Ben Affleck gościem Yoli



1 kwietnia na ekrany polskich kin wchodzi obraz „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” z Benem Affleckiem debiutującym w roli zamaskowanego obrońcy Gotham. W wywiadzie przeprowadzonym przez naszą amerykańską korespondentkę, Yolę Czaderską-Hayek, zdobywca Oscara m.in. powiedział, czy jego Batman jest przedłużeniem kreacji znanej z trylogii Christophera Nolana, oraz zdradził kulisy niepowodzenia swojego projektu, którego realizację pokrzyżował zamach z 11 września. Aktor skorzystał również z okazji i rozpoczął bezceremonialne starania o jedną z najważniejszych amerykańskich nagród filmowych.

Yola Czaderska-Hayek: Ze wszystkich znanych mi aktorów jesteś jedynym, który wcielił się aż w trzech superbohaterów: Daredevila, Supermana i Batmana. Jak się z tym czujesz?

Ben Affleck: Przede wszystkim rolę Supermana należałoby ująć w olbrzymi cudzysłów. Bo przecież ja tak naprawdę nie grałem Supermana, tylko George’a Reevesa odgrywającego tę postać [chodzi o film „Hollywoodland” – Y. Cz.-H.]. Ale technicznie rzecz biorąc, faktycznie miałem na sobie kostium z wielkim „S”. A teraz jeszcze miałem okazję nosić strój Batmana. Nie da się zaprzeczyć.

Skoro już prawie zostałeś Supermanem, to czy chciałbyś kiedyś rzeczywiście go zagrać?

Tak myślę, że najbardziej pociągałaby mnie w tej roli wizja latania. Chyba każdy marzy od czasu do czasu o tym, żeby sobie czasami polatać, prawda? Teraz, w tych nowych filmach, złudzenie jest niemal doskonałe. Kiedy patrzy się na ekran, można uwierzyć, że bohater naprawdę frunie. Bardzo chętnie zobaczyłbym siebie w takiej scenie. Chciałbym latać, choćby tylko w filmie. Dlatego gdyby nadarzyła się okazja, od razu zamieniłbym się rolami z Henrym Cavillem.

Ale zdajesz sobie sprawę, że Superman ma swój kryptonit, który odbiera mu moc? Batman nie ma takiego problemu.

Każdy z nas ma jakiś swój kryptonit. Jakąś słabość. W moim przypadku to chyba jedzenie. Uwielbiam jeść – najlepiej, żeby było dużo, tłusto i niezdrowo. Jakieś hamburgery, fast foody, te rzeczy. Wiem, że nie powinienem ich dotykać, bo może nie zabijają od razu, ale za to dają gwarancję, że pewnego dnia człowiek padnie na zawał. Ale co poradzić?
 

Batman i Superman to już staruszkowie. Pierwsze komiksy z ich udziałem powstały w latach 30. ubiegłego wieku. Jak to możliwe, że wciąż są tacy popularni?

Nie mam pojęcia. Może dlatego, że potrafili dostosować się do zmieniających się czasów, a jednocześnie zachowali własny, niepowtarzalny charakter? Najbardziej widać to po Batmanie, który przeszedł wiele metamorfoz, a mimo to jest wciąż tym samym facetem w masce. Mój syn ogląda teraz serial z Adamem Westem – pamiętasz na pewno, to był wielki przebój w latach 60. Minęło pół wieku i Batman ciągle jest na topie.

Wbrew pozorom łatwiej się z nim identyfikować niż z Supermanem. Batman przecież nie ma nadzwyczajnych mocy.

No właśnie. Pod tym kostiumem i stertą gadżetów kryje się tak naprawdę zwykły człowiek, który podobnie jak my wszyscy ma swoje słabe strony. Albo zdarzają mu się gorsze dni. Batman nie jest jakimś kosmicznym superbohaterem. Jest jednym z nas. Może w tym tkwi sekret jego popularności?

Tak z ciekawości: to ty podsunąłeś synowi starego „Batmana”?

Nie, po prostu kiedyś zauważył ten serial w Apple TV, był wśród polecanych pozycji. Pomyślał sobie: może warto obejrzeć, bo w końcu wszyscy to znają. No i go wciągnęło! Uwielbia Burgessa Mereditha w roli Pingwina.


„Batman” z lat 60. był zwariowany i zabawny. Dzisiaj zaś Mroczny Rycerz to ponura postać. Nie miałeś kłopotów z osiągnięciem odpowiednio chmurnego nastroju?

Rola Batmana to na dobrą sprawę praca zespołowa. Bardzo wiele zależy od kostiumu, od oświetlenia, dźwięku, kompozycji kadru… Ja ze swej strony wnoszę tylko częściowy wkład. Kiedy Batman pojawia się na ekranie, widać przede wszystkim jego maskę i zbroję. Za to kiedy gram Bruce’a Wayne’a, jest zupełnie inaczej. Wtedy mam okazję pokazać bardziej ludzkie, przyziemne oblicze bohatera. Widzowie mogą przekonać się, kim jest ten facet, kiedy nie przebiera się za nietoperza. Podczas realizacji filmu właśnie na tym się skupiłem. Na szczęście miałem pod ręką znakomity scenariusz Chrisa Terrio, korzystałem też ze wskazówek Zacka Snydera. To fantastyczny reżyser – zanim jeszcze zaczęliśmy zdjęcia, rozrysował na papierze każdą scenę i doskonale wiedział, jaki efekt chce osiągnąć. Dzięki naszej wspólnej pracy udało się stworzyć zupełnie nowego Batmana.

Jak to się w ogóle stało, że zgodziłeś się zagrać Batmana? Twoje dzieci cię poprosiły?

Rzeczywiście, myślałem o nich, gdy dostałem tę propozycję. Bardzo wiele moich filmów to produkcje dla dorosłych, na przykład „Argo”, „Gdzie jesteś, Amando?” czy „Miasto złodziei”. Nie mogę ich jeszcze pokazać moim dzieciom, więc przyznaję, że kusiło mnie, by wreszcie zagrać w czymś, co moglibyśmy obejrzeć całą rodziną. Ale na pewno nie przyjąłbym oferty, gdyby chodziło o jakiś pierwszy z brzegu film z superbohaterami. W tym przypadku po pierwsze wyjątkowo spodobał mi się scenariusz, po drugie urzekło mnie, jak wspaniale Zack Snyder potrafi opowiadać historię, posługując się głównie obrazem. No i po trzecie uwielbiam Batmana. Te trzy kryteria są zawsze dla mnie najważniejsze: scenariusz, reżyser i bohater, którego mam zagrać.

Na wypadek gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, powiedzmy to jasno: twój Batman nie ma nic wspólnego z Batmanem z trylogii Christophera Nolana. To nie jest dalszy ciąg tego cyklu.

Tak, to zupełnie nowa postać. I, co mi się szczególnie podoba, nie opowiadamy jego historii znów od początku. To nie jest opowieść, jak Bruce Wayne został Batmanem. Nie pokazujemy po raz kolejny tego, jak zginęli jego rodzice, jak stworzył kostium nietoperza, jak walczył z pierwszymi łotrami i tak dalej. Nasz Batman jest już zaprawiony w boju. To ktoś w rodzaju boksera wagi ciężkiej, który wychodzi na ring w dwunastej rundzie. Jest cały poobijany, spływa krwią i potem, ledwo widzi na oczy i zastanawia się: po diabła mi to wszystko? A to dopiero początek filmu! Pomyślałem sobie, że warto zobaczyć, jak na widok kogoś takiego zareagowałby Superman. I co wynikłoby ze spotkania tych dwóch postaci. Teraz, kiedy film wchodzi już do kin, mogę powiedzieć, że gorzko bym żałował, gdybym nie przyjął tej roli.

Z tego, co pamiętam, nie wszystkim podobało się, że to właśnie ty zagrasz Batmana.

Wiem o tym. Ale w tej sytuacji mogliśmy zrobić tylko jedno: dać z siebie wszystko i przekonać fanów, żeby nam zaufali. Chcieliśmy ich zaskoczyć i pokazać, że pewne pomysły, które na pierwszy rzut oka wydają się nieprawdopodobne, tak naprawdę mają sens. Widzowie często przychodzą do kina z gotowym nastawieniem i choćby nie wiem jak długo byśmy wyjaśniali, czemu zdecydowaliśmy się na takie, a nie inne rozwiązania, nie zmienimy tego. Tutaj nie pomoże żadne tłumaczenie. Jedyny sposób, by przełamać uprzedzenia, to po prostu nakręcić film, po którym ludzie powiedzą: „Właśnie coś takiego chcieliśmy zobaczyć”. Mam nadzieję, że nam się udało.


Nie miałeś wrażenia, że Bruce Wayne i Batman to właściwie dwaj różni bohaterowie? U tego pierwszego można jeszcze dopatrzeć się rysów człowieczeństwa, ale ten drugi bardziej przypomina maszynę.

Tak miało być. Batman jest cynikiem, który już dawno stracił wiarę w człowieka. Zaszył się w jaskini i odciął od świata. Uważa, że swój cel może osiągnąć, jedynie zastraszając innych. Tylko że dla nas to wcale nie jest wzór do naśladowania – i z filmu to jasno wynika. Nie można się poddawać, nie można tracić wiary w to, że ludziach jednak tkwi dobro. Wszystkich, a nie tylko tych, który noszą kostiumy. Takie jest przesłanie naszego filmu i chętnie się pod tym podpisuję.

Innymi słowy, świat potrzebuje bohaterów, tylko niekoniecznie takich jak Batman?

Zgadzam się. Tak, świat potrzebuje bohaterów, tylko w prawdziwym życiu ci bohaterowie nie noszą trykotów i nie mają supermocy. Mam na myśli lekarzy, pielęgniarki, nauczycieli, żołnierzy… Ludzi, którzy poświęcają się dla innych i którzy dają innym przykład. Tacy jak Martin Luther King, Nelson Mandela, Gandhi. To ludzie, dzięki którym świat staje się lepszym miejscem. Tak mi się zresztą zdaje, że popularność filmów o superbohaterach bierze się właśnie stąd, że żyjemy w trudnych czasach i myśl o tym, że jest ktoś, kto w razie czego nas obroni, wydaje się krzepiąca.

Porozmawiajmy o innych projektach. O ile wiem, pracujesz razem z Mattem Damonem nad nowym reality show. Co to za program?

Na ten pomysł wpadliśmy dawno temu, bo w 2000 roku. W skrócie chodzi o to, że jedna osoba ucieka przez całą Amerykę i pozostawia zaszyfrowane wskazówki, gdzie należy jej szukać. Każdy może wziąć udział w poszukiwaniach, wystarczy zrobić naszemu zbiegowi zdjęcie telefonem, żeby wykonać zadanie. Uczestnicy mają przed sobą różne wyzwania, to gra z elementami kamuflażu, szpiegostwa, rozwiązywania zagadek. Program był już gotowy do realizacji, ale akurat doszło do zamachu z 11 września, no i projekt trafił na półkę. Po tragedii w Nowym Jorku zabawa w tajnych agentów poszukujących uciekiniera wydawała się niezbyt szczęśliwym pomysłem. Ale teraz uznaliśmy, że to dobry moment, aby ten temat odkurzyć. Nawet lepiej, że wtedy się nie udało, ponieważ teraz możemy do naszego programu wykorzystać sieć. Dzisiaj każdy ma do niej dostęp, a dzięki urządzeniom mobilnym otwierają się przed nami takie możliwości, o jakich nawet nam się nie śniło piętnaście lat temu. Jest jeszcze za wcześnie, żeby opowiadać o szczegółach, ale mogę cię zapewnić, że naszego „Uciekiniera” będziemy robić przede wszystkim z myślą o internecie.


Przeniosłeś też na ekran kolejną – po „Gdzie jesteś, Amando” – powieść Dennisa Lehane'a, „Nocne życie”. Na jakim etapie jest ta produkcja?

Jest na etapie montażu. Jak tylko wywiążę się ze wszystkich zobowiązań dotyczących „Batman v Superman”, biegnę się tym zająć. Nadawanie filmowi ostatecznego kształtu to długi i żmudny proces, nie mówiąc już o tym, że to także huśtawka emocjonalna. Są takie chwile, kiedy człowiek znajduje w nakręconym materiale taką scenę, która wydaje się absolutnie genialna i znakomicie wzbogaca całą historię, nawet jeśli trzeba przy okazji zmienić kolejność sekwencji. Przez moment jest bosko. A potem przychodzą długie okresy załamania, kiedy nic nie wychodzi, zmontowane fragmenty nie układają się w żadną całość i trzeba wszystko wyrzucić i zacząć od nowa. Więc jest nad czym pracować, jest nad czym łamać głowę. Przed nami jeszcze sporo harówki. Zwłaszcza że bardzo podoba mi się to, co nakręciliśmy, i bardzo niechętnie cokolwiek bym wycinał. A niestety skróty są konieczne, bo inaczej film będzie za długi i nikt nie będzie chciał go obejrzeć. Wszystko jest jeszcze w rozsypce i tak naprawdę nie mam pojęcia, kiedy uda nam się skończyć. Nie wiem jeszcze, kiedy „Nocne życie” wejdzie na ekrany, ale na pewno spotkamy się za jakiś czas, żeby o nim porozmawiać.

Wskoczyłeś na szczyt już na samym początku kariery dzięki „Buntownikowi z wyboru”. I przez te wszystkie lata nie dałeś się zepchnąć. Odnosisz sukcesy jako aktor, reżyser, producent… Tylko ci pogratulować!

Bez przesady, nie zacząłem kariery od wskoczenia na szczyt. Zacząłem od rozwożenia pizzy (śmiech). Jeśli mogę mówić o jakichś sukcesach, to przede wszystkim dlatego, że nie myślę o swoim zawodzie w kategoriach wyścigu szczurów. Nie mam ochoty kręcić byle jakich filmów tylko dlatego, żeby utrzymać swoją pozycję. To nie dla mnie. Chcę zajmować się takimi projektami, które wydają mi się interesujące, które w jakiś sposób mnie rozwijają. Cały czas czekam na nowe wyzwania, ciągle myślę, o czym by tu zrobić następny film, żeby było jeszcze ciekawiej. Mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem: nie dość, że kocham to, czym się zajmuję, to jeszcze mam okazję współpracować z fantastycznymi ludźmi. Czysta przyjemność. Czego tu można więcej chcieć?

Masz już Oscara i Złoty Glob za najlepszy scenariusz, tak samo za najlepszy film. Teraz pora na statuetki za najlepszą rolę?

To ty decydujesz, przynajmniej jeśli chodzi o Złote Globy! (dziennikarka jest jedyną Polką, która zasiada w kapitule nagród - przyp. red.) Jeśli chcesz mi dać nagrodę, to proszę bardzo, nie mam nic przeciwko temu. Ty tu rządzisz!



[Yola Czaderska-Hayek]