Woody Allen gościem Yoli



Mimo podeszłego wieku (w grudniu będzie obchodził 80. urodziny) Woody Allen cały czas zajmuje się tym, co lubi najbardziej – kręceniem filmów. Z okazji premiery najnowszego filmu Allena, pod tytułem „Nieracjonalny mężczyzna”, Yola Czaderska-Hayek zapytała reżysera o powrót do ukochanego Nowego Jorku, sposób na długowieczność i aktywność zawodową w jego wieku. Reżyser opowiedział, jak doszło do tego, że zgodził się nakręcić serial dla Amazona, co zamierza robić w dniu swoich 80. urodzin i dlaczego oglądanie filmu na smartfonie nigdy nie zastąpi seansu w kinie.

Yola Czaderska-Hayek: W „Nieracjonalnym mężczyźnie”, Twoim najnowszym filmie, drobiazgi mają decydujące znaczenie. Jedna decyzja, z pozoru drobna i nieistotna, może przesądzić nawet o życiu lub śmierci. Naprawdę tak uważasz?

Woody Allen: Tak. Codziennie, właściwie bez przerwy, dokonujemy rozmaitych wyborów. Na przykład, po której stronie ulicy iść. Jeśli wybierzemy prawą, wszystko będzie w porządku. A jeśli zdecydujemy się na lewą, to może nam spaść na głowę fortepian, bo ktoś właśnie się wyprowadza i robotnicy przez okno wynoszą na linach meble z mieszkania na piętrze. Konsekwencje naszych decyzji są niemożliwe do przewidzenia. Równie dobrze może się okazać, że wybraliśmy słusznie i spotyka nas za to nagroda, albo że popełniliśmy błąd i teraz jego skutki będą się za nami ciągnąć.
 


Czy to znaczy, że przed podjęciem każdej decyzji rozważasz wszystkie potencjalne „za” i „przeciw”?

Nie, bo od tego tylko krok do choroby psychicznej. Takie obsesyjne roztrząsanie wszystkich możliwych wariantów prowadzi do tego, że nie bylibyśmy w stanie podjąć w ogóle żadnej decyzji. Wyobraź sobie, jakby to wyglądało, gdybyś na każdym kroku musiała zastanawiać się: czy teraz mam skręcić w lewo, czy w prawo? Czy mam pojechać tą ulicą, czy może tamtą? Czy wyjść z domu o ósmej, czy o dziewiątej? Oszaleć można! Dlatego lepiej myśleć długoterminowo, zamiast skupiać się na drobiazgach.

Kiedyś utożsamiano Cię z Nowym Jorkiem. Potem wyjechałeś ze Stanów do Europy. Teraz wróciłeś do kraju, choć już nie do Nowego Jorku. Czy po tej przerwie odnosisz wrażenie, że miasto się zmieniło?

Dla porządku: „Nieracjonalny mężczyzna” to nie jest mój pierwszy film nakręcony z powrotem w Ameryce. Wcześniej zrobiłem „Blue Jasmine” w San Francisco. Bardzo chętnie przeniósłbym się znów do Nowego Jorku. Myślałem nawet o tym, żeby kręcić tu „Nieracjonalnego…”, ale był akurat sezon letni, a w wakacje w Nowym Jorku jest potwornie gorąco. Poza tym przez te kilka lat wszystko tu strasznie podrożało. A to, niestety, może być problem. Samo miasto jednak nie zmieniło się za bardzo. Pamiętam, że jakiś tydzień czy dwa po 11 września ludzie pytali mnie: czy po tym, co się wydarzyło, Nowy Jork nie będzie już taki sam? Odpowiadałem na to: oczywiście, że będzie taki sam. I popatrz! Dzisiaj, podobnie jak przed 11 września, ludzie chodzą po ulicach, załatwiają swoje sprawy, odwiedzają Madison Square Garden. To wciąż to samo miasto – pełne kreatywności, romantyczne, ekscytujące, wspaniałe miejsce do życia. Może tylko jedna rzecz mi się nie podoba – może trudno ją w pierwszej chwili dostrzec, ale mi po powrocie natychmiast rzuciła się w oczy. Obecnie w Nowym Jorku prawie w ogóle nie ma klasy średniej. Są tylko albo ludzie bajecznie bogaci, albo tacy, którym coraz trudniej powiązać koniec z końcem. Te nierówności pogłębiają się coraz bardziej. To mnie wyjątkowo smuci. Uważam, że powrót klasy średniej byłby bardzo korzystny dla miasta. Inaczej pozostanie w nim garstka milionerów i cała masa ludzi, którzy nie mają za co żyć.

Może to byłby temat na film?

Nie dla mnie. Sprawami społecznymi i polityką interesuję się wyłącznie jako obywatel tego kraju. Staram się być na bieżąco z tym, co mówił ostatnio prezydent czy gubernator, śledzę też, co się dzieje w moim mieście. Ale jako artysta od polityki uciekam, to w ogóle nie jest dla mnie ciekawy temat. Aktualne sprawy mają to do siebie, że bardzo szybko się starzeją i potem nikt już o nich nie pamięta. Kto na przykład chciałby dzisiaj oglądać film o segregacji rasowej w szkołach w ubiegłym wieku? Wyobraź sobie scenę, gdy na ekranie bohaterowie zadają sobie pytanie, czy kiedykolwiek czarne i białe dzieci będą mogły uczyć się razem. Kiedyś rzeczywiście brzmiało to poważnie. Ale dzisiaj? Ten temat już się skończył. Albo, powiedzmy, gdybym chciał nakręcić opowieść o problemach jednopłciowej pary z zalegalizowaniem związku. Dziś nie ma z tym większego problemu, jeśli ktoś chce, to może spokojnie wziąć ślub, więc film na taki temat nie wytrzymałby próby czasu. Wolę opowiadać historie o sprawach uniwersalnych, ponadczasowych, przede wszystkim o relacjach międzyludzkich, które bez względu na epokę pozostają niezmienne. Politykę zostawiam innym.

Relacje może i pozostają niezmienne, ale Twoje filmy bardzo się zmieniły na przestrzeni lat. Widać to szczególnie, kiedy zestawi się „Nieracjonalnego mężczyznę” z Twoim debiutem z 1969 roku, „Bierz forsę i w nogi”. A może to Ty się zmieniłeś?

Nie, raczej nie. Wciąż jestem tym samym nieefektownym nudziarzem, co kiedyś. Ale poza tym masz rację, na pewno jakaś ewolucja miała miejsce. Nakręciłem 45 filmów, czy coś koło tego, i wydaje mi się, że z czasem stałem się odrobinę lepszym reżyserem. Nie twierdzę oczywiście, że jestem jakimś mistrzem kina, chodzi mi raczej o to, że przez tyle lat nawet najgłupszy student szkoły filmowej zdążyłby się czegoś nauczyć. I wyłącznie w tym sensie mogę powiedzieć, że dzisiaj znam się na reżyserii bardziej niż w momencie, gdy kręciłem „Bierz forsę i w nogi”. Poza tym oczywiście moje najnowsze filmy pod względem technicznym odstają na korzyść od tych dawnych, ale tu akurat nie ma się czym chwalić. To jest po prostu oczywistość. Natomiast gdybym miał powiedzieć, w czym naprawdę tkwi różnica między moimi starymi i nowymi filmami, to skupiłbym się na jednej rzeczy. „Bierz forsę i w nogi”, „Bananowy czubek” i jeszcze parę innych tytułów to przede wszystkim zwariowane komedie, w których żart goni żart. Jeśli w danej scenie dowcip jest śmieszny, to wszystko w porządku. Jeśli nie, to film zamiera na kilka minut, aż do następnej sceny i do następnego dowcipu. Krótko mówiąc: ma być śmiesznie. Dzisiaj z kolei bardziej interesują mnie opowieści o tym, co dzieje się między ludźmi w rozmaitych sytuacjach życiowych. A to już nie zawsze jest zabawne. I nie zawsze daje się utrzymać szybkie tempo. Chciałbym wierzyć, że rozwinąłem się jako artysta, choć oczywiście nie wszyscy muszą się z tym zgadzać.

 


Z całą pewnością nie boisz się nowych wyzwań. Gdy po raz pierwszy usłyszałam, że kręcisz serial dla Amazona, pomyślałam, że to jakiś żart. A tu proszę, to się dzieje naprawdę! Jak oni Cię na to namówili?

Kilka lat temu zadzwonili do mnie z pytaniem, czy nakręciłbym dla nich miniserial – sześć półgodzinnych odcinków. Odpowiedziałem, że nie mam ochoty, nie oglądam seriali i w ogóle mnie ten pomysł nie interesuje. Ale potem zadzwonili jeszcze raz i przez dwa lata bez przerwy zawracali mi głowę. Z każdą kolejną rozmową oferowali coraz większe pieniądze i coraz większą swobodę twórczą. Powiedzieli: „Możesz nakręcić cokolwiek, nawet nie musisz nam mówić, o czym będzie ten serial. Jeśli chcesz, może być czarno-biały, może być kostiumowy, możesz go kręcić w Europie czy gdzie tam chcesz. Odcinki nawet nie muszą trzymać się półgodzinnego formatu, mogą trwać 22 minuty. Po prostu nakręć sześć epizodów, a my ci zapłacimy”. No i w końcu doszedłem do wniosku, że to zbyt dobra okazja, żeby z niej rezygnować. Skoro mogę nakręcić co chcę i nikt nie będzie patrzył mi na ręce? I nawet nie chcą wiedzieć, o czym jest ta historia? I do tego jeszcze sami się pchają z pieniędzmi? No to wchodzę w ten interes, cóż to jest sześć odcinków dla geniusza? (śmiech) Gdybym tylko wiedział, w co się pakuję. Ten serial okazał się jednym z najtrudniejszych wyzwań w całej mojej karierze. Sam dobrze wiem, ile mnie kosztuje nakręcenie i zmontowanie historii, która trwa półtorej godziny, czy powiedzmy, godzinę czterdzieści. A tutaj mam do czynienia z dwukrotnie większym metrażem! Na szczęście po długich zmaganiach serial jest już na ostatniej prostej. Gdyby nie to, że rozmawiam z Tobą, zamiast siedzieć w montażowni, na pewno bym go już skończył (śmiech).

Jak Ty to robisz, że udaje Ci się utrzymywać takie tempo? Odkąd pamiętam, bez przerwy kręcisz film za filmem. I choć w tym roku kończysz 80 lat, to mam wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem o połowę młodszym. Jaki jest Twój sekret?


Po prostu mam dużo szczęścia. Pochodzę z długowiecznej rodziny, więc już na starcie dostałem zestaw wyjątkowych genów. Poza tym dbam o siebie, nie prowadzę siedzącego trybu życia, zdrowo się odżywiam, ćwiczę, nie palę papierosów, nie mam żadnych zgubnych nałogów… Tyle chyba wystarczy, żeby zachować kondycję. A przede wszystkim uwielbiam swoją pracę. Mam sporą przyjemność z kręcenia filmów, cieszy mnie też, że ludzie wciąż chcą ze mną pracować, że udaje się znajdować na to fundusze… Oczywiście równie dobrze jutro mogę mieć zawał, po którym się już nie podniosę i nie będę nawet pamiętał, jak się nazywam. Jeśli tak się stanie, to koniec, już po mnie. Ale jeśli zdrowie pozwoli, to nie widzę powodu, dla którego miałbym przestać robić filmy. Mój ojciec pracował w wieku 90 lat, a dożył prawie do setki. I to na całkiem przyzwoitym poziomie. Skoro on mógł, to dlaczego nie ja? Cały czas kłębi mi się w głowie milion pomysłów. Ciągle spisuję to wszystko i tak powstają nowe scenariusze. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jakie inne zajęcie mógłbym sobie znaleźć.

Jak planujesz obejść 80. urodziny?

To na pewno nie będzie nic hucznego. Być może wyjdziemy razem, całą rodziną do restauracji na jakąś cichą kolację. Im bliżej urodzin, tym większe mam wrażenie, jakby zbliżał się sylwester, a we mnie rosła ochota, żeby akurat tego dnia położyć się do łóżka wcześniej niż zwykle. Najchętniej w ogóle nie brałbym udziału w żadnym świętowaniu. A już wyjątkowo nie lubię takich demonstracyjnych bankietów na czyjeś 80. albo 90. urodziny. Za dużo w tym nieszczerości, fałszu. To nie dla mnie. A z drugiej strony, jak już mówiłem, zawsze istnieje możliwość, że choćby jutro umrę na zawał. Dlatego układanie jakichś dalekosiężnych planów w moim przypadku nie ma sensu. Najchętniej zająłbym się po prostu tym, co lubię najbardziej, czyli kręceniem filmów. Tylko wtedy mam święty spokój.


Nie obawiasz się, że kino, jakie dotąd znaliśmy, umiera na naszych oczach? Coraz trudniej wytrzymać konkurencję z mediami elektronicznymi.

Na pewno sporo się zmienia w tej kwestii. Wystarczy rozejrzeć się we własnej okolicy, by przekonać się, jak wiele kin poznikało z mapy. Dodatkowo w ostatnich latach telewizja bardzo się rozwinęła, a seriale prezentują coraz wyższy poziom. Jeśli dodamy do tego urządzenia mobilne, jak telefony i tablety, to nagle się okaże, że na tradycyjne kino nie ma w tym wszystkim miejsca. Skoro już teraz powstają seriale do oglądania wyłącznie w Internecie, to z pewnością niedługo tak samo będzie z filmami. Powiedzmy, że chcesz u siebie w domu obejrzeć najnowszą produkcję z Angeliną Jolie, i to najlepiej o konkretnej godzinie. Nic prostszego – składasz zamówienie przez telefon albo w komputerze i oglądasz. Dla mnie to zupełnie inny świat. Pamiętam, że kiedy byłem mały, dzień wyjścia do kina był prawdziwym świętem. Wstawało się rano z łóżka i nie myślało o niczym innym. I czekało, kiedy się wreszcie zacznie seans. Sale kinowe były olbrzymie i pięknie urządzone. Przychodziły do nich setki ludzi, by ustawić się w kolejce po bilet, a potem na dwie godziny przenieść się do innego świata. Magiczne doświadczenie. Dzisiaj mało komu zależy na tym, by oglądać film na wielkim ekranie. Gdy pytam młodych ludzi, czy widzieli „Lawrence’a z Arabii” albo „Obywatela Kane’a”, mówią: owszem, w telefonie. Na wyświetlaczu wielkości znaczka pocztowego! (śmiech) Ja tego oczywiście nie rozumiem, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że tego procesu nie da się zatrzymać. Nawet jeżeli ktoś jest przywiązany do tradycyjnego modelu kina, to coraz trudniej zwalczyć pokusę, by oglądać filmy we własnym salonie, w telewizorze, bez ruszania się z domu. Tak jest po prostu wygodniej.

Sale kinowe znikną bez śladu?

Niekoniecznie. Oglądanie filmu jest jednak doświadczeniem zbiorowym. Nawet jeśli zamawia się jakiś tytuł przez Internet, to często zaprasza się do domu przyjaciół na wspólny seans, szykuje się popcorn – jest to jednak jakaś namiastka dawnego wyjścia do kina. I wydaje mi się, że ten klasyczny model prędzej czy później powróci. Bo choć kanapa przed telewizorem kusi, to jednak nic nie zastąpi siedzenia w ciemnej sali przed wielkim ekranem. Zwłaszcza w dobranym towarzystwie. Kina z pewnością czeka kryzys, ale jestem naprawdę spokojny, że przetrwają. Będzie dobrze.



[Yola Czaderska-Hayek]