Johnny Depp gościem Yoli



Krytycy filmowi od dłuższego czasu wskazują na złą passę Johnny'ego Deppa, która zaczęła się wraz z wykreowaniem postaci Jacka Sparrowa. Kolejne występy w „Piratach z Karaibów” były tożsame z ogromnymi wypłatami, ale jednocześnie widzowie zauważali realną transformację Deppa. Wielu podkreślało, że aktor po prostu dziwaczeje i przenosi swój nowy wizerunek na zupełnie inne role. Na szczęście jego ostatnia kreacja w „Pakcie z diabłem” jest określana jako prawdziwy powiew świeżości i powrót do doskonałej formy. Johnny Depp tłumaczył w rozmowie z naszą amerykańską korespondentką Yolą Czaderską-Hayek, dlaczego zdecydował się na tę rolę, jak postrzega dawne filmy ze swoim udziałem i co myśli o pierwszych krokach córki w showbiznesie.

Yola Czaderska-Hayek: Co cię skłoniło do zagrania tak odrażającego człowieka, jak bohater „Paktu z diabłem”?

Johnny Depp: Jimmy Bulger to wbrew pozorom dość skomplikowana postać. I to właśnie pociągnęło mnie w nim najbardziej. Kiedy mam do czynienia z taką trudną rolą, zawsze staram się najpierw odnaleźć ludzką stronę bohatera, a dopiero potem zastanawiam się, co z nim jest nie tak. Uważam, że w Jimmym gdzieś głęboko tkwią spore pokłady wrażliwości. To był przecież człowiek oddany rodzinie, uwielbiał swoją matkę, uwielbiał brata, przynajmniej dopóki ten nie poszedł w politykę. Wtedy ich drogi się rozeszły, Jimmy zajął się inną branżą i zaczął w niej robić karierę. Najważniejszy był dla niego biznes, a że akurat w tym fachu głównym sposobem robienia interesów była przemoc, to już inna sprawa. Bez przemocy człowiek daleko by nie zaszedł, to była po prostu konieczność. Jimmy o tym wiedział. Stać go było na absolutną bezwzględność, to jasne. Ale był zdolny także do ludzkich odruchów. Dlatego grając go, przez cały czas stąpałem po cienkiej linie między tymi dwiema skrajnościami.


Jimmy Bulger też porusza się między dwoma światami. Z jednej strony to gangster, z drugiej – informator FBI. Kiedy oglądałam film, przypomniał mi się „Donnie Brasco”. Jak oceniasz tamtą rolę z perspektywy czasu?

Czy mi się zdaje, czy właśnie powiedziałaś, że jestem już stary? (śmiech) Na każdą rolę przychodzi odpowiedni moment. W „Donniem Brasco” – a był to chyba rok 1997, jeśli dobrze pamiętam – byłem w najlepszej formie, by zagrać Joego Pistone. Pamiętam, że kiedy czytałem jego autobiograficzną książkę, jakoś nie potrafiłem polubić tego faceta. Sam przyznawał, że czuł sympatię do kolegów z gangu, a mimo to na nich donosił. Potem miałem okazję poznać go, spotkałem też ludzi, wśród których się obracał, z obydwu stron barykady. I najśmieszniejsze jest to, co zresztą chyba podświadomie starałem się oddać w filmie, że ci gangsterzy i agenci FBI właściwie niczym się od siebie nie różnili. To byli tacy sami, zwyczajni faceci, tyle tylko, że pracowali w różnych branżach. A z kolei do roli Jimmy’ego Bulgera dorosłem właśnie teraz, tak mi się przynajmniej wydaje. W czasach „Donniego Brasco” nie byłbym w stanie zagrać takiej postaci. Nie umiałbym pokazać, jak radzi sobie z opanowaniem narastającego gniewu, jak kontroluje agresję. Teraz chyba dałem sobie z tym jakoś radę.

Jak długo musiałeś się w niego wcielać?

Zdjęcia trwały jakieś cztery, pięć miesięcy.

I przez cały ten czas chodziłeś w skórze bandyty. Nie odbiło się to na twojej psychice?

Każda rola w jakiś sposób odbija się na psychice. Po zakończeniu zdjęć człowiek przechodzi przez swego rodzaju dekompresję, żegnając się z filmową postacią. Raz trwa to krócej, raz dłużej – zależy od tego, czy gram Edwarda Nożycorękiego, czy Jacka Sparrowa, czy może Johna Wilmota z „Rozpustnika”. Powrót do rzeczywistości zawsze jest podszyty melancholią. Kiedy człowiek wciela się w innych ludzi, przebywa przez jakiś czas w bezpiecznym, kontrolowanym, sztucznym świecie, a potem, niestety, trzeba znów zetknąć się z prozą życia. Z Jimmym Bulgerem miałem podobnie, też potrzebowałem czasu, by uwolnić się od niego. Znam aktorów, którzy na planie nie wychodzą z roli i nawet kiedy jeden z drugim idzie do bufetu po frytki, to nadal jest Henrykiem VIII (śmiech). Ja do tej grupy nie należę, podkreślałem to zresztą wiele razy. Ale nie da się ukryć, że podczas pracy ten bohater gdzieś tam w mojej głowie jest. Więcej czasu spędzam, będąc nim niż sobą. To bardzo dziwne uczucie. Na pewno cały czas jakoś tam mi towarzyszy, może nawet zabieram go ze sobą do domu. Ale zawsze przychodzi ten moment, kiedy trzeba się pożegnać. Bywa nieprzyjemnie, czasami nawet smutno, ale to konieczne.

 


Zabrać kapitana Sparrowa do domu to jedno, a zabrać Jimmy’ego Bulgera to drugie. Przez kilka miesięcy towarzyszył Ci człowiek wyjątkowo wstrętny. Nie miałeś z tego powodu chociażby problemów ze spaniem?

Ja z założenia mam problemy ze spaniem. Bardzo kiepsko sypiam, nawet nie wiem, dlaczego. Tak po prostu jest. To zresztą ciekawe, bo o ile wiem, Jimmy nie miał żadnych kłopotów z zasypianiem. Ktoś zrobił mu kiedyś zdjęcie, jak drzemie, wyciągnięty w fotelu razem ze swoimi kotami. A piętnaście minut wcześniej zabił człowieka! W porównaniu z nim jestem chodzącym wrakiem.

Próbowałeś spotkać się z prawdziwym Bulgerem?

Tak, oczywiście. Zależało mi na tym bardzo, nawet nie po to, by usłyszeć, co ma do powiedzenia. Nie miałem zamiaru wypytywać o jego wersję wydarzeń. Chciałem usłyszeć jego głos, podpatrzeć, jak się zachowuje, jak chodzi, jakie gesty wykonuje. Niestety, jego adwokat Jay Carney przekazał mi uprzejmie, ale stanowczo, że nic z tego. Jimmy nie życzy sobie żadnych wizyt, ma już serdecznie dość kontaktów z mediami. Wyjątkowo nie podobała mu się książka, uważa, że ci dwaj faceci z „Globe” oszukali go i pokazali go w fałszywym świetle [chodzi o reportaż dwóch dziennikarzy „The Boston Globe”, Dicka Lehra i Gerarda O’Neilla, na podstawie którego powstał „Pakt z diabłem” – Y. Cz.-H.]. Dlatego nie chce mieć z naszą produkcją nic wspólnego. Nie mam mu tego za złe, muszę nawet powiedzieć, że go rozumiem. Nie chodzi nawet o to, że w trakcie dochodzenia przypisano mu różne zbrodnie, których być może wcale nie popełnił. Ma żal o to, że w oczach opinii publicznej, a przede wszystkim ludzi z jego środowiska, zrobiono z niego kapusia, donosiciela. Jimmy kierował się swoiście pojmowaną lojalnością: wobec swojej rodziny, swojego gangu… Tymczasem, kiedy już wyszło na jaw, że kontaktował się z FBI, wszyscy się od niego odwrócili. Według oficjalnej wersji Jimmy jest kapusiem, koniec, kropka. I tego właśnie nie może przeboleć.

 


Bulger, cokolwiek by o nim powiedzieć, przeżył tragedię, jakiej nie życzy się największemu wrogowi. Jako ojciec, sam wiesz najlepiej, ile kosztowało cię odegranie sceny z dzieckiem. Człowiek siłą rzeczy wyobraża sobie siebie w podobnej sytuacji…

Nie da się przed tym uciec. Choć wcielam się w innego człowieka, jestem przede wszystkim sobą. I odwołuję się do własnych przeżyć. Daję filmowemu bohaterowi coś z siebie. Nie potrafię inaczej i nie sądzę, aby ktokolwiek umiał. Po prostu nie miałoby to sensu. Oczywiście nie mam za sobą tak traumatycznego doświadczenia, jak Jimmy Bulger i jego żona. Ale też zaliczyłem pobyt w szpitalu z własnym dzieckiem. Moja córka, Lily-Rose, przeleżała trzy tygodnie, kiedy miała siedem lat. I nie wiadomo było, czy z tego wyjdzie. Było pięćdziesiąt procent szans. Więc kiedy na planie trzeba było odegrać tę scenę, o której mówiłaś, nie musiałem się długo przygotowywać. Za dobrze pamiętam, jak to wtedy wyglądało. Wystarczyło sobie wszystko przypomnieć. Dakota Johnson również włożyła w tę scenę całą siebie. Poszło nam łatwiej niż się spodziewaliśmy, choć z pewnością nie był to przyjemny moment. Ale cóż, trzeba to było zrobić i koniec.

Filmowy Jimmy Bulger jest bezgranicznie oddany matce. Mam wrażenie, że tu również dałeś mu coś z siebie.

Na pewno! Muszę powiedzieć, że nikt nie przygotował mnie do życia tak, jak moja mama. Ciekawa z niej osóbka. Urodziła się – może nie uwierzysz, bo to brzmi jak z jakiegoś Marka Twaina – w leśnej chacie, zbitej z bali. Nie mieli tam nawet toalety. Wychowała się w skrajnej biedzie, ale to ją tylko zahartowało. Pamiętam, że przed moim pierwszym dniem w szkole mama powiedziała mi: „Jak ktoś ci przyłoży pięścią, to ty mu oddaj cegłówką”. Sprawdziłem, to rzeczywiście działa (śmiech). I to nie tylko w szkole. Ta zasada towarzyszy mi przez całe życie. Może nie zawsze muszę dosłownie sięgać po cegłę, czasem wystarczy jakiś metaforyczny odpowiednik, ale nie w tym rzecz. Mama próbowała mi przekazać ważną rzecz: nie pozwól na to, by spotkała cię niesprawiedliwość. Nie pozwól, żeby inni próbowali ci dołożyć za coś, czego nie zrobiłeś. I wziąłem sobie jej słowa do serca. Dlatego bronię tą cegłówką nie tylko siebie, ale także wszystkich, którzy są mi bliscy. To się nie zmieni.


Skoro już jesteśmy przy twoich bliskich: twoja córka Lily-Rose ostatnio odnosi sukcesy jako modelka, próbuje też sił w aktorstwie. Kibicujesz jej?

Jestem śmiertelnie przerażony (śmiech). Nie spodziewałem się, że tak wcześnie zacznie, ale cóż, na pewne rzeczy nie ma się wpływu, one się po prostu dzieją i już. Nigdy nie zachęcałem jej do tego, by została aktorką, ale skoro sama wybrała tę drogę, to mogę się tylko cieszyć. To jej pasja, więc niech się realizuje. A teraz jeszcze zagarnął ją Karl Lagerfeld, co już w ogóle jest niesamowite, szczególnie, że jej matka pozowała dla Karla mniej więcej w tym samym wieku. To dziwne uczucie, widzieć własną córkę jako zupełnie nową osobę. Bardzo łatwo jest przegapić tę przemianę, ten moment, w którym ona przestaje być już dzieckiem, a staje się piękną młodą kobietą. Nie wiadomo, kiedy to się nagle stało. Teraz jest już na drodze do sławy i nic tego nie zatrzyma. Jestem z niej dumny, strasznie dumny. To wspaniała, piekielnie inteligentna osoba, a do tego mamy świetny kontakt. Niczego przede mną nie ukrywa i wie, że jeśli będzie trzeba, to zawsze jej pomogę. Tak mi się zresztą wydaje, że niezależnie od tego, czym zajmują lub będą zajmować się moje dzieci, jako rodzic mogę zrobić naprawdę tylko jedno: być dla nich wsparciem. Po prostu. Rany, ale to wszystko dzieje się tak strasznie szybko (śmiech). Moja córka w makijażu! Niepokojący widok (śmiech). Ale piękna z niej dziewczyna.

Zapytam z ciekawości: czy to prawda, że chcesz pozbyć się swojej francuskiej posiadłości? Koniec z serem i winami?

Nie, to jakieś nieporozumienie. Niedawno byliśmy we Francji z żoną i właśnie wtedy okazało się, że ktoś wystawił tę posiadłość na sprzedaż. Zdziwiłem się, bo nie miałem takiego zamiaru. Nie wiem w ogóle, jak do tego doszło. Dlatego czym prędzej wycofaliśmy ogłoszenie. To miejsce jest dla mnie bardzo ważne. Tam dorastały moje dzieci i mam nadzieję, że kiedy ja już pójdę z dymem, one przywiozą tam swoje dzieciaki, żeby też spędziły tam czas. Tak więc oferta jest już nieaktualna. Wycofałem ją.

Zarzuciłeś mi przed chwilą, że cię postarzyłam. Niech będzie. Co w twoim wieku sprawia ci przyjemność?

Same najprostsze rzeczy. Moja ulubiona pora dnia to poranek, kiedy słońce zagląda przez żaluzje, a ja biorę świeżego „New York Timesa” i przeglądam nagłówki. Czasem coś zapiszę, czasem zajrzę do książki, kiedy akurat nie muszę czytać nic innego. Uwielbiam siedzieć z książkami, zwłaszcza tych autorów, których podziwiam, np. Lawrence’a Kraussa albo Christophera Hitchensa. Kocham chodzić na spacery z moją dziewczyną. I nie musieć się spieszyć. Jeśli tylko mogę pobyć przez chwilę na zewnątrz hollywoodzkiej machiny, to niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba. Jest mi dobrze.



[Yola Czaderska-Hayek]