Vin Diesel gościem Yoli




fot: HFPA

"Szybcy i wściekli 7" już 10 kwietnia pojawią się w polskich kinach. Specjalnie dla WP Vin Diesel opowiedział Yoli Czaderskiej-Hayek o kulisach powstawania filmu, najważniejszym dniu życia, przyjaźni z Paulem Walkerem i swoim pierwszym samochodzie.

Yola Czaderska-Hayek: Premiera „Szybkich i wściekłych 7” już za nami (przeczytaj recenzję). Muszę przyznać, że wzruszyłam się pod koniec, oglądając sekwencję poświęconą Paulowi Walkerowi. Czy to znaczy, że nie będzie już kolejnych części?

Vin Diesel: Dobre pytanie! Zawsze byłem za tym, żeby seria trwała jak najdłużej, ale „siódemka” to film wyjątkowy. Zdecydowaliśmy się zerwać z dotychczasową tradycją „Szybkich i wściekłych”, według której w każdej części musiała znaleźć się zapowiedź dalszego ciągu. W „czwórce” w ostatniej scenie bohaterowie jechali odbijać Doma z więziennego autobusu i wiadomo było, że to jeszcze nie koniec. W „piątce” okazało się, że Letty żyje i też wiadomo było, że to nie koniec. W „szóstce” pojawił się Jason Statham, więc kontynuacja z jego udziałem musiała powstać. Tym razem jest inaczej. Bardzo nam wszystkim zależało, aby dać widzom do zrozumienia, że w naszej serii zakończyła się pewna epoka. Chcieliśmy w finale oddać hołd wspaniałemu człowiekowi, którego uwielbiał chyba cały świat, a także dać widzom możliwość pożegnania z Paulem. Wydawało nam się to właściwsze niż snucie planów na przyszłość.

Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Będzie dalszy ciąg?

Naprawdę nie umiem Ci teraz nic powiedzieć. To chyba nie jest czas na rozmowy o kolejnych częściach. Dla mnie premiera „Szybkich i wściekłych 7” to zbyt ważny i zbyt osobisty moment, aby teraz dyskutować o czymś innym. Chciałbym, aby wszyscy skupili się na filmie, tu i teraz, a nie zastanawiali się nad tym, co będzie dalej. To byłoby nie w porządku, gdybyśmy już teraz, w tej chwili, nakręcali się na następny rozdział.

Czy to znaczy, że nie chcesz już kontynuacji „Szybkich i wściekłych”?




Nie, tego nie powiedziałem.

Podobno podczas zdjęć w Dubaju na planie pojawiła się rodzina królewska. Przyszli popatrzeć, jak demolujecie ich miasto?

No wiesz, ma się tę reputację! Zawsze, jak dokądś przyjeżdżamy, to wszyscy się cieszą i oglądają, jak doprowadzimy całą okolicę do ruiny. Skakanie po mapie świata to znak rozpoznawczy „Szybkich i wściekłych”. W każdej części bohaterowie pojawiają się w nowym miejscu i zawsze znajdują dobry powód, żeby się rozbijać samochodami. To zabawne, bo przecież zaczynaliśmy skromnie. Na początku serii wydawało się, że dolina San Fernando w Kalifornii to okropnie daleko. Po czym nagle pojawiło się Rio, potem Londyn i dalej już samo poszło. Dzisiaj nikogo nie dziwi, że podróżujemy po wszystkich kontynentach i odwiedzamy takie miejsca, do których być może większość widzów nie pojedzie nigdy w życiu. Stąd właśnie Zjednoczone Emiraty Arabskie w „siódemce”.

Jak miejscowi reagują na wasz przyjazd?

Nie ma znaczenia, czy to rodzina królewska w Dubaju, czy mieszkańcy faweli w Rio. Wszyscy zawsze witają nas z otwartymi ramionami i cieszą się, że będą mogli przyczynić się do powstania kolejnego filmu. Są dumni z tego, że ich miasto wejdzie do kanonu „Szybkich i wściekłych”.

To ostatni film, jaki nakręciłeś z Paulem Walkerem. Jak go wspominasz?

Znałaś Paula, prawda? Wiesz dobrze, jakim był wspaniałym, wyjątkowym człowiekiem. Gdy tylko na świecie dochodziło do jakiejś tragedii, na Haiti czy na Filipinach, natychmiast rzucał wszystko i jechał pomagać ofiarom. A co najważniejsze, nigdy się tym nie przechwalał, nie robił wokół tego szumu. Po prostu uważał, że tak trzeba. Miał wielkie serce i chciał obdzielić nim cały świat. A dla mnie był bratem. Naprawdę, nie przesadzam. To był mój brat, na którym zawsze mogłem polegać i do którego zawsze mogłem zadzwonić. Wiele razy zdarzało się, że miałem jakiś problem, z którym nie mogłem sobie poradzić. I nawet najbliższa rodzina nie wiedziała, jak mi pomóc. Wtedy natychmiast dzwoniłem do Paula. I zawsze, za każdym razem, po rozmowie z nim od razu robiło mi się lżej. Zresztą co tu dużo gadać, to właśnie jemu zawdzięczam najpiękniejszy dzień w życiu.

Jak to?

Siedem lat temu kręciliśmy czwartą część „Szybkich i wściekłych”. Pamiętam, że to była scena, w której Dominic odkrył, że Letty była informatorką Briana. I obydwaj zaczęli się bić. Pracowaliśmy nad tym przez kilka godzin. Wieczorem Paul przyszedł do mnie i zapytał: „Hej, co z tobą? Jesteś jakiś nieswój. Wiem, że coś się stało, za dobrze cię znam”. I rzeczywiście, właśnie wtedy dostałem wiadomość, że mojej żonie już odeszły wody i jedzie do szpitala rodzić. Ukrywałem to przed wszystkimi. Powiedziałem więc Paulowi, co i jak. A on na to: „Dam ci bardzo ważną radę. Wielu twardzieli pewnie ci mówiło: Stary, tylko nie wchodź na porodówkę, bo to nie miejsce dla faceta. A ja ci właśnie powiem: Idź tam. Bądź przy narodzinach własnego dziecka i przetnij pępowinę. To będzie najpiękniejszy dzień twojego życia”. I zrobiłem dokładnie to, co mi kazał. Przeciąłem tę pępowinę. Miał rację, to rzeczywiście był najpiękniejszy dzień mojego życia.

Niedawno urodziła Ci się córeczka – nawiasem mówiąc, gratulacje!

Dziękuję! Jak to szybko wieści się rozchodzą (śmiech).

Czy to prawda, że nadałeś jej imię na cześć Paula?

Opowiem Ci, jak do tego doszło. Dwa lata po tym, jak dzięki Paulowi byłem przy narodzinach mojego pierwszego dziecka, sytuacja się powtórzyła. Kręciliśmy piątą część „Szybkich i wściekłych” i została nam do zagrania już tylko końcowa scena na moście w Puerto Rico. A ja oczywiście znów nie powiedziałem nikomu, że moja żona rodzi. Niedaleko czekał na mnie samolot i zależało mi wyłącznie na tym, żeby skończyć zdjęcia i lecieć do Nowego Jorku. A tu jak na złość zaczął padać deszcz i wszystko się poopóźniało. Paul jak zwykle wyczuł, że coś jest nie tak. Pamiętam, że siedzieliśmy gdzieś pod parasolem, bo potwornie lało. Przyznałem się do wszystkiego. Paul od razu powiedział: „To wsiadaj w samolot i leć”. Ja się wahałem: „Ale tak niewiele już nam zostało, dokończmy wreszcie film i będziemy to mieli z głowy”. On na to: „Vin, nie ma dyskusji. Masz być teraz w Nowym Jorku. Tam jesteś potrzebny”. No i poleciałem do Nowego Jorku. Mój syn przyszedł na świat w tym samym szpitalu, w którym siedem lat temu urodziła się moja córka. Kiedy przecinałem jego pępowinę, myślałem tylko o Paulu. I o tym, że dzięki jego mądrej radzie jestem tu, przy mojej żonie i dziecku. I znów zawdzięczam mu jeden z najważniejszych momentów w życiu. Miałem wrażenie, że był tam razem ze mną na sali. Kiedy już było po wszystkim, podeszła do mnie moja matka i pogratulowała mi. Powiedziała: „Znakomicie sobie poradziłeś na porodówce. Zdążyłeś na czas, wszystkiego dopilnowałeś i zadbałeś o swoją rodzinę. Jestem z ciebie dumna”. I dodała nagle: „Paul też jest z ciebie dumny. Był tam razem z tobą”. Zamurowało mnie. Skąd moja matka wiedziała, co mi chodziło po głowie? Więc teraz, kiedy moje trzecie maleństwo przyszło na świat i musiałem wpisać do formularza imię dziewczynki, nie było innej możliwości. Gdy patrzyłem, jak ta mała dzidzia dosłownie pięć sekund po narodzinach bierze się za ćwiczenie pompek – no serio, tak to wyglądało, jakby miała zamiar ćwiczyć pompki! – zdałem sobie sprawę, że na moje podejście do ojcostwa wpłynął w decydującej mierze mój brat Pablo. Łzy mi stanęły w oczach, bo zdałem sobie sprawę, że Paul nigdy nie pozna mojej córki, a jednocześnie rozczuliłem się na myśl, jaka z niej cudowna, radosna kuleczka. Dlatego nazwałem ją Pauline.

Po tragicznej śmierci Paula Walkera realizacja „Szybkich i wściekłych 7” stanęła pod znakiem zapytania. Nie obawiałeś się, że ten film może w ogóle nie powstać?

Nie byłoby go, gdyby nie potężne wsparcie ze strony fanów. Oczywiście, wszystkim zależało na dokończeniu siódmej części. I zarówno wytwórnia, jak i reżyser oraz cała ekipa zrobili, co tylko w ich mocy, żeby stało się to możliwe. Ale tak naprawdę największą pomoc dostaliśmy właśnie ze strony widzów. Kiedy czytałem komentarze na Facebooku, wielokrotnie zbierało mi się na płacz ze wzruszenia. Ktoś napisał wspaniały tekst: „Pablo patrzy z góry i jest z ciebie dumny”. A przecież ja nie znam tego człowieka i on nie zna mnie! Ale to nic nie znaczy. Liczy się to, że takich, jak on, było całe mnóstwo. Ich spontaniczne, szczere reakcje dały nam siłę, żeby doprowadzić realizację filmu do końca. Każdy z nas pracował na 200 procent swoich możliwości, by uczcić pamięć człowieka, którego wszyscy na całym świecie kochali.

Zawsze grasz twardzieli, a okazuje się, że wrażliwy z Ciebie facet.

Myślałem, że posypię się na premierowym pokazie „Szybkich i wściekłych 7”. Odbył się w Los Angeles, bo to tutaj miała swój początek cała seria. Wyszedłem na scenę, zacząłem opowiadać, jak ważny to dla nas, i dla mnie osobiście, film. Kiedy dojechałem do słów: „Zrobiliśmy to dla Paula”, poczułem, że nie mogę dalej mówić. Miałem ściśnięte gardło. Głupio tak popłakać się przed całą widownią, zresztą właśnie dlatego tak często do wywiadów w telewizji zakładam ciemne okulary. Wtedy nikt nie widzi, że mam łzy w oczach. Akurat nie zabrałem ich na rozmowę z Tobą, no i masz!... W każdym razie, stałem na tej scenie, zapowiadając film i nie wiedziałem, co dalej robić. Czułem, że się rozklejam. I wtedy widzowie zaczęli mnie pocieszać. Wołali: „Jesteśmy z tobą, kochamy cię”. A z tyłu sali nagle ktoś krzyknął: „Masz tu rodzinę, Vin!”. Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszej formy uznania. Żadna nagroda nie byłaby w stanie dać mi tyle wzruszenia i satysfakcji, co poczucie bliskości z fanami serii.

Tak z ciekawości: pamiętasz jeszcze swój pierwszy samochód?

Jasne, mój pierwszy wóz okazał się totalnym rzęchem. Kupiłem go w Nowym Jorku, na giełdzie samochodowej. Tam są takie zasady, że nie wolno włączać silnika, ale można zajrzeć pod maskę. Spodobał mi się chevrolet Monte Carlo z 1978 roku. Wylicytowałem go za 175 dolarów, bez podatku. Wyjechałem na autostradę, po czym gdzieś po kwadransie zobaczyłem w lusterku, jak z tyłu ciągnie się za mną chmura błękitnego dymu. I tak się skończyła moja pierwsza przygoda z kupowaniem auta.

Czym teraz jeździsz?

Minivanem. Naprawdę, nie uwierzyłabyś! Żadnych sportowych samochodów. Jeździmy całą rodziną spokojnie po ulicy i cieszymy się życiem.

Co się stało z życiem na wysokich obrotach?

Na wysokich obrotach żyje bohater, którego gram. Ja już nie. Nadal jeszcze biorę udział w realizacji scen pościgów, i niektóre z nich bywają dość niebezpieczne, ale poza planem już nie szukam guza. Nie skaczę ze spadochronem, nie jeżdżę motorem dwieście na godzinę, nie rozbijam się za kółkiem tak, jak kiedyś. Kiedy człowiek zakłada rodzinę, nie może już sobie pozwolić na takie wariactwa. Trzeba na siebie uważać. Być może to kwestia pewnej dojrzałości, przynajmniej chciałbym tak myśleć. Ale prawda jest taka, że po prostu chcę spędzać jak najwięcej czasu z moimi maluchami. Nawet na planie myślę o nich nieustannie. Dlatego nie mam ochoty narażać się tylko po to, żeby poczuć trochę adrenaliny. Kiedy kręcę film – w porządku, niech będzie, kaskaderskie sztuczki to część mojej pracy. Ale poza tym dziękuję, postoję.

Powiedziałeś ostatnio, że „Szybcy i wściekli 7” mają szansę na Oscara w kategorii „najlepszy film”. Mówiłeś serio?

A dlaczego nie? Przypomniało mi się, jak podczas kampanii promocyjnej „szóstki” Ron Meyer, wiceprezes Universalu, stwierdził: „Szkoda, że w tytułach kolejnych części są numery”. Zapytałem: „Dlaczego? Co w tym złego?”. On na to: „Bo filmy z numerami nie mają szans na nagrody ani nawet na nominacje. Są spalone już na starcie. Wszyscy krytycy są do nich uprzedzeni”.

Nieprawda, przecież trzecia część „Władcy Pierścieni” zgarnęła jedenaście Oscarów! Chociaż faktycznie, nie miała numeru w tytule...

Ale to już coś! Dobrze, dawaj dalej. Zastrzelę tym Ronniego przy następnym spotkaniu.

„Jak wytresować smoka 2” – nominacja do Oscara. „Auta 2” – nominacja do Złotego Globu. „Toy Story 2” – Złoty Glob. „Toy Story 3” – Złoty Glob i dwa Oscary! Z pięciu nominacji.

No pięknie! Dziękuję Ci bardzo, teraz już mam w ręku dowody na to, że Ronnie się myli. A skoro krytycy są w stanie ocenić film, nie patrząc wyłącznie na numer w tytule, to znaczy, że i nasza produkcja ma szansę. I bardzo na to liczę.



[Yola Czaderska-Hayek]