Dwayne Johnson gościem Yoli



 Yola Czaderska-Hayek, Dwayne Johnson, fot: HFPA

 

Matka Natura to najnowszy i zdecydowanie najsilniejszy przeciwnik, jaki stanął na drodze Dwayne'a Johnsona. Charyzmatyczny „The Rock” zagrał ostatnio główną rolę w katastroficznym filmie „San Andreas”, a tym samym pozbył się etykietki aktora, który sprawdza się wyłącznie jako dodatek do popularnych serii („Mumia”/„Król Skorpion”, „Szybcy i wściekli”). Jeden z najbardziej cenionych wrestlerów marzył w młodości o karierze profesjonalnego futbolisty, jednak ostatecznie poszedł w ślady dziadka i ojca, którzy obijali przeciwników na zapaśniczych arenach. Po latach Johnson cieszy się coraz większą popularnością jako aktor kina akcji i pośrednio realizuje licealne marzenia związane z graniem w futbol, o czym opowiada naszej hoolywoodzkiej korespondentce Yoli Czaderskiej-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: Gratulacje, Twój najnowszy film, „San Andreas”, odniósł ogromny sukces. Czy według Ciebie faktycznie czeka nas w Kalifornii niszczycielskie trzęsienie ziemi?

Dwayne Johnson: Całkiem możliwe. I to właśnie jest przerażające. Żyjemy nad tym nieszczęsnym uskokiem, gdzie regularnie dochodzi do mniejszych lub większych wstrząsów. To nasza codzienność, przywykliśmy do tego. Ale dopiero teraz nasz film uświadomił mi, co się może stać, gdy zacznie się naprawdę potężne trzęsienie ziemi. Parę dni temu miałem okazję obejrzeć „San Andreas” w kinie i patrząc na ten ogrom zniszczenia na ekranie, zdałem sobie sprawę, że to nie jest tylko fantazja scenarzystów. Ta katastrofa naprawdę może nas kiedyś zaskoczyć.

Skąd masz taką pewność?

Zanim zaczęły się zdjęcia, pokazaliśmy scenariusz sejsmologom i naukowcom z Caltech i USC [Kalifornijski Instytut Technologiczny i Uniwersytet Południowej Kalifornii – Y. Cz.-H.]. Przeorali tekst bardzo dokładnie pod względem merytorycznym, wywalając wszystkie bzdury i nieścisłości. Nie było taryfy ulgowej. Jeżeli uznali, że jakaś scena nie ma prawa się wydarzyć, to ją skreślaliśmy. Tam, gdzie konieczne były poprawki, wprowadzaliśmy je. Kiedy się z nami żegnali po skończonej pracy, powiedzieli: „Wszystko, co pokażecie w filmie, rzeczywiście może się zdarzyć”. Mam nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie. Szczególnie, że jak się okazuje, San Andreas nie jest wcale jedynym zagrożeniem. Oprócz tego uskoku istnieje wiele innych, połączonych ze sobą, wliczając w to uskok Haywood niedaleko San Francisco. Jeden wstrząs może zapoczątkować reakcję łańcuchową. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia.

Trzęsienie ziemi w „San Andreas” osiąga bodajże 9,6 w skali Richtera. To również naukowcy uznali za możliwe?

Tak. Ta kwestia zresztą była dla nas bardzo ważna, bo nie chcieliśmy nakręcić filmu o pierwszym lepszym trzęsieniu ziemi, tylko o największym kataklizmie, jaki kiedykolwiek mógłby dotknąć Kalifornię. Sejsmolodzy potwierdzili, że wstrząs o takiej sile jest w naszych warunkach prawdopodobny.
 

No to skoro prędzej czy później czeka nas zagłada, może lepiej się przeprowadzić? Nie myślałeś o tym?

Jasne. W razie czego uciekam na Florydę. Tam jest mój drugi dom. Tutaj, w Los Angeles, na co dzień mieszkam i pracuję, a na Florydzie żyją moi krewni. Tylko kłopot w tym, że tam, na południu, też zdarzają się klęski żywiołowe. Może nie zaraz trzęsienia ziemi, ale na przykład co roku półwysep atakują huragany. Pamiętam dobrze noc, w której uderzył Andrew [cyklon, który w 1992 roku pochłonął 26 ofiar śmiertelnych i spowodował zniszczenia o wartości ponad 26 mld dolarów – Y. Cz.-H.]. Wiedzieliśmy, że nadejdzie, ale nie mogliśmy zostawić domu. Mieliśmy pod opieką parę starszych osób z mojej rodziny, poruszających się z wielkim trudem – dzisiaj już zresztą nie żyją. Nie można było tak po prostu kazać im biec do schronu. Siedzieliśmy więc tylko wszyscy razem po ciemku i czekaliśmy, aż huragan przejdzie. Nie zapomnę tego.

I mówisz o tym tak spokojnie! Nie bałeś się? Wiesz w ogóle, co to strach?

A to jest do publikacji?... Aha, no więc oczywiście niczego się nie boję (śmiech). Chyba że oglądam horrory. Potem rzeczywiście nie mogę spać w nocy.

Wróćmy do „San Andreas”. To jednak przede wszystkim film rozrywkowy. A całkiem niedawno wydarzyła się prawdziwa tragedia. Podczas trzęsienia ziemi w Nepalu zginęły tysiące osób.

No tak. Nie jesteś pierwszą osobą, która pyta mnie o Nepal. Kiedy dotarły do nas wieści o tej tragedii, od razu zadzwoniłem do Beau Flynna [producent „San Andreas” – Y. Cz.-H.] z pytaniem, jak można pomóc rodzinom ofiar. Podczas kampanii promocyjnej zamieszczaliśmy informacje, dokąd można wysyłać pieniądze na pomoc Nepalowi. Każdy gest się liczył, nawet najdrobniejszy datek. Co do samego filmu, nie wydaje mi się, aby wypuszczanie go na ekrany tak krótko po katastrofie było jakimś niezręcznym posunięciem. Jak już mówiłem, to jest nie tyle fantazja, co raczej ostrzeżenie: nie wolno lekceważyć potęgi Matki Natury. Trzęsienia ziemi się zdarzają, nie możemy zamykać na to oczu. Nas też kiedyś może spotkać podobny kataklizm. Musimy o tym pamiętać. „San Andreas” pokazuje nie tylko, co może się wydarzyć, ale także, jak należy reagować, by przeżyć i pomóc innym się uratować. Jasne, zdarzają się w filmie sceny nieco lżejsze, ale na pewno nie jest to komedia, która wywołuje salwy śmiechu. Jeśli na twarzach widzów pojawia się uśmiech, to raczej dlatego, że na moment spada napięcie. Zapewniam, że nie chcieliśmy urazić uczuć Nepalczyków, których bliscy zginęli lub zostali ranni.

Sceny akcji w „San Andreas” robią niesamowite wrażenie. Czy podczas ich tworzenia korzystaliście z komputera?

Przeciwnie, z komputera prawie całkowicie zrezygnowaliśmy. Kręciliśmy zdjęcia w plenerze, w okolicach zatoki San Francisco, udało nam się nawet zdemolować trochę miasta. Sporo scen zrealizowaliśmy też w studiu. Warner Bros. ma znakomicie wyposażone hale w Australii, większość filmu powstała właśnie tam. Udało nam się zbudować makiety budynków, włącznie z wnętrzami, wszystko odrobione co do szczegółu, a potem zalaliśmy je wodą z olbrzymiego zbiornika. Było przy tym mnóstwo roboty, jak to zwykle przy ujęciach podwodnych, kiedy przy realizacji jednej sceny bierze udział kilkaset osób. Ale opłaciło się. Właściwie chyba tylko przy jednej okazji skorzystaliśmy z zielonego ekranu: przy kręceniu sekwencji z falą tsunami. Tylko że nawet wtedy i tak trzeba było wsiąść do łodzi zamocowanej na stabilizatorze, skąpać się w wodzie i uważać, żeby nie dostać czymś w głowę, bo dookoła fruwało mnóstwo rzeczy. Tak właśnie reżyseruje Brad Peyton: wrzuca aktora w sam środek akcji, jak gdyby to wszystko wokół działo się naprawdę. Muszę przyznać, że ten sposób odpowiada mi o wiele bardziej niż granie wśród tenisowych piłek podwieszonych na sznurkach.

(Dwayne Johnson w filmie''San Andreas'')

(Dwayne Johnson w filmie "San Andreas")


A scena, w której ratujesz dziewczynę z samochodu nad przepaścią? Tu również nie było komputera?

Nie, absolutnie. Zbudowaliśmy tę skałę, postawiliśmy na niej samochód, wsiedliśmy do helikoptera – czy wspomniałem już, że te hale w Australii są naprawdę wielkie? – no i zaczęło się. To miała być pierwsza widowiskowa scena w filmie, więc Brad wpadł na pomysł, aby wszystko nakręcić w jednym ujęciu. Albo przynajmniej tyle, ile się da. Zamocowaliśmy kamerę w uchwycie, po czym zjechałem razem z nią w dół na linie. Wyszło niesamowicie!

Nie korzystałeś z pomocy dublera?

W tej scenie akurat nie. Nie przepadam za niebezpiecznymi ujęciami, nie lubię narażać się bez potrzeby. Ale tutaj nic mi nie groziło. Zjazd po linie z wysokości jakichś stu metrów. Łatwizna. Oczywiście pod warunkiem, że się nie spadnie (śmiech). W każdym razie żadnego komputera przy tym nie było.

Dwayne Johnson w filmie „San Andreas” wskoczył na pierwszą pozycję amerykańskiego zestawienia box office. Co takiego mają w sobie filmy katastroficzne, że ludzie uwielbiają je oglądać?

Mogę tylko zacytować moją ekranową partnerkę, Carlę Gugino, która powiedziała: „Widzowie chodzą do kina na filmy katastroficzne, ponieważ z jednej strony chcą na własne oczy ujrzeć kataklizm, który mógłby wydarzyć się w rzeczywistości, z drugiej zaś – nie muszą doświadczać prawdziwego bólu i zniszczenia, i to przynosi im ulgę”. Nie wyraziłbym tego lepiej. Dodam tylko, że ja też lubię takie filmy.

(Dwayne Johnson w filmie''San Andreas'')

(Dwayne Johnson w filmie''San Andreas'')


Masz ostatnio dobrą passę. Niedawno w kinach gościli „Szybcy i wściekli 7”. Spodziewałeś się aż tak wielkiego sukcesu?

Szczerze? Nie. Oczywiście, przy każdej premierze człowiek liczy na to, że film spodoba się widzom i zarobi na siebie. Czasem rzeczywiście się udaje, czasem nie. Ale takiego fenomenalnego odzewu naprawdę się nie spodziewałem. Po tragicznej śmierci Paula Walkera znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. Nie wiadomo było, czy sklecić ten film do końca, czy dać sobie spokój i zrobić go zupełnie od nowa. Postanowiliśmy go wreszcie dokończyć, ale w taki sposób, by jednocześnie oddać hołd pamięci wspaniałego człowieka. By widzowie, którzy przyjdą do kina, nie tylko mieli rozrywkę, ale i wzruszyli się trochę. Tak naprawdę w ogóle nie zastanawiałem się, czy siódma część się sprzeda, czy nie. To nie było dla mnie ważne. Dlatego może tak wielkim zaskoczeniem okazało się powodzenie filmu. Okazało się, że poruszył w ludziach jakąś czułą strunę. Mnóstwo osób chciało zobaczyć Paula na ekranie ostatni raz i w ten sposób pożegnać się z nim.

Niedawno premierę miał serial „Gracze”, w którym grasz główną rolę. Możesz coś powiedzieć o tej produkcji? Czemu zdecydowałeś się na mały ekran?

Przede wszystkim dlatego, że mój bohater, Spencer Strassmore, to ktoś taki, kim sam bardzo chciałem zostać. Naprawdę, kiedyś marzyłem o karierze w futbolu, zanim jeszcze przyjechałem do Hollywood. W szkole przez długi czas grałem w piłkę i chciałem przejść na zawodowstwo. Właściwie tylko w jednym celu: żeby kupić rodzicom własny dom. Nigdy nie mieliśmy własnego podwórka, zawsze mieszkaliśmy tylko w blokach. Wielu innych piłkarzy też zaczynało od podobnego pomysłu na życie: żeby się wybić i osiągnąć coś, na co człowieka nie było nigdy dotąd stać. Spencerowi Strassmore’owi się udało. On już ma wszystko i teraz pytanie, co z tym zrobi. To bardzo mi bliska postać, dlatego chciałem go zagrać. A poza tym serial mi się podoba. Jest zabawny, dynamiczny, pokazuje też świat futbolu od nieznanej strony. Jest korupcja, są skandale, są różne podejrzane typy… Ale jest też i magia sportu, są wspaniali zawodnicy i świetnie rozegrane mecze. Ja już zdążyłem obejrzeć cały sezon, teraz kolej na widzów. Mam nadzieję, że im się spodoba.

(Dwayne Johnson w serialu ''Gracze'', HBO)

(Dwayne Johnson w serialu ''Gracze'', HBO)


Nie miałam okazji Cię dotąd zapytać: co właściwie przedstawiają Twoje tatuaże?

To wzory z Polinezji, przedstawiają rytuał przejścia. Poprzez symbole, przekazywane od stuleci z pokolenia na pokolenie, opowiadają historię, do której należą także dzieje mojej rodziny. Mój dziadek był wielkim wodzem na Samoa, ja również odziedziczyłem po nim tę godność, dlatego te tatuaże to część naszej kultury, nasza duma. Są dla mnie bardzo ważne.

Pamiętam, że gdy pojawiłeś się w Hollywood, zaraz po sukcesie „Króla Skorpiona” porównywano Cię do Arnolda Schwarzeneggera. Pytałam Cię wtedy, czy podobnie jak on myślisz o karierze w polityce. Jak się na to zapatrujesz teraz?

Niczego nie wykluczam. W ciągu tych kilkunastu lat nauczyłem się jednego: nie wolno składać deklaracji w stylu „Tego czy tamtego nie zrobię nigdy w życiu”. Bo się może okazać, że to nieprawda. Nagle z chmury spojrzy na człowieka Bóg i powie: „Zmiana planów, kochany”. Więc nie twierdzę, że nigdy do polityki nie wejdę. Nie odrzucam takiej możliwości. Ale na razie dobrze jest mi tu, gdzie jestem i z tym, co robię. Może kiedyś… A swoją drogą to ciekawe, bo z wiekiem coraz częściej słyszę to pytanie. Naprawdę, nie mam pojęcia, dlaczego.



[Yola Czaderska-Hayek]