Sandra Bullock gościem Yoli



8 kwietnia do polskich sklepów trafiło wydanie Blu-Ray i DVD filmu „Kryzys to nasz pomysł” z Sandrą Bullock w roli głównej. Aktorka wciela się w nim w postać Jane "Calamity" Bodine, wypalonej zawodowo konsultantki, która przyjeżdża do Boliwii, aby wesprzeć w kampanii jednego z kandydatów do najważniejszego stanowiska w państwie. Aktorka w rozmowie z naszą amerykańską korespondentką Yolą Czaderską-Hayek opowiedziała, czy prywatnie jest związana ze światem polityki, dlaczego zabiegała o rolę w tym filmie i w jaki sposób odnosi się do bieżących wydarzeń w Stanach Zjednoczonych.

Yola Czaderska-Hayek: W swoim najnowszym filmie, „Kryzys to nasz pomysł”, wkraczasz do świata polityki. Na ile jest ci to bliska dziedzina?

Sandra Bullock: Na polityce nie znam się prawie wcale. Może dlatego, że postrzegam ją głównie jako wielką, niekończącą się grę w szachy. Tak naprawdę nie chodzi o to, kto wygłasza przemówienie i pokazuje się w telewizji, ale o to, kto kryje się w cieniu i pociąga za sznurki. Jak w porządnym serialu telewizyjnym, mamy szare eminencje i czarne charaktery. W takim ujęciu polityka potrafi być fascynująca.

Dlatego właśnie postanowiłaś zagrać w „Kryzysie”?

Prawdę mówiąc, nie miałam w ogóle ochoty w niczym grać. Akurat skończyłam pracę nad dużym projektem i chciałam trochę odpocząć, posiedzieć w domu i pobyć z dzieckiem. Tak się złożyło, że obejrzałam wtedy dokument o Jeźdźcach Wolności – Freedom Riders [grupa aktywistów, którzy w latach 60. ubiegłego wieku sprzeciwiali się segregacji rasowej w autobusach na południu Ameryki – Y. Cz.-H.]. Była wśród nich dziewczyna, która jako pierwsza w rodzinie dostała się do college'u. I mimo to wolała porzucić szkołę, by wziąć udział w czymś, co uważała za ważne dla swojego kraju. Pomyślałam sobie wtedy: „Kto dzisiaj byłby zdolny do takiego poświęcenia?”. Przecież ona nie mogła wiedzieć, co przyniesie ten protest, ryzykowała wszystkim. Zrezygnowała z widoków na wygodną przyszłość, aby walczyć o coś, co mogło się nawet nie dokonać za jej życia. Zainspirowała mnie ta historia. Doszłam do wniosku, że warto wziąć na warsztat jakiś ciekawy scenariusz o podobnej tematyce. Obiło mi się o uszy, że George [Clooney – Y. Cz.-H.] i Grant [Heslov – Y. Cz.-H.] produkują film o wyborach w Boliwii. Natychmiast skojarzyło mi się to z dokumentem o Freedom Riders, bo Boliwijczycy niemal codziennie uczestniczą w jakichś pokojowych manifestacjach, ciągle przeciwko czemuś protestują, chcą, aby świat usłyszał ich głos. Zainteresowałam się więc tym tematem. Poprosiłam o scenariusz do przeczytania. Okazało się jednak, że postać, którą mogłabym zagrać, w oryginalnej wersji była mężczyzną.

Poprosiłaś o zmianę płci?

Tak. Spytałam, czy mogą to dla mnie zrobić i czy przerobią bohatera na kobietę. Wbrew pozorom nie było z tym większego problemu. Nawet nie trzeba było za bardzo zmieniać dialogów. Właściwie tylko w jednej scenie dodaliśmy coś nowego. Billy Bob Thornton gra w filmie mojego przeciwnika, Candy'ego. Pojawia się między nami nie tylko rywalizacja, ale także coś w rodzaju fascynacji. Oboje toczą bezwzględną walkę, którą komentują postacie z drugiego planu. Jedna z nich mówi o Candym: „Ale ją wyru...ł”. Do tej kwestii dopisaliśmy odpowiedź: „Dosłownie czy w przenośni?”. Chodzi o to, aby nie było wiadomo do końca, czy Candy spiep…ł mojej bohaterce karierę, czy też piep…ł się z nią rzeczywiście. Zależało mi na tej niejednoznaczności. Nie było jej w pierwotnej wersji, kiedy walczyli ze sobą dwaj mężczyźni. To tak naprawdę jedyna poważniejsza zmiana w scenariuszu.


Niedługo wybory prezydenckie w USA. Twój film ukazuje się w idealnym momencie.

Podczas zdjęć w ogóle nie braliśmy pod uwagę, że nadchodzą wybory. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że dzieli nas od nich niewiele czasu, ale nie nastawialiśmy się na to, by nasz film miał z nimi cokolwiek wspólnego. To, że ukazał się akurat teraz, to wyłącznie przypadek.

Teraz, kiedy dzięki „Kryzysowi” poznałaś już trochę kulisy świata polityki, z jakim nastawieniem podchodzisz do wyborów? Z nadzieją, czy może raczej z obrzydzeniem?

Ze wszystkim naraz (śmiech). Od wielu lat do każdych wyborów podchodzę w jednakowym stopniu z nadzieją i obrzydzeniem. Jak już mówiłam, polityka kojarzy mi się głównie z grą w szachy, szczególnie dzisiaj, kiedy tak naprawdę niczego nie można już ukryć. Nie chodzi nawet o kandydatów, bo to, że wszystkie ich tajemnice prędzej czy później wyjdą na jaw, wiadomo już od dawna. Rzecz w tym, że teraz nawet ci wszyscy specjaliści, konsultanci i doradcy, którzy do tej pory kryli się w cieniu, są postaciami publicznymi. Wszyscy doskonale wiedzą, kto prowadzi czyją kampanię i za jakie sznurki pociąga. Nie ma już nietykalnych ludzi, każdego można prześwietlić. I na każdego znaleźć haka. Domyślam się, że dla niektórych rozgrywki pomiędzy sztabami wyborczymi mogą być fascynujące, ale nie dla mnie. Nie mam ochoty oglądać tego prania brudów. Tak samo, jak ktoś się wywraca na skórce od banana – nie mogę na to patrzeć, czuję zażenowanie. Niestety, przed zalewem informacji nie da się uciec. Choćbyś nawet nie chciała, to i tak dowiesz się, jak przebiega kampania i co kandydaci mają do powiedzenia na wszystkie możliwe tematy.


Był kiedyś taki stary dowcip: „Po czym poznać, że polityk kłamie? Po tym, że rusza ustami”. Zgadzasz się z tym?

Często się nad tym zastanawiam. Dzisiejsze czasy są wyjątkowo niebezpieczne dla polityków, ponieważ każda publiczna wypowiedź zostaje natychmiast skontrowana w internecie i mediach społecznościowych. Nawet jeśli jakimś cudem znalazłby się ktoś uczciwy, kto mówiłby, co naprawdę myśli, to i tak prędzej czy później zmieszają go z błotem. To jest wyjątkowo demotywujące, odbiera wszelką chęć do działania. Wielu polityków po prostu boi się wychylać. Niektórzy, zanim napiszą coś na Twitterze, dają swoje teksty do przeczytania asystentom, żeby sprawdzić, czy nikogo przypadkiem nie obrażą. Pojawia się strach przed mówieniem prawdy. Nie ma się co dziwić, że w polityce coraz większą role odgrywają zakulisowi manipulatorzy. Bo w końcu komu miałoby zależeć na tym, aby grać fair?

Nie odnosisz wrażenia, że takich konsultantów, jak tych pokazanych w filmie, jest obecnie coraz więcej? I to nie tylko w polityce.

Oczywiście! Są wszędzie tam, gdzie gra toczy się o wielką władzę i pieniądze. Takich ludzi możesz spotkać we wszystkich korporacjach na całym świecie, choć naturalnie liderem w tej dziedzinie jest nadal Ameryka. Są po prostu niezbędni. A przy tym naprawdę niesamowite jest, że przy całej dość odrażającej naturze tej pracy, są w stanie oddzielić ją od prywatnego życia. Po całym dniu nurzania się w pomyjach wychodzą z biura i natychmiast o wszystkim zapominają. Zostawiają sprawy służbowe za drzwiami. Nie dręczą ich żadne wyrzuty sumienia, żaden kac moralny, nawet jeśli przed chwilą zniszczyli komuś życie. Kłamią, manipulują, intrygują – ale dla nich to jest po prostu zajęcie, z którego się utrzymują. Do tego fachu trzeba się urodzić. To mroczny, bezwzględny świat – może nam się to nie podobać, ale on istnieje. I tacy ludzie są wszędzie.


Może faktycznie nie ma dziś biznesu bez specjalistów od sytuacji kryzysowych. Ciekawi mnie, jak ty sobie radzisz, kiedy coś idzie nie tak?

Kiedy naprawdę wszystko się wali, podchodzę do tego na spokojnie, bez nerwów, natomiast wyjątkowo wkurzają mnie drobiazgi. Ale jak! Na przykład, gdy na kolację jest lasagne, przecież umawialiśmy się, że będzie ryba. Miałam już wszystko zaplanowane, a tu nagle jakiś detal mi się nie zgadza. Niby nic, a jednak irytuje. I nie daje spokoju przez cały wieczór. Na szczęście, kiedy pojawia się jakiś prawdziwy problem, zachowuję spokój.

Jako matka pięcioletniego chłopca masz pewnie za sobą sporo takich sytuacji.

Wbrew pozorom nie tak łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Dopóki mój syn nie choruje i nie robi sobie krzywdy, wszystko jest w porządku. Swoją drogą, parę dni temu omal nie pojechałam z nim do szpitala!

Co się stało?

Graliśmy na podwórku w zbijaka. Trafiłam go mocno piłką, a on potknął się na suchej trawie i przewrócił. Uderzył o ziemię, aż się wystraszyłam, że coś sobie złamał, rękę albo nogę. Już sobie wyobrażałam, jak tłumaczę się pielęgniarkom w szpitalu, a one patrzą na mnie jak na wyrodną matkę. No bo jak by na to nie patrzeć, to rzeczywiście była moja wina. Na szczęście okazało się, że nic mu nie jest. Uf!

Nie miał do ciebie pretensji?

Nie. Mamy w domu taką zasadę, że kiedy ktoś zrobi sobie krzywdę, to należy mu się coś słodkiego. Wtedy też od razu poszliśmy do zamrażarki i wyciągnęliśmy lody. Polecam ten sposób każdemu. Jak dla mnie wszyscy – czy to dzieci, czy dorośli – powinni dostawać słodycze, kiedy nabiją sobie guza albo zrobią siniaka. Zawsze i wszędzie. To się świetnie sprawdza. Od razu świat wygląda lepiej.

Aż przyjemnie na ciebie popatrzeć, kiedy mówisz o swoim synu. Nie potrzeba ci wcale słodyczy, żeby świat był lepszy.

Bo to takie wspaniałe dziecko! Czasami się o niego aż boję. Staram się tłumaczyć mu, że trzeba być uczciwym człowiekiem, trzeba mówić prawdę. I ogarnia mnie strach, że kiedy zacznie samodzielne życie, to go zniszczą. On nie umie kłamać, nie umie nikim manipulować. I to jest w nim cudowne. Fantastycznie nawiązuje kontakt z ludźmi, wiele razy widziałam, jak rozmawia z dorosłymi. Na razie jest dzieckiem, więc wszystko jeszcze przed nim. Muszę przyznać, że kiedy pojawił się w moim domu, nie sądziłam, że będzie nam razem tak wspaniale. Nastawiałam się na to, żeby jakoś przeżyć pierwsze pięć lat, niech pójdzie do przedszkola, a potem się zobaczy. Teraz widzę, że to był dopiero początek, a najlepsze ciągle jeszcze przed nami.

Skoro już jesteśmy przy planach na przyszłość. Czy to prawda, że życie zaczyna się po pięćdziesiątce?

Nie wierzę! Tobie wciąż się chce wałkować ten temat? Ile ja się artykułów o tym naczytałam... A dla mnie to był po prostu kolejny dzień w kalendarzu. Przyszedł, poszedł, nie było o co robić szumu. Jasne, była z tej okazji impreza, ale poza tym? Odetchnęłam z ulgą, że już po wszystkim. Nie robiłam żadnego bilansu, co się w moim życiu zmieniło na lepsze czy na gorsze. Codziennie coś się zmienia, czemu akurat ten jeden dzień miałby być wyjątkowy? Nie przejmuję się rzeczami, które zaprzątały mi głowę, gdy miałam trzydzieści lat, za to nauczyłam się cieszyć tym, co jest dla mnie naprawdę ważne. Mam najcudowniejsze dziecko na świecie, wspaniałe przyjaciółki, rodzinę. Co ma do tego wiek?



[Yola Czaderska-Hayek]