Charlize Theron gościem Yoli



 

Po trwających przeszło 10 lat perypetiach „Mad Max: Na drodze gniewu” (czytaj recenzję) trafia nareszcie na ekrany kin. Z okazji premiery filmu George’a Millera, który przez recenzentów nazywany jest m.in. „najlepszym i najważniejszym blockbusterem XXI wieku”, nasza hollywoodzka korespondentka Yola Czaderska-Hayek spotkała się z Charlize Theron. Australijska aktorka wcielająca się w wojowniczą Furiosę opowiedziała o trudach pracy na planie, kontuzjach, morderczych treningach oraz… podstępnych butach.

Yola Czaderska-Hayek: „Mad Max: Na drodze gniewu” zebrał bardzo pozytywne recenzje po uroczystym pokazie w Cannes. Która to już twoja wizyta na najsłynniejszym festiwalu filmowym świata?

Charlize Theron: Sama już nie wiem, straciłam rachubę. W tym roku nie nastawiałam się na długi pobyt, bo jestem w trakcie zdjęć do kolejnego filmu i czas potwornie mnie goni. Ale było mi szalenie miło, że wreszcie, po tylu staraniach, udało się zaprezentować widzom ukończonego „Mad Maksa”, i że mogłam po raz kolejny przejść się po słynnym czerwonym dywanie. Choć, prawdę mówiąc, mam z nim związane nienajlepsze wspomnienia.

To znaczy?

Kilka lat temu, bodajże podczas ceremonii zamknięcia festiwalu, przydarzyła mi się straszna historia. Miałam na sobie przepiękną suknię od Diora, ciągnącą się po ziemi, a do tego buty z wymyślnymi wiązaniami, które owijały się wokół kostek jak węże. Nie wiązało ich się na węzeł, to była taka dziwna, otwarta konstrukcja. Na czerwonym dywanie jest taki zwyczaj, że zanim się wejdzie na te straszne, wysokie schody, trzeba zatrzymać się na chwilę, aby fotoreporterzy mogli zrobić zdjęcia. Kiedy przyszła moja kolej, stanęłam i pozowałam jak trzeba, po czym nagle zorientowałam się, że nie mogę się ruszyć! Te węże na moich kostkach splątały się, krępując mi obie nogi. A nikt o tym nie wiedział, bo wszystko zasłaniała suknia. Sterczałam więc w panice na jednej nodze, starając się jakoś uwolnić drugą, czas płynął i w pewnym momencie fotografowie zaczęli mi dawać znaki: no dobra, już mamy twoje zdjęcia, następny proszę. A tu akurat za mną nadchodziła Helen Mirren. Na szczęście w ostatniej chwili udało mi się wyszarpnąć nogę i mogłam wreszcie wejść po tych schodach. Widziałam potem, jak jeden z reporterów kręci głową z niesmakiem: „Ale jej woda sodowa odbiła”. Dlatego teraz do Cannes zabieram tylko porządne buty.

Porozmawiajmy o „Mad Maksie”. Ile miałaś lat, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałaś?

Oj, nie wiem, z siedem, osiem? Samego filmu nie widziałam, ale mnóstwo razy byłam świadkiem, jak ludzie rozmawiali o pierwszej części. U nas, w Republice Południowej Afryki, gdzie dorastałam, „Mad Max” był szalenie popularny. Można nawet powiedzieć, że wszyscy uznali go za swój film. Nie zagraniczny, ale nasz, swojski. Nawet moi rodzice mówili o Maksie jak o kimś, kogo znają osobiście. „Mad Max to jest gość”. „Mad Max by mu pokazał”. „Z Mad Maksem lepiej nie zaczynać”. Zupełnie jakby istniał naprawdę.

 

Co sprawiło, że zdecydowałaś się zagrać w czwartej części?

George’owi Millerowi udało się stworzyć fascynującą postać. Furiosa to kobieta pod wieloma względami niedoskonała, ale właśnie to wydało mi się w niej najciekawsze. Jako dziecko została uprowadzona i oddana w niewolę tyranowi, aby służyć mu jako maszynka do reprodukcji. Kiedy okazało się, że nie może mieć dzieci, porzucono ją i spisano na straty. Nie spełniała jedynej funkcji, do jakiej ją przeznaczono, więc przestała się liczyć. Nikt nie spodziewał się, że wyrośnie z niej taka niesamowita wojowniczka. Reżyser George Miller znakomicie rozprawił się ze stereotypem głoszącym, że w postapokaliptycznym świecie kobiety skazane są na podrzędną rolę wobec mężczyzn, bo bez nich nie poradzą sobie same. Ten film jasno, raz na zawsze, udowadnia, że to bzdura.

To kolejna rola, do której radykalnie zmieniłaś wygląd. Ledwo można Cię rozpoznać!

Wiesz, co najbardziej mnie zaszokowało, kiedy zobaczyłam pierwsze zdjęcia z filmu? Miałam wielki kark i barki jak futbolista. Spytałam ludzi z ekipy: dorabialiście coś tu w komputerze? Odpowiedzieli, że nie, nikt tu nic nie ruszał. Nie wiedziałam, że tak strasznie wyglądam. Ale po części sama sobie byłam winna. Trzy lata temu, kiedy wydawało się, że za chwilę zaczniemy kręcić, przymierzałam sztuczną rękę. George’owi zależało na tym, żeby to była prawdziwa proteza, a nie jakaś cyfrowa grafika. Wyglądała fantastycznie, tylko że ważyła ponad cztery kilo. Kiedy mi ją założyli, po krótkim czasie nadwerężyłam sobie szyję. Dlatego teraz postanowiłam trochę poćwiczyć, żeby historia się nie powtórzyła. A poza tym chciałam nabrać trochę mięśni, dla dobra mojej bohaterki. Wyjątkowo nie lubię filmów, w których wiotkie panienki udają, że umieją się bić i okładają piąstkami facetów cztery razy większych od siebie. Kto niby ma w to uwierzyć? Furiosa musiała wyglądać wiarygodnie. Tylko niestety ze mną jest taki kłopot, że mam bardzo szerokie ramiona i nawet bez siłowni wyglądam jak facet (śmiech). Na ogół unikam ćwiczeń na przyrost masy mięśniowej, ale tym razem nie dało się inaczej. Zaliczyłam całe mnóstwo pompek, brzuszków, podciągania na drążku, wyciskania sztangi. Pod koniec zdjęć podnosiłam już całkiem spore ciężary, ale za to ledwo byłam w stanie wejść po schodach. Dolne partie ciała zaniedbałam kompletnie. Przypominałam trochę Popeye’a, tego marynarza z kreskówki, który ma strasznie wielkie łapy i cieniutkie nóżki. Myślałam, że się wykończę. Sto trzydzieści dni zdjęciowych, po czternaście godzin na planie, do tego dwie godziny dojazdu tam i z powrotem. A jeszcze wtedy moje dziecko nie spało w nocy, więc nie dość, że zamykały mi się oczy, to jeszcze musiałam codziennie zaliczyć godzinę w siłowni, aby nie wyjść z formy. Wydawało mi się, że to się już nigdy nie skończy. W ciągu dwudziestu lat mojej kariery nigdy nie byłam tak potwornie wyczerpana. Zdarzały się dni, kiedy miałam już wszystkiego dość i chciałam się poddać. Dlatego, kiedy dziś patrzę na niektóre sceny z „Mad Maksa”, to dosłownie widzę własny ból.

A jeszcze do tego trzeba było siedzieć za kierownicą. O ile wiem, sama prowadziłaś samochód.

To akurat nie sprawiało mi problemu. Uwielbiam samochody, od małego miałam z nimi do czynienia. Moi rodzice pracowali w budownictwie drogowym, a ojciec bez przerwy grzebał w silnikach. U nas na podwórku ciągle stało przynajmniej z dziesięć wozów, każdy mniej lub bardziej rozebrany na części. Nawet nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy po raz pierwszy trzymałam kierownicę w ręku. Ojciec woził mnie na kolanach na przednim siedzeniu, a ja kierowałam samochodem. Jazdę mam we krwi.

 


Furiosa to tajemnicza postać. O wielu rzeczach z jej przeszłości nie wiemy.

To prawda, nie wszystko można było w filmie pokazać. Być może w następnych częściach się uda, jeżeli powstaną. Razem z George’em bardzo długo pracowaliśmy nad historią Furiosy. Pojawia się w niej mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Co naprawdę zrobił jej Immortan Joe, że tak bardzo pragnie się zemścić? Czy to przez niego straciła rękę? Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat. Chciałam wiedzieć, co wydarzyło się w jej życiu, nawet jeśli na ekranie o tym się nie mówi. Podoba mi się, że Furiosa nie jest typem szlachetnej wojowniczki, wprost przeciwnie. Nawet kiedy porywa dziewczyny z haremu Immortana, to nie chodzi jej o to, by je wyrwać z niewoli i zawieźć do jakiegoś lepszego miejsca. Ona je uprowadza, ponieważ doskonale wie, że w ten sposób uderzy Immortana w wyjątkowo czułe miejsce. A czy dziewczyny przeżyją, czy nie – to już jest mniej ważne. Furiosa dba przede wszystkim o siebie i nie ukrywa tego. W jej szczerym podejściu jest coś absolutnie uroczego. I tak naprawdę trudno mieć do niej pretensje, że nie przejmuje się innymi, ponieważ w tym postapokaliptycznym świecie to jedyny sposób na to, by przetrwać. Zresztą Max to również urodzony samotnik. Podobnie jak Furiosa, przyzwyczaił się do tego, że nie wolno ufać nikomu, a liczyć można tylko na siebie. Oboje prawie już zatracili zdolność komunikacji z drugim człowiekiem. Kiedy siedzą razem w samochodzie, jest to dla nich piekielnie niezręczna sytuacja. Mają świadomość, że są na siebie skazani, ale czują się z tym wyjątkowo źle. Nie potrafią nawet normalnie rozmawiać. Sam pomysł, że mogliby sobie nawzajem pomóc, wydaje im się nie z tej ziemi.

Ale za to kiedy skaczą sobie do oczu, to mało się nie pozabijają. Czy podczas kręcenia scen walki Tom Hardy dawał ci fory ze względu na to, że jesteś kobietą?

Nie, żadnych. Całkowicie skupił się na roli. Zacisnęłam więc zęby i zrobiłam to samo. Ta scena musiała wyglądać realistycznie, nie można było pozwolić, aby widzowie pomyśleli, że skoro Max bije się z kobietą, to walczy na pół gwizdka. Dodatkowa trudność polegała na tym, że była to jedna z pierwszych sekwencji, jakie kręciliśmy wspólnie z Tomem, od niej właściwie zaczęły się zdjęcia. Więc dla nas obojga było to dość brutalne otrzeźwienie: Aha, więc to taki film kręcimy! Ale w sumie dobrze się stało, bo później już było łatwiej. Wiedzieliśmy, w którą stronę mamy iść. Pamiętam, że parę razy trzeba było zmieniać choreografię walk ze względu na moje kłopoty z szyją – wspominałam ci, że uszkodziłam ją sobie przez tę sztuczną rękę. Ale na szczęście nasz koordynator scen kaskaderskich tak poprowadził tę wymianę ciosów, że wszystko udało się nakręcić bez kłopotów. Miałam do niego pełne zaufanie, zwłaszcza że powiedział mi: „Nie musisz wcale wyć z bólu, żeby na ekranie wyglądać jak twardzielka. Spokojnie damy radę”. W najgorszym razie zastępowała mnie dublerka. Kilka razy poprosiłam o to nawet wtedy, kiedy mogłabym sama zagrać. Ale miałam świadomość, że w przyczepie czeka na mnie czteromiesięczny maluch i po prostu nie mogę pozwolić sobie na najmniejsze ryzyko. Nikt nie miał pretensji, wszyscy to rozumieli. I jakoś zrobiliśmy ten film do końca.

 

(Charlize Theron, 'Mad Max: Na drodze gniewu')
(Charlize Theron, "Mad Max: Na drodze gniewu")


Wspomniałaś o następnych częściach „Mad Maksa”. A dotarła do mnie pogłoska, że nie zamierzasz już się pojawić w tej serii.

Jak sama powiedziałaś, to tylko pogłoska. Absolutnie nic takiego nie miałam na myśli, ktoś wyrwał moje słowa z kontekstu. Jakiś czas temu zapytano mnie, czy mam zamiar wystąpić w kontynuacji nowego „Mad Maksa”. A ponieważ nie lubię budować zamków na lodzie, odpowiedziałam, że nie mam takich planów. Nikt wtedy nie wiedział, czy George ma w ogóle zamiar kręcić kolejną część i czy producenci z Warner Bros. dadzą zielone światło. Wszelkie spekulacje na ten temat byłyby bez sensu, dlatego nie widziałam powodu, by się w to wdawać. Ale oczywiście, jeśli film się spodoba i pojawią się plany kontynuacji, to wystąpiłabym z przyjemnością.

 



[Yola Czaderska-Hayek]