz widzę że dużo schudłeś.

Oho, wyczuwam rozczarowanie! Przyznaj się, wolałaś, jak miałem sto kilo. I brodę. I byłem cały brudny. I teraz patrzysz na mnie i zastanawiasz się: „Gdzie się podział tamten przystojny facet?” (śmiech). A mówiąc serio, trzeba było zejść z wagi, ponieważ gdybym pokazał się na scenie prosto z planu „Snajpera”, to raczej nie wypadłbym wiarygodnie w roli Edwarda Merricka, który był raczej szczupłej budowy. Poza tym zająłbym tyle miejsca, że Patricia Clarkson i Alessandro Nivola, którzy grają razem ze mną, nie mieliby się gdzie podziać.

 

Na początku stycznia stuknęła Ci czterdziestka. Czy to prawda, że w tym wieku życie dopiero się zaczyna?

Nie wiem, wydaje mi się, że czterdziestkę mam już od dość dawna. Na długo przed moimi urodzinami tyle osób pytało mnie: „No i jak się czujesz z tą myślą, że skończysz czterdzieści lat?”, że miałem wrażenie, jakby to już się stało. Mam te czterdzieści lat, teraz muszę się przyszykować na czterdzieści jeden (śmiech). Na szczęście w tym wieku człowiek zaczyna podchodzić do wszystkiego na coraz większym luzie. I to jest piękne, choć z drugiej strony ciało dosłownie rozpada się w oczach ze starości (śmiech). No, przepraszam Cię, ale taka jest brutalna prawda! A mówiąc szczerze, naprawdę nie wiem, czego mógłbym sobie jeszcze życzyć. Moje życie, zawodowe i prywatne, jest teraz na takim etapie, że absolutnie niczego mi nie brakuje. Jestem szczęśliwy i bardzo się cieszę, że tak się wszystko potoczyło.

 



[Yola Czaderska-Hayek]