Arnold Schwarzenegger gościem Yoli



 Yola Czaderska-Hayek, Dwayne Johnson, fot: HFPA

 

Od premiery pierwszego „Terminatora” minęły ponad trzy dekady, a historia cyborga-zabójcy z przyszłości nie przestaje wzbudzać wielkich emocji. Najnowsza część serii, „Terminator: Genisys”, to dla Arnolda Schwarzeneggera nie tylko spektakularny powrót na duży ekran, ale również film z największym budżetem w karierze austriackiego gwiazdora. W szczerej rozmowie z Yolą Czaderską-Hayek aktor rozwiewa mit łatwego i przyjemnego kręcenia filmów akcji z użyciem cyfrowych efektów specjalnych. Opowiada o swoich relacjach z Emilią Clark, odtwórczynią roli Sary Connor, i tłumaczy, dlaczego poza planem nie zaprzyjaźnił się z Jaiem Courtneyem/Kylem Reesem. Zdradza również, jak to jest być woskową figurą i określa różnicę między współczesnymi fanami jego filmów a osobami, które w latach 80. i 90. chodziły do kina na „Terminatora”, „Predatora” etc.

Yola Czaderska-Hayek: Mam wrażenie, jakbym razem z bohaterami Twojego nowego filmu cofnęła się w czasie. Zobacz: Clinton i Bush ubiegają się o urząd prezydenta, jurajskie dinozaury triumfują na szczycie box office’u, a do kin właśnie wszedł „Terminator”. Wszystko jest po staremu!

Arnold Schwarzenegger: Widzę pewną różnicę. Dzisiaj na „Terminatora” chodzą dzieciaki, których w latach 80. nikt nie wpuściłby do kina. Wtedy filmy tego rodzaju opatrzone były kategorią R, czyli „tylko dla dorosłych”. Dlatego troszeczkę dziwnie się czuję, kiedy na przykład pięcioletni chłopcy mówią mi, że podobał im się pierwszy „Terminator” albo „Predator”. No cóż, takie czasy. Z drugiej strony powinienem się cieszyć, bo to oznacza, że marka jest wciąż żywa i przyciąga nowych widzów. Nasz najnowszy film, „Genisys”, skonstruowany jest w taki sposób, że nawet osoby, które nie widziały poprzednich części, mogą się na nim dobrze bawić. Ale sądząc po nieustającej popularności „Terminatora”, nawet te pięciolatki mają już od dawna zaliczony cały cykl, nie mówiąc o starszych widzach.

Kiedy rozmawialiśmy kilka lat temu, planowałeś powrót ze świata polityki do kina. Opowiadałeś mi o swojej strategii, którą rozpisałeś na etapy: od ról epizodycznych przez udział w niskobudżetowych filmach, po fazę główną, czyli superprodukcje. Czy „Genisys” oznacza, że osiągnąłeś już cel?

Rzeczywiście, postanowiłem wtedy, że zacznę jeszcze raz od zera, od samego dołu. Wydawałoby się, że powrót do świata filmu to łatwizna, ale tak naprawdę kilkuletnia przerwa w karierze powoduje, że człowiek wypada z obiegu i traci kredyt zaufania u widzów. Pomyślałem, że trzeba ich powoli ze sobą oswoić. Żeby znów widzieli we mnie aktora, a nie tylko byłego polityka. Zajęło to trochę czasu, ale uważam, że warto było poczekać. Teraz przyszedł czas na prawdziwie mocne uderzenie. „Genisys” to nie tylko powrót do dobrze znanej marki, ale także film o największym budżecie, w jakim ostatnio miałem okazję zagrać. Nawet nie: to w ogóle jest film o największym budżecie w całej mojej karierze. 170 milionów dolarów. Mnóstwo pieniędzy. Cieszę się, że wreszcie doszedłem do tego etapu, choć oczywiście pojawia się pytanie: co dalej? Na pewno nie zamierzam skończyć na „Terminatorze”. Rozglądam się już za następnym celem. Na pewno znajdzie się coś fantastycznego.

Cyborg, którego grasz w „Genisys”, różni się od wcieleń z poprzednich części. Jest dla Sary Connor kimś w rodzaju zastępczego ojca. Skąd taka zmiana?

No cóż, wydaje mi się, że w rolę ojca wczuć można się dopiero wtedy, gdy samemu ma się dzieci. A wiem coś o tym, bo jestem ojcem od 25 lat. Tak się złożyło, że ostatnio parę razy wcielałem się w takie opiekuńcze postacie. Weźmy chociażby „Maggie” – to film o facecie, którego córka zamienia się w zombie. Na jego oczach umiera powolną, bolesną śmiercią. Dla tego człowieka to niewyobrażalna tragedia. Dziś, na obecnym etapie mojego życia, jestem w stanie zrozumieć jego sytuację, natomiast nie jestem pewien, czy 25 lat temu przyjąłbym taką rolę. I czy mógłbym ją udźwignąć. A co do „Terminatora”… Rzeczywiście, bohater w nowej wersji troszczy się o Sarę Connor. Taka ewolucja wydała mi się naturalna. Emilia Clarke, która wciela się w Sarę, to cudowna dziewczyna i człowiek siłą rzeczy chciałby, aby nie stało jej się nic złego. Ale nie tylko w tym rzecz. Terminator, jak wiemy, nie ma uczuć. Jest maszyną i po prostu wypełnia misję, do której został zaprogramowany. Zależało mi jednak, aby pokazać w dość subtelny sposób, że dla niego czuwanie nad Sarą to coś więcej niż tylko zadanie. Cyborg towarzyszy jej od prawie dziesięciu lat i przez ten czas zdążył już nabyć niewielkich odruchów człowieczeństwa. Oczywiście tylko do pewnego stopnia. Nadal nie jest w stanie naturalnie się uśmiechnąć, co widać było już w zwiastunie. Ale z całą pewnością między nim i Sarą jest jakaś więź, która wykracza tylko poza mechaniczną relację dziewczyny i jej ochroniarza.

 


A jak wyglądała Twoja relacja z Emilią Clarke? Widziałeś ją w „Grze o tron”?

Tak. Kiedy dowiedziałem się, że to ona ma zagrać Sarę Connor, natychmiast obejrzałem serial. Bardzo mi się spodobała jej rola, ale w ogóle nie umiałem sobie wyobrazić, w jaki sposób ta dziewczyna miałaby wcielić się w bohaterkę „Terminatora”. To zupełnie inna postać niż w „Grze o tron”. Wiedziałem, że czeka ją sporo pracy. Ale gdy tylko dołączyła do ekipy, przekonałem się, że da sobie radę. Na własne oczy widziałem, z jakim poświęceniem wzięła się do roboty. Musiała przejść kurs obsługi broni, spędzić wielogodzinne ćwiczenia na strzelnicy, potem przez wiele dni trenowała z kaskaderami, przygotowując się szczegółowo do każdej sceny. Narzuciła sobie naprawdę ostry reżim. Miała własnego instruktora, któremu powiedziała, żeby zrobił z niej twardzielkę. Widać było, że zależy jej na tym, aby wypaść jak najlepiej i dać z siebie wszystko. Od razu zyskała w moich oczach. Na planie spędziliśmy razem sporo czasu, więc miałem okazję poznać ją lepiej. Zaimponowała mi, to wspaniała osoba.

Z innymi członkami obsady też się tak zaprzyjaźniłeś?

Nie. Z Jaiem Courtneyem, który gra Kyle’a Reese’a, trzymaliśmy się na dystans. Wspólnie podjęliśmy taką decyzję, ponieważ w filmie Kyle podchodzi do mojego bohatera z dużą nieufnością. Dla niego Terminator to wciąż wróg, w dodatku bardzo niebezpieczny. Nie wiadomo, czy nie został nasłany przez maszyny, żeby przeniknąć do środowiska rebeliantów i wykończyć wszystkich. Dlatego Reese cały czas patrzy mu na ręce, nie potrafi zaakceptować go jako sojusznika. Chcieliśmy z Jaiem, aby w filmie ta ich napięta relacja wyglądała naturalnie, dlatego na planie prawie nie utrzymywaliśmy kontaktów. Podobnie w przypadku Jasona Clarke’a, który gra Johna Connora. Na ekranie jesteśmy przeciwnikami, choć okazało się, że w rzeczywistości całkiem sporo nas łączy. Podobnie jak ja, ten facet uwielbia łazić po centrach handlowych i jest w stanie godzinami gadać o tym, gdzie i za ile można kupić najlepsze koszule, spodnie czy buty. Okazało się nawet, że odwiedzamy te same sklepy! Pamiętam, że podczas przygotowań do filmu rozmawialiśmy głównie o ciuchach zamiast o naszych rolach. Ale potem, jak już zaczęły się zdjęcia i każdy z nas wczuł się w swoją postać, też trzymaliśmy się osobno. Co nie zmienia najważniejszego faktu, że ze wszystkimi znakomicie się pracowało. Jestem pod wielkim wrażeniem ich umiejętności i talentu.

W poprzedniej części, „Terminator: Ocalenie”, nie zagrałeś, choć w jednej ze scen pojawił się cyborg z wmontowaną cyfrowo Twoją twarzą. W „Genisys” zjawia się Twoje młodsze wcielenie, Terminator z 1984 roku, którego również stworzono w komputerze. Jak się z tym czujesz jako aktor? Co dla Ciebie znaczy świadomość, że nie musisz nawet pojawiać się na planie, by wystąpić w filmie?

Gdyby to było takie proste! Prawda wygląda tak, że scena walki dwóch Terminatorów w „Genisys” kosztowała mnie wyjątkowo dużo pracy. Nawet nie policzę, ile razy musiałem ustawiać się do zdjęć motion capture, z tymi wszystkimi czujnikami, skanerami i osiemdziesięcioma pięcioma kamerami dookoła. Technicy od efektów specjalnych rejestrowali absolutnie wszystko, każdy detal, każdy ruch, i trwało to godzinami. A nie wspomnę o skanowaniu twarzy, kiedy ustawiali mnie przed kamerą i mówili: „Powiedz aaaaa” albo „A teraz zrób smutną minę”, żeby było wiadomo, jak układają się mięśnie. To się ciągnęło bez końca! Aha, oczywiście za każdym razem, kiedy wydawało się, że mamy już komplet zdjęć i można wreszcie iść do domu, przychodził ktoś i mówił: „Wiesz co, Arnold, ale musimy jeszcze dokręcić to, tamto czy owamto, bo jeszcze nie mamy ujęcia twojej twarzy czy sylwetki pod takim czy siakim kątem. Zrobimy to szybciuteńko, raz dwa” – i tak mijały kolejne godziny. Więc nie jest tak, że komputer załatwia wszystko. Trzeba niestety przyjść i samemu wykonać całą tę żmudną robotę.

Ale za to teraz, kiedy te wszystkie zdjęcia są gdzieś zapisane na dysku, będzie można stworzyć z nich cyfrowego Arnolda w kolejnym filmie.

Nie wiem, może w przyszłości będzie to możliwe. Na razie jednak technika na to nie pozwala. Przecież nawet podczas kręcenia tej sceny walki trzeba było wykorzystać prawdziwego, żywego dublera. Terminatora z 1984 roku udawał kulturysta o sylwetce zbliżonej do mojej [27-letni Brett Azar z Australii – Y. Cz.-H.]. Oczywiście „zbliżonej” to nie znaczy „identycznej”. Mięśnie układają się inaczej u każdego człowieka. Jedni mają większe bicepsy, inni mniejsze, jedni mają dłuższe ramiona, inni krótsze, i tak dalej. Ten atleta naprawdę był znakomicie wyrzeźbiony, jak prawdziwy Mr. Universe, ale trzeba było dokonać w komputerze paru poprawek, żeby stworzyć złudzenie, że to naprawdę ja.

Przez te wszystkie efekty czasem trudno się połapać, kiedy to rzeczywiście Ty, a kiedy nie. Jak choćby podczas Twojego niedawnego występu w Muzeum Figur Woskowych, gdzie udawałeś manekina Terminatora i nikt się nie zorientował. Skąd Ci przyszedł taki pomysł do głowy?


Od dawna współpracuję z firmą Omaze, która zajmuje się zbieraniem funduszy na cele charytatywne. I to oni wymyślają takie wariackie rzeczy. Ktoś rzucił hasło, że fajnie byłoby, gdybym przespacerował się przez Hollywood Boulevard w kostiumie Terminatora. Wiesz, jak wygląda ta ulica: pełno tam ludzi poprzebieranych za bohaterów filmowych. Jest Spider-Man, jest Superman, są postacie z „Gwiezdnych wojen”, więc jako Terminator pasowałbym tam idealnie. Z tą różnicą, że ja jestem prawdziwy (śmiech). Spodobał mi się ten pomysł. Kiedy szedłem sobie Bulwarem, oczywiście wpadłem prosto na faceta, który udawał Terminatora. Pełno było wokół niego dziewczyn. Obejmowały go i robiły sobie z nim zdjęcia. Pytam go: „Kim jesteś?”. On odpowiada, próbując naśladować austriacki akcent: „A ty kim jesteś?”. Ja na to: „Prawdziwym Terminatorem”. I kiedy do wszystkich dotarło, że to rzeczywiście Arnold, a nie jakiś sobowtór, dziewczyny natychmiast zostawiły tego faceta i zaczęły robić sobie zdjęcia ze mną (śmiech). A za drugim razem wybraliśmy się do Muzeum Figur Woskowych, gdzie rzeczywiście stoi manekin Terminatora. Tuż przed otwarciem wynieśliśmy go stamtąd i ja ustawiłem się na jego miejscu. O dziesiątej zaczęło się zwiedzanie, weszli ludzie i nikt się nie zorientował, że coś jest nie tak. Dla pewności założyłem ciemne okulary, żeby nie było widać, jak mrugam, bo od razu wszystko by się wydało. Wiadomo, że zwiedzający zawsze robią sobie zdjęcia z figurami. Ktoś chce mieć fotkę ze Spider-Manem, kto inny z Bruce’em Lee… No i z Terminatorem również. Więc podeszła do mnie jakaś para. Kobieta spojrzała na mnie, stwierdziła: „Wygląda jak żywy”. Nie bardzo wiedziała, jak koło mnie stanąć, więc odezwałem się: „Może pomogę”. Możesz sobie wyobrazić, jak zareagowała (śmiech). Parę osób udało się nabrać, choć raz było troszeczkę groźnie. Pojawiło się małżeństwo z Kenii. Ona z dzieckiem na ręku, mocno przerażona, obawiała się podejść do cyborga z filmu. Cały czas powtarzała: „On wygląda strasznie, ja się go boję”. Nie chciała ustawić się do zdjęcia, ale mąż – fan serii, co było widać – ciągle ją zachęcał. Chciał mieć fotografię żony z Terminatorem. W końcu, kiedy wreszcie stanęła koło mnie, powiedziałem: „Może ja zrobię państwu zdjęcie”. Mało nie upuściła dziecka! Uciekła z krzykiem. To był jedyny niebezpieczny moment, ale poza tym wyszło kapitalnie. No i udało się zebrać sporo pieniędzy.

Gdybyś mógł podróżować w czasie, do jakiej epoki najchętniej byś trafił? I co byś zmienił, gdybyś miał taką możliwość?

Pytasz mnie o dwie różne rzeczy. Jedna sprawa to podróż w czasie. Najlepiej byłoby cofnąć się aż do początku świata i obserwować, jak wszystko się kształtowało. Patrzeć, jak budowano piramidy, jak powstało imperium rzymskie, jak podróżowali wikingowie, jak narodziła się Ameryka… Nie chodzi nawet o to, by brać w tym osobiście udział, ale by na własne oczy ujrzeć, jak to wyglądało naprawdę. Żadne dokumenty, relacje, źródła historyczne, nie zapewnią takiej wiedzy, jak coś, co widziało się samemu. A druga kwestia to pytanie, co bym zmienił. Gdybym miał taką moc, usunąłbym wszystko, co powoduje gwałtowną i przedwczesną śmierć. Nie byłoby wojen, nie byłoby AIDS, nie byłoby eboli, nie byłoby nowotworów… W moim świecie ludzie umieraliby wyłącznie ze starości. Wiem, że to fantazja, ale pomarzyć to zawsze dobra rzecz.



[Yola Czaderska-Hayek]