Cate Blanchett gościem Yoli



W ciągu swojej ponad dwudziestoletniej kariery Cate Blanchett przeszła długą drogę. Na ekranie mogliśmy podziwiać jej przemianę – aktorka ewoluowała od „brzydkiego kaczątka”, o specyficznej, przykuwającej uwagę urodzie, do ikony stylu i symbolu dystyngowanej elegancji. W kinach możemy właśnie podziwiać jej kolejne oblicze. W „Kopciuszku” Kennetha Branagha Blanchett wcieliła się złą macochę, Lady Tremaine. Z tej okazji nasza amerykańska korespondentka Yola Czaderska-Hayek spotkała się z aktorką, aby porozmawiać o jej najnowszej roli, cenie sławy i rodzicielstwie.

Yola Czaderska-Hayek: W najnowszej adaptacji „Kopciuszka”, która właśnie wchodzi do kin, grasz złą macochę. Lubisz wcielać się w czarne charaktery?

Cate Blanchett: Uwielbiam! Jest przy tym mnóstwo zabawy. Macocha z „Kopciuszka” to postać, którą niby wszyscy dobrze znają – to ta wstrętna, okrutna kobieta, która pomiata główną bohaterką – ale tak naprawdę niewiele o niej wiadomo. Pomyślałam więc, że może warto poznać ją trochę bliżej. W filmie pojawia się najpierw jako dystyngowana dama o wytwornych manierach i dopiero później stopniowo ujawnia prawdziwe, dość ponure oblicze. A pod koniec jest już całkowicie nie do zniesienia. Wbrew pozorom to trudna rola do zagrania, bo trzeba cały czas uważać, żeby nie popaść w przesadę. Macocha musi być zła, ale nie może być groteskowa. No i nie może też wysunąć się na pierwszy plan, przed Kopciuszka. To jednak nie jest historia o niej.

Na ekranie rzeczywiście dajesz filmowej pasierbicy niezłą szkołę. Lily [James, odtwórczyni roli Kopciuszka – Y. Cz.-H.] nie była na Ciebie zła?

A skąd! Poza tym należało jej się. Jest zbyt piękna i zbyt utalentowana. Niech ma za swoje (śmiech).

No dobrze, żarty żartami, ale skąd wykrzesałaś w sobie tyle okrucieństwa jako macocha? Nie mogłam uwierzyć, jaka potrafisz być bezwzględna.

W każdym z nas tkwi okrucieństwo, nie trzeba wcale głęboko szukać. Być może dlatego widzowie uwielbiają wyraziste czarne charaktery. Bo im uchodzi na sucho wszystko to, na co człowiek ma czasem ochotę, tylko boi się przyznać. Wszyscy chyba mamy za sobą takie sytuacje, które potem wspominamy, myśląc: „Trzeba im było pokazać” albo „Jakby mi podskakiwała, to zaraz bym ją ustawiła”. Seans w sali kinowej pozwala na bliskie spotkanie z kimś, kto te wszystkie rzeczy robi za nas. Choć prawdę powiedziawszy, wolałabym takie postacie widywać wyłącznie w filmach. Kiedy ktoś komuś naprawdę robi krzywdę, to doprowadza mnie to do furii. I dopiero wtedy potrafię być bezwzględna!

Czemu, Twoim zdaniem, macochy zawsze są w bajkach takimi potworami? „Kopciuszek” to przecież nie jedyny przykład.

To prawda, przypomina mi się jeszcze „Jaś i Małgosia”. Cała ta sprawa z Babą Jagą wzięła się przecież stąd, że dzieci zostały wygnane do lasu przez macochę. Tak przynajmniej było w wersji, którą ja znam. Albo „Koralina” Neila Gaimana, gdzie w tajemniczy sposób pojawia się upiorna „druga matka”. Mam wrażenie, że te złe macochy w bajkach symbolizują największy koszmar każdego dziecka, czyli lęk przed utratą rodziców. Prawdziwa matka zawsze funkcjonuje w tych opowieściach jako archetyp, chodzący ideał: jest kochająca, czuła, opiekuńcza, troskliwa… Kiedy znika, nagle cały świat się wali. Na jej miejscu zjawia się ktoś obcy, kto budzi strach i nieufność.

Blanchett vs. Bonham Carter - aktorskie starcie:

Ponura wizja, a przecież mówimy o literaturze dla dzieci. Swoją drogą, czytałam ostatnio, że coraz więcej rodziców nie chce dzisiaj czytać swoim maluchom klasycznych baśni. Ich zdaniem są zbyt okrutne i przerażające. Zgadzasz się z taką opinią?

Nie. Uważam, że dzieciom trzeba czytać baśnie. Nie można prezentować im tylko upiększonej, polukrowanej wizji świata, bo potem, kiedy dorosną i zderzą się z rzeczywistością, skutki mogą być opłakane. To tak, jak ze zbyt częstym myciem rąk: jeżeli przesadzimy ze sterylnością, nie uodpornimy się na bakterie z naszego otoczenia. Trzeba się trochę ubrudzić dla zdrowia. W większości kultur na świecie bajki od wieków funkcjonują jako uniwersalne źródło wiedzy. Nie tylko oferują jasny i zrozumiały morał, jak opowieści Ezopa, ale także w subtelny sposób dają młodym ludziom do zrozumienia, że świat nie jest do końca bezpiecznym miejscem. Na niektóre rzeczy trzeba uważać, inne lepiej omijać z daleka. Dziecko, słuchając bajek wieczorem, może przetworzyć sobie potem ich treść we śnie i w ten sposób lepiej ją sobie przyswoi. Jeśli pozbawimy go tej możliwości, to odbieramy mu szansę na prawidłowy rozwój. Przynajmniej pod względem emocjonalnym.

Rozumiem, że jako matka trzech synów mówisz z doświadczenia.

Dzięki bajkom udało nam się wyrobić w chłopcach nawyk czytania, z czego bardzo się cieszę. Niedawno, przed świętami, chcieliśmy kupić najstarszemu pod choinkę Kindle’a, bo zawsze chodzi z plecakiem wyładowanym książkami i ledwo może go unieść. Gdy się o tym dowiedział, to uprzejmie podziękował , ale oznajmił, że woli dostać co innego. Według niego żaden czytnik nie zastąpi przyjemności trzymania książki w ręku. Pomyślałam sobie wtedy: no, przynajmniej coś w życiu zrobiliśmy dobrze!

Mówisz, że baśnie są uniwersalne, ale czy „Kopciuszek” nie jest przeznaczony wyłącznie dla dziewczyn? Chłopcy raczej nie mają się tu z kim identyfikować.

Jeśli spojrzymy na „Kopciuszka” jak na opowieść o młodej pannie, którą zdobywa piękny książę, to faktycznie nie. Ale to przecież także historia o niezawinionym prześladowaniu, o niezłomności, harcie ducha, o tym, jak bezinteresowne okrucieństwo zostaje w końcu pokonane. Więc ten uniwersalny wymiar jak najbardziej można tu odnaleźć. Poza tym, co ciekawe, dzieci w zależności od wieku zwracają uwagę na inne rzeczy, a także zmienia im się spojrzenie na główne postacie. Wcale nie jest tak, że wszyscy utożsamiają się tylko z bohaterką!

Chłopcom na pociechę pozostaje książę, choć nie wiem, czy jest się z czego cieszyć. W bajce to wyjątkowo bezbarwna postać. Dlatego jestem pod wrażeniem roli, jaką Richard [Madden, zagrał księcia w „Kopciuszku” – Y. Cz.-H.] stworzył w filmie. Miał niewdzięczne zadanie, a mimo to udało mu się pokazać na ekranie bohatera z krwi i kości. Parę razy naprawdę się wzruszyłam. Z nim moi synowie rzeczywiście mogliby się utożsamiać, nie miałabym nic przeciwko temu. Chłopaki, nie wstydźcie się swoich emocji, bierzcie przykład z księcia. Aha, i pamiętajcie, żeby księżniczki traktować z szacunkiem!

Raczej nie sądzę, żebyś brała przykład ze złej macochy, ale o jedną rzecz muszę Cię zapytać. Bohaterka, którą grasz, ma za sobą skomplikowaną przeszłość. W pewnym momencie mówi: „Miłość ma swoją cenę”. Co przez to rozumiesz?

Pamiętaj, że świat, w którym żyje macocha, pod wieloma względami różni się od naszego: kobiety nie mogą sobie pozwolić na niezależność finansową czy zawodową. Jedyny sposób, żeby wyrobić sobie odpowiednią pozycję, to wyjść za mąż za właściwego człowieka i nie dać się wyprzedzić rywalkom. Z miłością nie ma to wiele wspólnego, wprost przeciwnie. Często nawet uczucie bywa przeszkodą w tych planach na życie. Macocha sporo w przeszłości wycierpiała, i pod tym względem ma nawet wiele wspólnego z Kopciuszkiem, tyle tylko, że tragiczne przejścia uczyniły z niej osobę pełną goryczy i cynizmu. Nauczyła się w dość okrutny sposób, że nikt nie da nam niczego za darmo, za wszystko trzeba prędzej czy później zapłacić.
 


Dla mnie ta kwestia brzmi bardzo aktualnie. Od małego przecież uczymy się, że wszystko ma swoją cenę.

To prawda, wielu ludzi wychodzi z założenia, że kupić można każdego, wystarczy tylko podać odpowiednią sumę. Niejeden biznes funkcjonuje na takiej zasadzie: ja ci coś dam, bo wiem, że tego chcesz, ale ty w zamian musisz coś dla mnie zrobić. Ręka rękę myje. Może rzeczywiście tak jest, ale wychodzę z założenia, że za prawdziwą miłość nigdy nie trzeba płacić.

Przez ostatnie lata byłaś mocno zapracowana, ciągle w podróży, między Australią, gdzie jest Twój dom, i Ameryką. Nie myślałaś o tym, żeby na stałe zamieszkać w Stanach?

To nie jest wykluczone. Mój mąż kończy właśnie współpracę z teatrem w Sydney. Mamy w Ameryce do rozkręcenia parę projektów, zarówno scenicznych, jak i filmowych. Przeprowadzka wydaje się więc całkiem logicznym rozwiązaniem. Sama nie wiem, nigdy dotąd nie mieszkaliśmy w Stanach, więc nie mam pojęcia, czy nam się to uda. Z drugiej strony tych podróży nie było wcale aż tak wiele. Dotąd zawsze jakoś byliśmy w stanie znaleźć czas dla siebie. Albo na przykład zabierałam chłopców ze sobą. Jakiś czas temu zwiedziliśmy na przykład pozostałości obozu w Auschwitz, to było niesamowite przeżycie.

Jak Twoje dzieci reagują na to, że ich mamę zna cały świat?

Już się z tym oswoiły. Poza tym wiele razy towarzyszyły mi na planie i zdążyły się przekonać, że aktor, owszem, stoi wysoko na świeczniku, ale sam nic nie znaczy. Kręcenie filmu to praca zespołowa. Na popularność jednego człowieka składa się wysiłek ogromnej grupy ludzi. I czasem jest to żmudna harówka od rana do nocy. Dzięki temu, że moi synowie mieli okazję zobaczyć, jak to wszystko wygląda od kuchni, nabrali zdrowego dystansu do wszelkich zjawisk związanych ze sławą.

Czy teraz, kiedy masz już wszystko, zostały Ci jakieś niespełnione zawodowe marzenia?

Bez przesady, nikt nie może o sobie powiedzieć, że ma wszystko. Zawsze jest gdzieś jakiś cel, którego się nie osiągnęło. Mnie bez przerwy coś zaciekawia, coś inspiruje. Nie mam jakiegoś sprecyzowanego kierunku, w którym podążam, raczej szukam nowych, świeżych doświadczeń. I nieustannie mnie dziwi, że ciągle ktoś się do mnie zgłasza, żebym u niego zagrała.

Chyba żartujesz!

Nie, naprawdę. Przy każdym nowym projekcie czuję się, jakby to był pierwszy dzień w szkole. Mam niesamowitą tremę i nie wiem, co powiedzieć. A do tego potem, kiedy już film wchodzi do kin, nie jestem w stanie go oglądać, bo uważam, że wypadłam beznadziejnie. Tak było na przykład z „Blue Jasmine” Woody’ego Allena.

Nie wierzę. Przecież dostałaś za ten film Oscara!

I wszyscy mnie pytają, czy miałam świadomość, że to będzie oscarowa rola. A ja po premierze chciałam zapaść się pod ziemię. Byłam przekonana, że to już koniec i że nigdy więcej nie dostanę żadnej roli. Ten zawód to prawdziwa loteria: czasem wszystko układa się szczęśliwie, a czasami wystarczy jakiś drobiazg, jakiś jeden fałszywy gest albo źle wypowiedziane słowo, żeby cały efekt diabli wzięli. Widzowie wyczuwają takie rzeczy błyskawicznie. A bywa też i tak, że podczas montażu producent każe wyciąć scenę ważną dla zrozumienia postaci, bo jego zdaniem niepotrzebnie wydłuża film. Dzieje się całe mnóstwo rzeczy, na które człowiek nie ma najmniejszego wpływu. Dlatego jedyne możliwe wyjście to po prostu robić swoje, iść do przodu, aż w końcu szczęśliwie dotrwać do emerytury.

[P.S.: Tuż po przeprowadzeniu tego wywiadu Cate Blanchett ogłosiła, że wraz z mężem adoptowała dziewczynkę o imionach Edith Vivian Patricia – Y. Cz.-H.]



[Yola Czaderska-Hayek]