Tom Hanks gościem Yoli



27 listopada do polskich kin wchodzi „Most szpiegów”, kolejny film, który postawił Toma Hanksa i Stevena Spielberga po dwóch stronach kamery. Obraz oparty na faktach opowiada historię z czasów zimnej wojny, przenosząc akcję między innymi do Wrocławia, który na ekranie udaje Berlin. Nasza amerykańska korespondentka Yola Czaderska-Hayek zapytała Toma Hanksa o wrażenia związane z kręceniem ujęć w Polsce i dlaczego podjął się zagrania w „Moście szpiegów”. Aktor opowiedział o wspomnieniach z dzieciństwa w cieniu zimnej wojny oraz zdradził swój przepis na pogodzenie kariery aktorskiej z życiem rodzinnym.

Yola Czaderska-Hayek: Który to już wasz wspólny film ze Stevenem Spielbergiem? Czwarty? Piąty?

Tom Hanks: Czwarty. Nakręciliśmy razem „Szeregowca Ryana”, „Terminal” i „Złap mnie, jeśli potrafisz”. A do tego oczywiście wyprodukowaliśmy wspólnie dwa seriale: „Kompanię braci” oraz „Pacyfik”.

To w sumie niewiele. A wydaje się, jakbyście współpracowali bez przerwy.

Może dlatego, że ze Stevenem od zawsze nadajemy na tych samych falach. Żeby nie było wątpliwości: na planie to on jest szefem, a ja jego podwładnym. On wydaje polecenia, a ja muszę je wykonywać, aby był zadowolony. Jednak z drugiej strony, jako przełożony, jest wyjątkowo otwarty na sugestie. Wiele razy zdarzyło się, że w trakcie zdjęć proponowałem rozmaite zmiany w scenariuszu, a Steven się zgadzał. Tak było chociażby podczas realizacji „Mostu szpiegów”. Kiedyś sporo czytałem na temat historii Berlina, dlatego byłem w stanie wyłapać w tekście parę niezgodności z faktami. Steven zaakceptował prawie wszystkie moje poprawki. Chyba tylko raz pozostał przy swojej wersji, mówiąc: „Daj spokój, my tu robimy kino, a nie piszemy podręcznik”. Poza tym przy wszystkich naszych filmach mnóstwo razy wyszło na jaw, że myślimy w podobny sposób. Zdarzało się na przykład, że wieczorem przeglądałem w scenariuszu sceny, które mieliśmy kręcić następnego dnia. I nagle jakiś dialog czy jakaś kwestia wydawały mi się absolutnie nietrafione, do kitu. Zakreślałem ten fragment na czerwono i rano, kiedy szykowaliśmy się do roboty na planie, podchodziłem do Stevena i mówiłem: „Słuchaj, nie mogę tego zagrać. Ten dialog to jakaś straszna kupa. Zabij mnie, ale nic z tego nie będzie”. Na co on odpowiadał: „A wiesz, właśnie chciałem z tobą o tym pogadać”. Otwierał swoją kopię scenariusza, a tam – czerwone zakreślenie w tym samym miejscu, co u mnie. Steven od razu proponował: „Zmieńmy to”, a ja na to: „Szefie, kocham cię”. Nic dziwnego, że uwielbiam z nim pracować.


Tego pytania nie mogę sobie odmówić. Jakie odniosłeś wrażenie z planu filmowego we Wrocławiu? Jak zapamiętasz mój kraj ?

Najważniejsze sceny kręcone były w 2014 we Wrocławiu, Berlinie i Nowym Jorku. Wrocław, jak zapewne wiesz, był niegdyś częścią Niemiec. Wiele więc miejsc przypominało tam Berlin z 1961 roku, miejsc, jakie trudno teraz znaleźć w obecnym Berlinie. We Wrocławiu znalazły się jeszcze budynki noszące ślady zniszczeń wojennych. Janusz Kamiński, który był autorem zdjęć, bardzo pomagał mi w kontaktach z polskim językiem i obyczajami, co było niezwykle ważne w zrozumieniu i polubieniu Polaków i Polski. W grupie produkcyjnej pracowało również wielu twoich rodaków i to także zbliżało mnie do twojego kraju. Jednak czasu na bliższe kontakty było bardzo mało, ale krótkie chwile spędzone we Wrocławiu zostaną w mojej pamięci jako jedne z bardziej sympatycznych.

Czemu akurat zdecydowaliście się nakręcić „Most szpiegów”?

Steven ma specyficznie podejście do kina – i to kolejna rzecz, którą w nim cenię. Nawet jeśli kręci film na jakiś doskonale znany temat, chce, aby widz po seansie mógł powiedzieć „Nie miałem pojęcia, że to tak wyglądało”. Wielu ludzi słyszało o Francisie Garym Powersie – wiadomo, że pilotował ten samolot, że go zestrzelono i tak dalej – ale mało kto zdaje sobie sprawę, kto jeszcze brał udział w tej historii. Ja na przykład nie miałem pojęcia, że istniał ktoś taki jak James B. Donovan. To było dla mnie olśnienie. Nie wiedziałem też, że oprócz Powersa prowadził także negocjacje w sprawie uwolnienia Fredericka Pryora. Między innymi dlatego natychmiast zgodziłem się na udział w tym filmie. Bo też uwielbiam takie opowieści, po których mogę powiedzieć „Nie miałem pojęcia, że to tak wyglądało”.


Nie obawiałeś się, że film okaże się przegadany? Niby to opowieść z wątkiem szpiegowskim, ale bohaterowie na ekranie głównie rozmawiają.

Nie, nie obawiałem się ani trochę. Jasne, że trudno nakręcić trzymający w napięciu film, w którym bohaterowie czekają, aż zadzwoni telefon (śmiech), ale Steven nie takie rzeczy potrafi! Poza tym dla mnie w samym procesie negocjacji jest już coś fascynującego. Może przez to, że kompletnie nie mam o tym pojęcia. Nie umiałbym na przykład targować się na bazarze, to mnie przerasta. Choćby tylko dlatego miałem wielką ochotę zagrać człowieka, który był absolutnym mistrzem w tej sztuce. Kiedy czytałem scenariusz, miałem wrażenie, że Donovan mówi w jakimś obcym języku, z którego nie rozumiem ani słowa. Ale tym bardziej pociągało mnie wyzwanie.

Nie kusi cię teraz, aby zagrać go ponownie? James B. Donovan po Berlinie wsławił się jeszcze jednym wyczynem. Toczył rozmowy z Kubą w sprawie uwolnienia amerykańskich jeńców po fiasku w Zatoce Świń.

Bardzo chętnie zagrałbym Donovana raz jeszcze. Historia pertraktacji z Kubą aż się prosi o to, by ją pokazać na ekranie. Steven w „Moście szpiegów” udowodnił, że da się na podobny temat nakręcić emocjonujący, pełen napięcia dramat. Jest tylko jeden szkopuł: film musiałby się zaczynać od pokazania klęski Amerykanów po nieudanej inwazji na Zatokę Świń. Podejrzewam, niestety, że u nas w kraju widzowie raczej nie mieliby ochoty oglądać, jak Stany Zjednoczone dostają kopa w tyłek od Fidela Castro. Ale kto wie, może kiedyś rzeczywiście taka produkcja powstanie. Dzisiaj nasze relacje z Kubą bardzo się zmieniły. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby kiedyś Amerykanie założyli tam park rozrywki poświęcony Zatoce Świń z miejscowymi dziećmi w rolach guerrillas (śmiech).


Rzeczywiście, wiele się zmieniło. Nie masz wrażenia, że dziś opowieść z czasów zimnej wojny wydaje się równie odległa co „Przeminęło z wiatrem”?

Nie. Może dlatego, że sam wychowałem się w tamtych czasach. Urodziłem się w 1959 roku. Zimna wojna zaczęła się na dobre, kiedy miałem pięć lat. Pamiętasz to słynne przemówienie Chruszczowa? „My was pogrzebiemy” – wrzeszczał w siedzibie ONZ. I walił butem w stół. Dzisiaj wiem, co miał na myśli: że wyższość technologiczna Związku Radzieckiego nad Ameryką sprawi, że ZSRR zaleje nas swoimi ideami i swoimi dobrami. Ale kiedy miałem pięć lat, rozumiałem jego groźbę dosłownie. Wydawało mi się, że Rosjanie zagonią wszystkich mieszkańców Redding w stanie Kalifornia do wielkiej dziury, a potem traktory zasypią ją ziemią. Nie wiedziałem, dlaczego tak miałoby się stać, ale wyobraźnia podsuwała mi obraz mojej rodziny grzebanej żywcem. Może właśnie stąd wzięła się moja skłonność do siedzenia w książkach. Chciałem zrozumieć, co sprawia, że świat dzieli się na „naszych” i „obcych”. Jakie uwarunkowania historyczne to spowodowały.

Bałeś się wybuchu III wojny światowej?


Mam wrażenie, że sporo osób z mojego pokolenia wyrastało w przekonaniu, że III wojny światowej nie da się uniknąć. Prędzej czy później dwa supermocarstwa, które przedzielała żelazna kurtyna, musiały zacząć ze sobą walczyć. Pierwszy strzał mógł paść gdziekolwiek: w Berlinie, Angoli, Korei, Wietnamie czy na przykład we Włoszech, gdzie działały Czerwone Brygady. Wiadomo również było, że III wojna, jeśli do niej dojdzie, będzie konfliktem na skalę o wiele większą niż II wojna, podobnie jak II wojna przerosła I wojnę. Pamiętam, że o groźbie wybuchu mówiło się wszędzie - nawet w „Star Treku” był kiedyś taki odcinek, w którym ludzie z przyszłości wspominali III wojnę. Miało w niej zginąć 350 milionów ludzi. Takie były wtedy realia.

Ale to już przeszłość. Na szczęście.

Owszem, choć z dzisiejszej perspektywy trudno oprzeć się wrażeniu, że ówczesny podział świata na dwa zwalczające się obozy miał w sobie, hmm, jakby to powiedzieć – coś estetycznego. Wszystko było jasne. Wiedzieliśmy, kto jest przyjacielem, kto wrogiem. I gdzie przebiega granica. A potem, pod koniec lat 80., wszystkie zasady wzięły w łeb i na dobrą sprawę do dzisiaj wciąż nie możemy się połapać, co się właściwie stało. Tamten świat odszedł w przeszłość, już go nie ma. Teraz, niestety, mamy do czynienia z nowymi zagrożeniami: pojawił się terroryzm, islamski fundamentalizm, dyktatura w Korei Północnej… Na domiar złego, choć mur berliński zniknął, ludzie stawiają wciąż nowe bariery. Kiedyś granica istniała po to, by ludzie z bloku wschodniego nie uciekali na zachód. Dziś jest odwrotnie: chodzi o to, aby nie wpuścić do środka uchodźców podczas narastającego kryzysu. Widziałem niedawno zdjęcia tej dziennikarki, podstawiającej nogę uciekinierom, bijącej ludzi, którzy próbowali ratować własne życie [chodzi o incydent z obozu przejściowego na Węgrzech z udziałem reporterki Petry Laszlo – Y. Cz.-H.]. Wyjątkowo wstrząsnęła mną ta historia. Jak można w otwartym i wolnym społeczeństwie zdobyć się na czyn tak ohydny? Nie rozumiem. A tego typu wydarzeń jest coraz więcej.


Do czego to doszło, aby zimną wojnę wspominać z sentymentem! Musisz jednak wziąć pod uwagę, że dorosła już cała generacja ludzi, którzy jej nie znają.

Wiem, dla moich dzieci na przykład takim pokoleniowym doświadczeniem jest 11 września. Widok walących się wież World Trade Center to nie jest coś, o czym można łatwo zapomnieć. Dla nich tamtego dnia zaczęła się zupełnie nowa rzeczywistość.

Skoro wspomniałeś o dzieciach, to porozmawiajmy na nieco lżejszy temat. W jaki sposób udaje ci się godzić gwiazdorską pozycję w Hollywood z normalnym, stabilnym życiem rodzinnym? Nie każdy aktor to potrafi.

W domu często żartujemy, że jesteśmy rodziną profesjonalistów w mieście, które stało się jedną wielką korporacją. A mówiąc bardziej serio: moja żona, wychodząc za mnie, wiedziała, że nie wiąże się z dentystą czy specjalistą od inwestycji. A dzieci przyzwyczaiły się, że tata ma trochę dziwną pracę i na przykład chodzi po domu ze śmieszną fryzurą albo farbowanymi wąsami. Często go nie ma, bo gdzieś jeździ po świecie, a potem, jak już jest, to siedzi i nic nie robi, i wtedy wydaje się, że to trwa strasznie długo (śmiech). A do tego, zabrzmi to jak okropny frazes, ale i tak to powiem, nie zwracamy zupełnie uwagi na to, co o nas piszą. Żyjemy własnym życiem. Moje dzieciaki są już dorosłe, dzięki czemu mogą towarzyszyć mi na planie, kiedy na przykład wyjeżdżam kręcić film gdzieś w Budapeszcie czy w Maroku. W zasadzie równie dobrze mógłbym pracować jako kierowca ciężarówki albo fotograf podróżujący po świecie. Różnicy nie ma żadnej.


Znam cię tyle lat i nie mogę uwierzyć, jak to się stało, że sława nigdy nie uderzyła ci do głowy. Naprawdę nie jesteś jakimś ukrytym megalomanem? Pewnie trzymasz w domu swój wielki portret na pół ściany, co?

O matko, nawet mnie nie strasz! (śmiech) Portret na pół ściany, tego jeszcze brakowało. Nie, u nas w domu nie ma nawet plakatów z moich filmów. Wiszą tylko nasze zwyczajne zdjęcia z wakacji czy imprez rodzinnych. Jak wszędzie. Ale portret? Nie mogę, aleś wymyśliła! Przecież do nas przychodzą goście, chcesz, aby pouciekali z krzykiem? Właśnie wyobraziłem sobie, że ktoś u nas nocuje, po czym o drugiej w nocy wstaje do łazienki i nagle ze ściany patrzy na niego takie okropieństwo. Brr! Jest w Nowym Jorku taka słynna restauracja, „U Sardiego”, mają tam na ścianach całe mnóstwo karykatur gwiazd [karykatura Toma Hanksa też tam jest – Y. Cz.-H.]. Tam taki wystrój pasuje. U mnie w domu – nic z tych rzeczy.



[Yola Czaderska-Hayek]