Meryl Streep gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: „Tajemnice lasu”, w których grasz główną rolę, to adaptacja broadwayowskiego spektaklu Stephena Sondheima „Into the Woods”. Sondheim to legenda amerykańskiego musicalu. Która z jego produkcji najbardziej utkwiła Ci w pamięci?

Meryl Streep: Właśnie „Into the Woods”. Widziałam na Broadwayu oryginalną wersję tuż po premierze, jeszcze z pierwszą obsadą: z Bernadette Peters i Joanną Gleason. Pamiętam, że po wyjściu z teatru wszyscy narzekali, że piosenki są jakieś dziwne, że nie sposób zapamiętać żadnej melodii. To dziwne, bo mi wszystkie natychmiast wpadły w ucho, a od niektórych dosłownie nie mogłam się uwolnić. Nie pamiętam dokładnie, który to był rok… Chyba 1987? Tak, to musiało być właśnie wtedy. Ten musical zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, przede wszystkim dlatego, że był oryginalny, całkowicie odstawał od reszty. Zresztą to chyba można powiedzieć o wszystkich musicalach Sondheima. Od razu czuje się w nich ten jego charakterystyczny styl. Dla mnie to obecnie najwspanialszy kompozytor w Ameryce. Niestety, dowiedziałam się właśnie, że jest w tej chwili ciężko chory i nie może się ruszać z domu. To bardzo smutna wiadomość.

 

Podobno gdy skończyłaś czterdzieści lat, otrzymałaś w ciągu jednego roku aż trzy propozycje zagrania starej wiedźmy. To prawda?

Tak. Zupełnie jakby producenci chcieli mi powiedzieć, że żaden bohater filmowy już się we mnie nie zakocha i jedyne, na co mogę liczyć, to role czarownic. Tak to odebrałam. Irytujące było jeszcze co innego: ten stereotyp, że wiedźma musi być pomarszczoną staruchą. Wiem, że takie przekonanie jest obecne w kulturze od stuleci. W dawnych czasach ludzie bali się kobiet w podeszłym wieku, bo nie było z nich już właściwie żadnego pożytku i oskarżenie ich o czary było po prostu wygodnym sposobem na pozbycie się ich. To jakieś szaleństwo. Nie zazdroszczę staruszkom w średniowieczu, musiały mieć naprawdę ciężko, szczególnie na wsiach. Nie chciałam przyczyniać się do utrwalania tego wizerunku wiedźmy, więc odmówiłam.

 

Dlaczego więc zgodziłaś się zagrać czarownicę w „Tajemnicach lasu”?

Bo to zupełnie inna opowieść. Wiedźma jest bohaterką z krwi i kości, to postać niejednoznaczna, z którą mogłam się utożsamić. No a poza tym to musical Sondheima, więc nie było nad czym się zastanawiać. Wiedziałam, że Rob [Marshall – Y. Cz.-H.] nakręci to przepięknie. Jestem bardzo zadowolona z efektu.

 

Co Cię najbardziej ujęło w tej postaci?

Wiedźma, podobnie jak wiele kobiet, poszukuje akceptacji, zrozumienia. I wydaje się jej, że to osiągnie, jeśli stanie się piękniejsza. Zakłada, że wygląd decyduje o wszystkim, zwłaszcza o pozycji człowieka w świecie. No i, co najważniejsze, ma nadzieję, że jeśli przestanie być brzydka, to córka przestanie się jej wstydzić. Zupełnie nie zdaje sobie sprawy, że dla dziewczyny problemem jest nie uroda, tylko okrucieństwo czarownicy (śmiech). Urzekło mnie to, że Sondheim nie tworzy właściwie czarnych charakterów, tylko postacie, które czynią zło, mając ku temu bardzo dobre, szlachetne powody.

Ale w końcu wiedźma stawia na swoim i zamienia się w piękną kobietę. Ucieszyła Cię ta transformacja?

Oczywiście, tylko że wymagała sporo pracy. Starą czarownicę mogłam grać właściwie bez charakteryzacji (śmiech), nawet stylista od fryzur miał niewiele roboty. Kiedy siadałam przed lustrem, to mógł iść na kawę. Dopiero kiedy trzeba było zrobić ze mnie piękność, biedni makijażyści musieli się naharować. Ale, jak mówię, jestem bardzo zadowolona z tego, jak wszystko wyszło. Mam wielką ochotę obejrzeć ten film jeszcze raz. A nie mogę powiedzieć tego o wszystkich produkcjach, w których zagrałam.

 

Który ze swoich filmów lubisz najbardziej?

Nie jestem w stanie ocenić tego obiektywnie. Dlatego najbardziej podoba mi się zawsze ten film, w którym zagrałam ostatnio. Czyli w tym przypadku „Tajemnice lasu”. Chociaż, niestety, kazali mi śpiewać, i to jeszcze z orkiestrą.

 

Dobrze, zapytam więc, czy któryś ze swoich filmów lubisz najmniej.

To z kolei sprawa głęboko subiektywna. Bo z każdym filmem wiążą się wspomnienia: z kim pracowałam, gdzie kręciliśmy zdjęcia, czy plan był daleko od domu, czy dobre było jedzenie… Mnóstwo tego. Nie potrafię oglądać swoich filmów w oderwaniu od tych kwestii, a to oczywiście rzutuje na moją opinię o nich. Ale domyślam się, że pytasz o to, jak je oceniam pod względem artystycznym. Szczerze mówiąc, nie przepadam za „Ze śmiercią jej do twarzy”. Realizacja była dosyć męcząca ze względu na wszystkie komputerowe efekty specjalne, których w filmie było całe mnóstwo. Wiele scen kręciliśmy na tle zielonego ekranu, a w tamtych czasach technika stała na poziomie o wiele niższym niż dzisiaj. Dlatego wszystko się przeciągało, a cała procedura robiła się wyjątkowo uciążliwa. Nakładali mi jakieś znaczniki na twarz, kazali założyć specjalny kostium i udawać, że gram razem z innymi aktorami, kiedy w rzeczywistości stałam przed kamerą sama. Nie byłam w stanie tego wytrzymać. Pamiętam, że jedną z wersji zakończenia, która zresztą nie została wykorzystana, nakręciliśmy w Szwajcarii. Kiedy wracaliśmy samolotem, siedziałam obok Roberta Zemeckisa. Zapytałam: „Tyle się namęczyłeś z całą tą maszynerią. Nie masz teraz ochoty dla odświeżenia nakręcić filmu w jednym pomieszczeniu, z piątką aktorów i zdjęciami z ręki?”. Roześmiał się: „To byłoby dla mnie piekło” (śmiech). No cóż, okazało się, że pochodzimy z różnych światów, ale z drugiej strony to wspaniałe, że kino przyciąga tyle odmiennych osobowości. Dla każdego z nas jest tu miejsce. Swoją drogą, kiedy teraz patrzę na „Ze śmiercią jej do twarzy”, to mam wrażenie, że to dokument z życia mieszkańców Beverly Hills (śmiech).

 

Nad czym obecnie pracujesz?

Mam w tej chwili na głowie kilka projektów. Jeden z nich to „Ricki and the Flash” według scenariusza Diablo Cody. Trudno mi powiedzieć, czy to komedia, czy dramat, bo niby jest się z czego pośmiać, ale chwilami jest poważnie, nawet bardzo. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w San Fernando, jest tam całe mnóstwo barów, w których muzycy grają na scenie piosenki znanych zespołów. Często występują tam niesamowicie utalentowani ludzie. Film opowiada właśnie o jednej z takich kapel, gdzie wszyscy są już dawno po sześćdziesiątce, ale nadal grają rocka. Moja bohaterka przed laty zostawiła rodzinę, żeby szukać szczęścia w Hollywood. Nie wyszło, więc zamiast tego wylądowała na scenie w barze. Trochę ją potłukło życie, więc próbuje naprawić relacje z najbliższymi. Jej byłego męża gra Kevin Kline, który jest absolutnie boski. A kochankiem i głównym gitarzystą w zespole jest Rick Springfield.

A inne projekty?

„Suffragette” to oparta na faktach historia bojowniczek o prawa kobiet. Dzieje się w Londynie, w roku 1912. Gram Emmeline Pankhurst, feministkę, która agitowała za użyciem przemocy w walce o równouprawnienie. Składane co roku petycje w parlamencie nie przydały się na nic, trzeba więc było sięgnąć po radykalne środki. Emmeline poprowadziła grupę kobiet z wózkami dziecięcymi wzdłuż Oxford Street. Tyle tylko, że w tych wózkach były cegły. Kobiety wybiły wszystkie okna na ulicy i dopiero w ten sposób zwróciły na siebie uwagę polityków. Dzisiaj nie chce się wierzyć, że to się wydarzyło naprawdę. A przecież w Stanach aż do roku 1920 nie miałyśmy prawa do głosowania. W Szwajcarii kobietom nie wolno było brać udziału w wyborach do roku 1971. Szokujące.

 

O ile wiem, masz jeszcze w planach „Florence”.

Tak, film biograficzny o Florence Foster Jenkins, która zasłynęła jako najgorsza śpiewaczka operowa świata. Więc nadaję się do tej roli idealnie.

 

Chyba się krygujesz. Przecież wiem, że świetnie śpiewasz.

Mam też świadomość własnych ograniczeń. Powiedzmy, że ze zwykłym śpiewem nie mam problemów. W końcu bohaterka, którą gram w „Ricki and the Flash”, jest wokalistką, więc znów muszę stać przy mikrofonie. Ale opera to zupełnie co innego. Tu trzeba mieć nie tylko talent, ale i wykształcenie. Uczyłam się co prawda śpiewać arie, kiedy miałam jakieś piętnaście lat, ale zarzuciłam to. A dzisiaj, niestety, już za późno na powtórną naukę.

 

Tak z ciekawości: lubisz chodzić po lesie?

Oczywiście! Wychowałam się w pobliżu lasu, w New Jersey. Pamiętam doskonale wędrówki wśród drzew z czasów dzieciństwa. Moją pierwszą salamandrę, którą odkryłam w strumyku. Wąchanie tulejnika… Nie wiem, czy wiesz, co to jest. To taka roślina, która pachnie okropnie, ale za to ma przepiękne kwiaty. Zupełnie jak lilia. Uwielbiam las, ale wiem, że w dawnych czasach było to miejsce bardzo ponure i niebezpieczne, a samotne wyprawy mogły się źle skończyć. Do dziś w potocznej angielszczyźnie funkcjonuje takie określenie: „he’s in the woods”, zabłądził w lesie. Mówi się tak, kiedy ktoś nie ma pojęcia, co robi. W bajkach także bywało groźnie, weźmy te wszystkie baśnie braci Grimm o dzieciach, które zgubiły się na leśnej drodze.

 

Jako dziecko nie bałaś się, że spotkasz wiedźmę gdzieś na polanie?

Raczej nie. Zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę, co złego może się zdarzyć, ale nikt nie bał się lasu, ja też nie. Chodziliśmy wśród drzew bandą dzieciaków przez cały dzień, a kiedy przychodził wieczór, od strony domu dobiegało walenie w dzwon. W ten sposób można było znaleźć drogę powrotną. Wszyscy się czuliśmy bezpiecznie. Oczywiście to już przeszłość. Dzisiaj dzieciństwo wygląda inaczej.

 

Co masz na myśli?

Kiedy mój synek miał dwa, trzy lata, Etan Patz został uprowadzony w biały dzień z ulicy w Soho, jakieś cztery przecznice od miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Sześcioletni chłopiec szedł na autobus, żeby po raz pierwszy w życiu pojechać do szkoły. Jego matka odprowadziła go wzrokiem do rogu ulicy, po czym zniknął jej z oczu i zapewne kilka sekund później go porwano. Po tym wydarzeniu dzieciństwo w Nowym Jorku nie było już takie samo. Rodzice dosłownie oszaleli na punkcie bezpieczeństwa swoich dzieci. Nie ukrywam, że ja też. Starałam się cały czas mieć dzieciaki na oku, nawet jeśli miałoby to oznaczać więcej dyscypliny w domu. Nie było mowy o puszczeniu gdzieś samopas. W „Tajemnicach lasu” też jest obecny ten motyw, ten lęk przed utratą ukochanej osoby. Człowiek powtarza sobie: „Spokojnie, przecież nic się nie stanie”. Ale czasami coś się jednak staje. I naszym zadaniem jest temu zapobiec.

Najlepiej zamknąć maluchy w niedostępnej wieży.

Tak, myślałam o tym (śmiech).

 

Zdarza Ci się czasem wspominać początki kariery i zastanawiać się nad drogą, którą przeszłaś?

Wielokrotnie. Wydaje mi się, że moja kariera to przede wszystkim dużo szczęścia. Ale też i niezwykłe czasy, podczas których środowisko filmowe przeszło ogromną przemianę. Kiedy zaczynałam pracę, bardzo niewiele kobiet miało stanowisko producenta. O ekipie na planie nawet nie mówię, tam z założenia pracowali sami mężczyźni. A potem wszystko zaczęło się zmieniać. I nie ukrywam, że na tym zyskałam. Nie tylko ja, naturalnie. Dzisiaj pełno jest w filmach wspaniałych kobiet po pięćdziesiątce, które kiedyś byłyby w tym wieku całkowicie skreślone. Pamiętam, że dawno temu, kiedy Bette Davis skończyła 41 lat, powiedziała: „Czas zapiąć pasy, zaczyna się jazda po kamieniach”. Jej kariera się skończyła, zresztą wszyscy znają tę historię, choćby z filmu „Wszystko o Ewie”. Cóż mogę powiedzieć? Cieszę się, że akurat mi się poszczęściło.

 



[Yola Czaderska-Hayek]