Travis Fimmel gościem Yoli



 

Travis Fimmel zagrał już w kilkunastu filmach, jednak światową sławę przyniosła mu dopiero główna rola w serialu „Wikingowie”. Po tym przełomie 36-letni Australijczyk został zaangażowany do wielkiego przedsięwzięcia, jakim jest „Warcraft: Początek”. W rozmowie z naszą amerykańską korespondentką Yolą Czaderską-Hayek gwiazdor opowiedział, czy nie ma już dość biegania z mieczem w dłoni, jaki jest jego stosunek do gier komputerowych oraz dlaczego nie lubi blasku fleszy i pokazywania się w modnych klubach.
 

Yola Czaderska-Hayek: Sądziłam, że po „Wikingach” będziesz już miał dość biegania z mieczem i dla odmiany zagrasz w jakiejś komedii romantycznej na Bahamach. A tu proszę, kolejna produkcja, w której wcielasz się w dzielnego wojownika! Czemu zdecydowałeś się akurat na „Warcraft: Początek”?

Travis Fimmel: Ze względu na reżysera. Duncan Jones to wspaniały filmowiec i bardzo chciałem pracować właśnie z nim. Poza tym podobał mi się scenariusz, jak również fakt, że akcja toczy się w baśniowym królestwie. Odebrało mi mowę z wrażenia, gdy zobaczyłem, jak ta kraina wygląda na ekranie. To niesamowite, co dzisiaj można stworzyć w komputerze. Przede wszystkim jednak wciągnęła mnie historia. To opowieść o zmaganiach dwóch ras – ludzi i orków. Ważne jest to, że nie mamy tu do czynienia z klasycznym podziałem: jedni są dobrzy, a drudzy źli. Po obu stronach występują zarówno pozytywni bohaterowie jak i czarne charaktery. No a poza tym „Warcraft” to sprawdzona marka na rynku gier komputerowych. Trudno o lepszy tytuł.

Jak porównałbyś wrażenia z planu „Warcraft” z realizacją „Wikingów”?

Są pewne podobieństwa. W obydwu produkcjach moi bohaterowie mają dzieci, które bardzo kochają. I obydwaj starają się przetrwać w trudnych warunkach. Nie wiem, czy można to uznać za wspólny temat, bo na dobrą sprawę prawie każda historia opowiada o konieczności przetrwania. Z kolei główna różnica to oczywiście fakt, że w „Wikingach” wszystko wygląda realistycznie, w zgodzie ze źródłami historycznymi, a „Warcraft” to czysta fantastyka.


Co sprawiło ci największą trudność podczas kręcenia filmu?

W trakcie pracy nie myślałem może tyle o trudnościach, co raczej o wyzwaniach, którym powinienem sprostać. W zawodzie aktora podoba mi się to, że ciągle można nauczyć się czegoś nowego. Człowiek nieustannie poszerza swoje możliwości. Ale żeby odpowiedzieć na twoje pytanie: najwięcej kłopotów sprawiała mi zbroja. Trzeba było czterech ludzi, żeby ją na mnie założyć, i trzech, żeby zdjąć. Sam na pewno nie dałbym sobie rady.

A najprzyjemniejszy moment?

Pocałowałem Paulę Patton. Ale z tego, co słyszałem, podobno ta scena wyleciała w montażu. Szkoda. Nie miałem dotąd pojęcia, że podobają mi się zielone dziewczyny z wielkimi kłami. Teraz, jak pojadę na Comic-Con, będę się za takimi rozglądał.


Grałeś kiedykolwiek w „Warcraft”?

Nie, u nas w domu nie było takich gier. Rodzice pilnowali, abym pomagał na farmie, zamiast marnować czas na takie zabawy. Poza tym i tak nie mieliśmy komputera, więc nawet nie miałbym na czym pograć. Jako dzieciak bawiłem się głównie na dworze. Nigdy jakoś nie ciągnęło mnie do gier wideo. I teraz, kiedy rozmawiałem z Duncanem na temat mojej roli, zrobiło mi się trochę głupio. Bo wyszło na to, że jestem jedynym człowiekiem na świecie, który nigdy nie grał w „Warcraft”. Aż wstyd. Oczywiście teraz już wiem, na czym ta gra polega i muszę przyznać, że ma w sobie coś niesamowicie uzależniającego. Aż się chce wejść do tego świata i zostać w nim. Mam nadzieję, że fani „Warcraft” będą się podobnie czuli, oglądając nasz film.

Ciekawa jestem, czy ktoś z ekipy okazał się zapalonym graczem.

Rob Kazinsky, który gra Olgrima, jednego z orków, jest w pierwszej dziesiątce graczy w „World of Warcraft” (premiera 2004 rok). W pierwszej dziesiątce! A mówimy o grze, w którą gra sześćdziesiąt milionów ludzi. Czy też, jak ostatnio gdzieś słyszałem, nawet sto. Rob wie o świecie „Warcraft” absolutnie wszystko. Jest chodzącą encyklopedią. Parę razy na planie nawet ochrzanił mnie, kiedy z jego fanowskiej perspektywy zrobiłem coś nie tak. To właśnie on pokazał mi, jak bardzo „Warcraft” potrafi uzależnić. I choć nadal nie wiem, jak można poświęcić tyle czasu jednej grze, to jestem pod wrażeniem jego pasji. Skoro wciągnęło się w nią tyle osób we wszystkich krajach, to coś w niej musi być.

Lubisz fantasy? Czy do tego też cię nie ciągnie?

Fantazjuję głównie o kobietach (śmiech). „Warcraft” to moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem. Nigdy jeszcze nie kręciłem filmu z tak bogatą scenografią, z tyloma komputerowymi efektami. Jeśli komuś podobał się „Avatar” czy „Władca Pierścieni”, to koniecznie powinien wybrać się do kina. Najlepiej na seans w 3D. To dopiero jest jazda!

Wspomniałeś, że wychowałeś się bez komputera. A dziś dzieciaki, zamiast biegać po dworze, siedzą tylko nad smartfonami czy tabletami. Co o tym myślisz?

Jeżeli im z tym dobrze, to nic mi do tego. Niech się bawią jak chcą, przynajmniej nie spieką się na słońcu.

Jestem pod wrażeniem choreografii scen walki. To jakiś specjalny styl? Na ekranie podczas pojedynków poruszasz się niemalże tanecznym, baletowym krokiem.

Naprawdę? To musiało mi wyjść niechcący. Zapewniam cię, że tańczyć nie umiem za cholerę (śmiech). Może to stąd, że starałem się wykonywać wszystkie ruchy płynnie, bez gwałtownych szarpnięć. A może to przez tę zbroję? Pewnie chodziłem jakoś inaczej, kiedy miałem ją na sobie. Przykro mi cię rozczarować, ale to naprawdę nie był efekt zamierzony. Choć oczywiście miło słyszeć, że ruszam się jak baletnica.


Duncan Jones twierdzi, że „Warcraft” to jego hołd dla spaghetti westernów. Podobno uwielbia ten gatunek, szczególnie filmy Sergio Leone. Rozmawialiście na ten temat?

Nie, nie miałem o tym pojęcia. Dobrze, że mi mówisz, zapytam go o to przy najbliższej okazji. Ja też kocham westerny, zwłaszcza te z Clintem Eastwoodem. To jest moje marzenie: jak najczęściej występować w westernach. I jak najwięcej jeździć konno. Na planie „Warcraft” też mieliśmy dużo koni, co mnie bardzo cieszy, z tym, że były to głównie konie pociągowe, wyższe od wierzchowców o jakieś dwadzieścia centymetrów. Wyglądają fantastycznie, tylko trudno się na nich jeździ. W sumie nie byłoby tak trudno wyobrazić sobie mojego bohatera jako samotnego kowboja z filmu Sergia Leone. Może tylko z tą różnicą, że u Sergia raczej nie miałbym okazji przejechać się na gryfonie.

Mówisz o tym stworzeniu, które wygląda jak skrzyżowanie konia z orłem?

Tak. Niby już mam swoje lata, ale podczas kręcenia scen z gryfonem bawiłem się jak małe dziecko.

Czyżbyś jako chłopiec marzył o tym, by zostać rycerzem?

Zdziwisz się, ale nie. Nigdy nie chciałem zostać rycerzem. Bałem się, że zabiją mnie gdzieś w jakiejś bitwie. Bardziej ciekawią mnie bohaterowie, którzy mają jakieś wady, niedoskonałości. No i z tego, co widzę, tacy bardziej podobają się dziewczynom.

Wieku może ci nie będę wypominać, ale jak na aktora dosyć późno objawiłeś się światu. Uznałeś, że do kariery trzeba dojrzeć?

Nie, wszystko przez to, że wcześniej miałem pryszcze na twarzy. No i próbowałem załatwić sobie karierę przez łóżko, ale ciągle trafiałem na niewłaściwych ludzi. (śmiech) Rzeczywiście, długo to trwało, ale w końcu jestem.


No dobrze. A na serio?

Kompletnie wykładałem się na castingach. Naprawdę! Tak już mam, że na przesłuchaniach od razu zjadają mnie nerwy i jestem do niczego. Większość ról zdobyłem, wysyłając taśmy z nagranym materiałem. Po prostu nie jestem w stanie występować przed ludźmi. Najchętniej od razu schowałbym się gdzieś pod ziemię. Nie wiem, może brakuje mi doświadczenia. Może gdybym występował w filmach od dzieciństwa, zdążyłbym już się na to uodpornić. Ale zacząłem dosyć późno, w wieku dwudziestu jeden lat. I ciężko mi szło, oj, ciężko. Powinienem się cieszyć, że w ogóle ktoś chce mi dawać pracę.

Czy chcesz tego, czy nie – jesteś już gwiazdą. Choć mam wrażenie, że robisz wszystko, by nie zabiegać o popularność.

Bo to jest tak: zawód aktora składa się jakby z dwóch części. Pierwsza to sama, czysta robota: człowiek wchodzi na plan, dostaje zadanie, wykonuje je i płacą mu za to. Krótko i konkretnie, tak jak lubię. A druga rzecz to otoczka towarzysząca tej pracy. Całe to lansowanie się w mediach i klubach. Zdążyłem już napatrzyć się na ludzi, którzy w wolnym czasie, zamiast odpoczywać albo pobyć trochę z bliskimi, łażą do jakichś modnych miejsc tylko po to, żeby ktoś ich tam zobaczył. Nawet jeśli nie dostaną żadnej roli, to przynajmniej ktoś napisze o nich w internecie. Ja się do tego nie nadaję. Najchętniej po prostu zrobiłbym swoje, a potem zmykał do domu. Niestety, nie zawsze tak się da. W kontrakcie na ogół mam napisane, że oprócz grania w filmie muszę jeszcze brać udział w kampanii promocyjnej. I między innymi udzielać wywiadów. I wtedy dopiero wiem, co to znaczy ciężko zarobione pieniądze.

No wiesz, dziękuję ci bardzo.

Nie bierz tego do siebie, proszę. Chodzi o to, że strasznie się spinam podczas wywiadów. I bardzo często nie wiem, co powiedzieć. Po każdej rozmowie myślę sobie: uf, koniec, przeżyłem! Najlepiej byłoby, gdybyś do pytań od razu miała dołączone gotowe odpowiedzi. Przynajmniej nie musiałbym się męczyć.

Powiedziałeś, że nie lubisz w wolnym czasie chodzić do modnych miejsc. Co więc robisz, kiedy nie pracujesz?

Najchętniej zaszywam się na farmie u rodziców. Jeżdżę konno, zajmuję się gospodarstwem. Czasem coś tam zrobię w drewnie, na przykład jakieś meble. Albo szopę. Proste, konkretne rzeczy. Postawić dom, naprawić samochód – proszę bardzo, to coś dla mnie. Wolę to niż kiedy mówią, że tańczę jak baletnica (śmiech). Szkoda tylko, że tak naprawdę mam na to wszystko bardzo mało czasu. Przez ostatnie cztery lata prawie w ogóle nie byłem w Australii. Utknąłem w Irlandii, gdzie kręcimy „Wikingów”. Mam tam piękny dom nad jeziorem, więc nie jest najgorzej. Bez przerwy mnie nosi gdzieś po świecie, jeżdżę z planu na plan. Nawet na wakacje nie robię żadnych planów, bo już mi się kroi jakaś robota. Ale może uda się pojechać na trochę do domu w czerwcu, może w lipcu. I jak będzie okazja, to jeszcze we wrześniu. Wariackie jest takie życie w rozjazdach. Ale w sumie nie powinienem narzekać, bo z tego są pieniądze.


Czy to prawda, że wystąpisz w remake’u „Na zachodzie bez zmian”?

Mam taką nadzieję. Jeśli dadzą mi rolę niemieckiego żołnierza, to już sobie wyobrażam tę pracę nad akcentem! (śmiech) Kręcić pewnie będziemy w Luizjanie, choć pewnie do Europy też pojedziemy. Wszystko zależy od budżetu.

Chciałabym jeszcze wrócić do „Warcraft”. Film ma otwarte zakończenie. Czy to znaczy, że szykuje się kolejna część? Albo może nawet trylogia?

Tak. Mam już zaklepany udział we wszystkich częściach. Liczę na to, że ludziom spodoba się film i dzięki temu powstaną następne. Przynajmniej będę miał okazję znów pocałować Paulę!



[Yola Czaderska-Hayek]