Russell Crowe gościem Yoli



- Nigdy nie zależało mi na tym, aby trzymać się ról jednego typu czy filmów z konkretnego gatunku – mówi Russell Crowe, który wystąpił u boku Ryana Gosslinga w zaskakującej komedii „Nice Guys. Równi goście”. Film w reżyserii Shane'a Blacka spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem w Cannes (czytaj naszą recenzję). W związku z premierą Russell Crowe został przepytany przez naszą amerykańską korespondentkę Yolę Czaderską-Hayek. W rozmowie aktor zdradził, jak pracowało mu się z reżyserem, czy filmowa rywalizacja z Ryanem Gosslingiem wpłynęła na ich relację poza planem zdjęciowym, dlaczego odmawia rozmawiania o dzieciach i w końcu jak udaje mu się pogodzić rolę ojca, aktora i koncertującego muzyka?

Yola Czaderska-Hayek: Muszę przyznać, że twój ostatni film, „Nice Guys. Równi goście”, to dla mnie spore zaskoczenie. Nie sądziłam, że masz taki talent komiczny. Do tej pory kojarzyłam cię głównie z rolami dramatycznymi. Czemu tak długo unikałeś komedii?

Russell Crowe: Bez przesady. Jeśli przyjrzysz się moim dotychczasowym filmom, to w każdym z nich znajdziesz jakieś zabawne momenty. Nigdy nie zależało mi na tym, aby trzymać się ról jednego typu czy filmów z konkretnego gatunku. Po prostu gram w takich produkcjach, jakie mi odpowiadają. A scenariusz „Równych gości” spodobał mi się bardzo. Nie mówiąc już o tym, że to dość nietypowy pomysł na komedię. Cofamy się w czasie do epoki, w której polityczni liderzy Ameryki pogrążyli kraj w chaosie i zaprzepaścili szansę na spokojną przyszłość – dlaczego by się z tego nie pośmiać? Z Shanem Blackiem [reżyserem „Równych gości” – Y. Cz-H.] dogadaliśmy się błyskawicznie. Okazało się, że bawią nas podobne rzeczy. Dał Ryanowi i mnie naprawdę duże pole manewru, za co jestem mu głęboko wdzięczny.

No właśnie, o waszej współpracy z Ryanem Goslingiem krążą już legendy. Podobno na planie „Równych gości” było między wami równie burzliwie, co na ekranie. Ile w tym prawdy? To w końcu wasz pierwszy wspólny film.


Poznaliśmy się dwa lata temu. Ryan był wtedy na fali, jakiś czas wcześniej miał całą serię dobrych filmów: „Drive”, „Kocha, lubi, szanuje” i „Idy marcowe”. Pamiętam, że ukazały się w ciągu zaledwie kilku miesięcy, jeden po drugim. Pomyślałem sobie, że ten chłopak dobrze się zapowiada i może warto byłoby zrobić coś razem. Zadzwoniłem więc, jak to mówią, dla przełamania lodów: „Cześć, Ryan, tu Russell Crowe”. A on na to: „Dzień dobry, panie Crowe. Czekałem, kiedy się pan w końcu odezwie. Najmocniej przepraszam za to, że przez ostatnie dziesięć lat zrzynałem z pana, ile się dało”. (śmiech) No i jak go nie pokochać? Kiedy ktoś przy pierwszym spotkaniu okazuje się tak uroczym facetem, współpraca właściwie układa się sama. Obaj mamy podobne, absurdalne poczucie humoru. Na planie codziennie pokładaliśmy się ze śmiechu. Przy czym, żeby było jasne, to nie polegało na tym, że się obijaliśmy. Ryan traktuje swój zawód śmiertelnie poważnie. Do pracy przychodzi po to, żeby pracować, co dla mnie akurat jest bardzo ważne. Ryan kręci się przy robocie jak mała mróweczka, zadaje mnóstwo pytań, bez przerwy coś analizuje, coś porównuje. Dopatruje się nawiązań do Harolda Lloyda, do Abbotta i Costello, do Gene’a Wildera... To prawdziwy filmoznawca, ma w głowie całą historię kina. A jednocześnie jest na tyle odważny i gotowy do poświęceń, że bez wahania skoczy z dachu, jeśli wymaga tego scena. Fantastycznie się z nim współpracuje.

Łączy was również i to, że oprócz aktorstwa obaj zajmujecie się muzyką. Jak udaje ci się znaleźć czas na koncerty czy nagrywanie płyt?


Z tym faktycznie nie jest łatwo. W pierwszej kolejności jestem tatą, to jest moje podstawowe zajęcie. Na drugim miejscu są filmy. I dopiero kiedy trafi mi się jakaś wolna chwila, mogę pomyśleć o muzyce. Na szczęście jestem w tej dobrej sytuacji, że nie muszę się utrzymywać z grania w zespole, zajmuję się tym wyłącznie dla przyjemności. Nie zależy mi na tym, aby moje kawałki puszczali w radiu, ani żeby albumy wydawała jakaś wielka wytwórnia. Kilka lat temu zaczęliśmy z grupą znajomych dawać koncerty pod hasłem „Indoor Garden Party”. Jest nas pięcioro: Scott Grimes, Samantha Barks, Alan Doyle, no i ja. I jeszcze piąty członek zespołu, Carl Faulk. Ja mieszkam w Australii, Scott w Los Angeles, Samantha w Londynie, Alan w Nowej Fundlandii, a Carl w Szwecji. Więc zebrać się razem na próby to jest dramat. Ale warto, bo naprawdę można wtedy stworzyć coś wyjątkowego. Mamy już sporo materiału i zastanawiam się, co z nim zrobić. Można by wrzucić te nagrania do internetu, ale nie jestem do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Może będzie z tego płyta? Rozmawiam na razie z jedną wytwórnią, ale sprawa się przeciąga. Niestety, wszystko właśnie przez brak czasu. Ale przynajmniej pod jednym względem zdecydowanie jesteśmy do przodu.

Co masz na myśli?

Nie wydajemy ani centa na reklamę. I nie musimy przebijać się do mediów, żeby zaistnieć. Jeśli mamy gdzieś koncert, to po prostu piszę o tym na Twitterze. Inni członkowie również. W ten sposób informacja dociera do zainteresowanych, a bilety rozchodzą się w ciągu piętnastu minut, góra w pół godziny. Nie zawracamy sobie głowy wywiadami, konferencjami prasowymi, a na nasze występy nie przychodzą fotografowie, dzięki czemu możemy spotkać się z publicznością na luzie, w kameralnych warunkach, bez jakiegoś wielkiego zadęcia. Koncertowaliśmy już w Europie, w Kanadzie, w Australii, no i oczywiście w Nowym Jorku, więc z doświadczenia wiem, że ta metoda się sprawdza. Dzięki temu oszczędzamy na czasie, którego i tak nie mamy za dużo. Uwielbiam tworzyć piosenki i występować, ale jak już mówiłem, na pierwszym miejscu jest rodzina, a potem praca w filmach.


Bohater, którego grasz w „Równych gościach”, raczej nie jest miłym facetem, ale nie mogłam nic na to poradzić, że go po prostu lubię. Zastanawiałam się dlaczego i doszłam do wniosku, że ma on w sobie coś z surowego, ale sprawiedliwego ojca.

To zabawne, że wspominasz o tym ojcowskim rysie mojego bohatera, bo moim zdaniem w ogóle go tam nie ma. To złudzenie, miraż. Bierze się chyba stąd, że detektyw, którego gra Ryan, ma córkę i nie bardzo potrafi się z nią porozumieć, podczas gdy mój bohater słucha, co ta panna ma do powiedzenia. Tylko to wcale nie znaczy, że on się w jakimkolwiek sensie nadaje na rodzica! Przecież to jest oprych i brutal, który dba tylko o siebie i zostawia dziewczynę samą na parkingu w środku nocy. To, że w porównaniu z detektywem Ryana sprawia dobre wrażenie, świadczy tylko o tym, jak bardzo porąbany jest świat, w którym toczy się akcja „Równych gości”. (śmiech)

Czy fakt, że sam masz dzieci, sprawił, że wybierasz teraz takie patriarchalne role? Skąd ta zmiana?

Ja żadnej zmiany nie widzę. Od lat jestem taki sam. Ale wiesz co? Teraz, kiedy o to zapytałaś, dociera do mnie, że może faktycznie nadszedł jakiś przełom w mojej karierze. Kiedyś pracowałem tylko z reżyserami starszymi ode mnie. A potem naturalną koleją rzeczy coś się zmieniło, nastąpił pokoleniowy przeskok. I gdzieś tak od „Człowieka ze stali”, wszyscy reżyserzy, których spotykam na planie, są ode mnie młodsi. Cóż, skoro człowiek zagrał już ojca Supermana, to właściwie powinien się tego spodziewać. Na szczęście dla ludzi w moim wieku wciąż jeszcze nie brakuje ról, więc nie mam się o co martwić. Może kiedyś nakręcą remake „Nad złotym stawem”, to się załapię [chodzi o film z 1981 roku, w którym wystąpił 76-letni wówczas Henry Fonda – Y. Cz-H.].

Czy twoi synowie próbują iść w ślady ojca? Zachęcasz ich do tego?

Stawiasz mnie trochę w trudnej sytuacji. Najchętniej rzuciłbym teraz wszystko i opowiadał ci o moich synach przez cały dzień. Ale to, niestety, pozbawiłoby ich prywatności. I mogło narazić na kłopoty w szkole, choćby ze strony innych dzieci. Moi chłopcy wolą na razie nie pchać się na scenę. I niech tak zostanie.

Jakiej rady udzieliłbyś młodym ludziom, którzy marzą o zawodzie aktora?

Ta praca to przede wszystkim powołanie. Jeżeli chcesz zostać aktorem tylko dlatego, że któregoś dnia usiadłeś przed lustrem i uznałeś, że na ekranie będziesz ładnie wyglądać, to lepiej od razu zrezygnuj, bo satysfakcji tu nie znajdziesz. Podobnie, jeśli zależy ci tylko na tym, by zdobyć pieniądze i sławę, odradzam: to nie jest zawód dla ciebie. Jako aktor lepiej niż ktokolwiek inny poznasz smak porażki, odrzucenia. Wejdziesz w świat subiektywnych ocen, z którymi nie do końca będziesz mógł się zgodzić, niektórych może nawet nigdy nie zrozumiesz. Jeśli natomiast szukasz spełnienia w opowiadaniu historii, jeśli czujesz, że chciałbyś uczyć się, poznawać nowe rzeczy, to właśnie wtedy znajdziesz w tej pracy radość. Dużo czytaj, rozwijaj się – z doświadczenia mogę powiedzieć, że ludzie, którzy pochłaniają książki, mają zadatki na dobrych aktorów. Książki poszerzają wiedzę, pobudzają wyobraźnię, pozwalają poznawać emocje, z którymi na co dzień rzadko mamy do czynienia. Młodym ludziom, którzy stawiają pierwsze kroki w tej profesji, polecam na przykład „Siddharthę” Hermana Hessego. Ta powieść znakomicie sprawdza się jako inspiracja. Jeśli po lekturze ktoś przychodzi do mnie z głową pełną pomysłów, interpretacji, to znaczy, że będzie z niego aktor. Jeśli natomiast ktoś ma kłopot z określeniem, o czym ta historia właściwie była, to chyba źle wybrał sobie zawód.


Aż przyjemnie słuchać, jak mówisz o swojej pracy. Ale nie zaprzeczysz, że to dzięki niej masz pieniądze.

Często powtarzam, że gdybym żył w czasach Szekspira, to na pewno podróżowałbym od zamku do zamku z objazdowym teatrem i wystawiał sztuki. Wyobrażam sobie, jak woły ciągną wielki, kolorowy wóz, a ja siedzę na koźle i powożę. I nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności. A że akurat tak się złożyło, że urodziłem się w czasach, w których mój zawód zapewnia całkiem niezłą pozycję, to już inna sprawa. Po prostu łut szczęścia, nie mam na to wpływu. Powiem ci coś w sekrecie, ale nie powtarzaj tego nikomu, bo jeszcze któryś z producentów usłyszy. Tak naprawdę mógłbym grać w filmach nawet za darmo. Serio! Do tego stopnia uwielbiam tę pracę.

A jak poradzić sobie ze sławą? Co doradziłbyś młodszym kolegom?

Nie wiem, czy cokolwiek można tu doradzić. Może ci się wydawać, że wiesz, co zrobić, gdy nagle znajdziesz się w centrum zainteresowania, ale tak naprawdę nic nie jest w stanie cię na to przygotować. W dodatku każdy przeżywa to inaczej, reaguje inaczej, więc nie ma jednej złotej zasady. Mogę polegać wyłącznie na własnym doświadczeniu, bo jak wiesz, kilkanaście lat temu znalazłem się w dołku. Nie byłem w stanie znieść tego życia na widoku, więc po prostu zniknąłem na rok. Nie jestem pewien, czy to było dobre rozwiązanie. Do dziś mam wątpliwości, że może zbyt szybko się poddałem i pozwoliłem, aby przygniotło mnie to ciśnienie. Ale na szczęście teraz, kiedy jestem już starszy, mam już do tego zjawiska spory dystans. Moja praca daje mi dużo radości, a na inne rzeczy nie zwracam uwagi. Więc jeśli rzeczywiście miałbym udzielać jakiejś rady, to byłaby ona taka: ciesz się tym, co masz. Bo tak naprawdę, i dotyczy to każdego bez względu na profesję, tylko od ciebie zależy, czy będziesz szczęśliwy. Skup się na tym, ile dobrego daje ci twój zawód i nie przejmuj się całą resztą. Szczęście to twój wybór.



[Yola Czaderska-Hayek]