Harrison Ford gościem Yoli




"Blade Runner 2049" to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów 2017. Ponad 80 proc. użytkowników biorących udział w sondzie WP chce obejrzeć go w kinie. Nic dziwnego, recenzenci po pokazach przedpremierowych mnożyli superlatywy. A co o filmie myśli Harrison Ford? Jak wyobraża sobie Los Angeles w 2049 r. i czy w przyszłości zobaczymy go jeszcze filmach akcji? Gwiazda "Blade Runnera 2049" została przepytana przez naszą hollywoodzką korespondentkę, Yolę Czaderską-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: Po 35 latach znów wcieliłeś się w Ricka Deckarda, bohatera niezapomnianego "Blade Runnera". Powróciły wspomnienia?

Harrison Ford: Nie należę do ludzi, którzy dają się ponieść nostalgii. Owszem, sentymenty czasem biorą górę, ale z reguły nie staram się żyć przeszłością. Nie rozpamiętuję dawnych czasów, wolę cieszyć się tym, co jest tu i teraz. Oczywiście miło było wrócić i do filmowego świata, i do bohatera. Cieszę się, że dostałem taką szansę. Scenariusz pozwolił mi pokazać, co stało się z tą postacią po 35 latach, przedstawić jej inne oblicze. Nowy "Blade Runner" to nie tylko nakręcone z rozmachem widowisko, ale także pełna emocji, psychologicznie pogłębiona opowieść. Dla aktora taka rola to czysta przyjemność.

Gdybyś to ty miał spędzić 35 lat w samotności, co byś ze sobą zabrał?

Wziąłbym psa. Tak samo, jak w filmie (śmiech). Choć wolałbym nie mówić o tym, co działo się z moim bohaterem przez cały ten czas, aby za wiele nie zdradzać. W tej opowieści jest wiele sekretów, które najlepiej odkryć samemu. Generalnie, jeśli miałbym dokądkolwiek się udać na jakiś dłuższy czas, to wolałbym, żeby moim towarzyszem był pies. Raczej nie kot.

Ile psów masz w domu?

Miałem cztery. Teraz mam trzy.

Dajesz im do picia whisky jak Deckard? (śmiech)

Nie, to prawdziwe psy, nie sztuczne. Raczej nie zniosłyby tego dobrze. A poza tym nie mam w domu aż tyle whisky.

W obydwu częściach "Blade Runnera" pojawia się temat sztucznych istot, przede wszystkim replikantów stanowiących ulepszoną wersję ludzi. Nie sądzisz, że dzisiaj stworzenie takich androidów jest coraz bardziej możliwe?

Chciałbym jedną rzecz sprostować, szczególnie na użytek osób, które nie widziały pierwszego filmu. Replikanci nie są robotami, nie są też mechanicznymi konstrukcjami. Pod względem biologicznym nie różnią się niczym od ludzi. Równie dobrze na przykład ty mogłabyś być replikantką. Zakładam w tej chwili, że nią nie jesteś (śmiech), ale absolutną pewność mógłbym uzyskać dopiero z pomocą odpowiedniej aparatury. Jedyne, co odróżnia replikanta od człowieka, to kwestia pochodzenia. Replikanci nie zostali powołani do życia w tradycyjny sposób, jaki wszyscy znamy i lubimy. Stworzono ich w laboratorium albo wyprodukowano w korporacji medycznej. Stanowią towar, czyjąś własność opatentowaną znakiem firmowym. I rzeczywiście ta wizja, którą pokazaliśmy w "Blade Runnerze", jest coraz bliższa spełnienia, co brzmi złowieszczo. Przy dzisiejszym rozwoju technologii, a także wiedzy na temat inżynierii genetycznej i możliwościach ludzkiego DNA, właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć sobie człowieka w laboratoryjnej zlewce. Na dobrą sprawę jedyne, co nas jeszcze powstrzymuje, to ograniczenia natury moralnej. Ta moralność sprawia, że nie przekroczyliśmy jeszcze granic człowieczeństwa. Nauka bez wątpienia idzie do przodu, pytanie tylko, do jakiego stopnia wolno nam korzystać z jej owoców. I jakim celom miałoby to służyć.

Świat "Blade Runnera" to nie tylko replikanci, ale także katastrofa ekologiczna. W pierwszej części temat był tylko delikatnie zasygnalizowany, w drugiej widać już o wiele wyraźniej tragiczne skutki zawalenia się ekosystemu. Wiem, że kwestia ochrony przyrody to temat bardzo ci bliski. Nadal udzielasz się we władzach organizacji Conservation International? [organizacja non-profit istniejąca od 1987 r. – Y. Cz.-H.]

Wolałbym, prawdę mówiąc, rozmawiać o filmie niż o sobie, ale pojawia się akurat okazja, żeby połączyć oba tematy. Po pierwsze, tak, nadal jestem w Conservation, nic się nie zmieniło. Po drugie, co mi się akurat bardzo podoba w "Blade Runnerze", nie jest to film z gotowym przesłaniem, nie wbija widzowi na siłę nic do głowy. Temat katastrofy ekologicznej przewija się w tle jako jeden z elementów świata przyszłości. Nie mówi się o nim wiele – po prostu obserwujemy na własne oczy, jak wygląda środowisko w stanie niemal kompletnej dewastacji. Nie ukrywam, że mojej organizacji zależy na tym, by do takiego stanu nie dopuścić. Zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że o ile przyroda może istnieć bez nas, to my bez przyrody istnieć nie możemy. Po prostu nie przeżyjemy. Dlatego właśnie działalność na rzecz ochrony środowiska to tak naprawdę działalność na rzecz ochrony ludzkości. W "Blade Runnerze" doskonale widać, jakie skutki może nieść ze sobą lekceważenie tego problemu. Nieodwracalne zmiany w środowisku mogą mieć tragiczne konsekwencje dla człowieka.

Jak wyobrażasz sobie Los Angeles w 2049 r.?

Marzy mi się miasto, w którym każdy ma dach nad głową, wyrównane szanse, a także dostęp do nieskażonego, czystego środowiska naturalnego.

Obawiam się, że ta wizja ma niewiele wspólnego z nowym "Blade Runnerem". W twoim filmie przyszłość jawi się raczej w czarnych barwach.

Chciałbym zaznaczyć, że historia, którą oglądamy w filmie, to tylko niewielki wycinek tego świata przyszłości. O wielu rzeczach się nie wspomina, niektóre – jak już mówiłem – funkcjonują głęboko w tle. To jest oczywiście niezwykle bogate tło, dzięki czemu rozmaite elementy drugiego planu mają szansę zapaść widzom w pamięć. Choć przyszłość istotnie nie wygląda najlepiej, warto podkreślić, że przesłanie naszej historii zawiera jednak pewną nutę optymizmu. Pokazujemy, że jednym z istotnych składników człowieczeństwa jest ciekawość prowadząca ku nowym poszukiwaniom. Jest w człowieku pragnienie sprawiedliwości, a także odwaga i prawość. Nie chcieliśmy, by nowy "Blade Runner" był nijakim produktem w ładnym opakowaniu. Wolimy zabrać widzów w podróż pełną emocji, aby wraz z bohaterami odkrywali tajemnice filmu. Aby zadawali sobie pytanie, gdzie kończy się człowieczeństwo – o ile to nie brzmi zbyt pretensjonalnie. Zależy nam, by dla widzów nasz film stanowił emocjonalne wyzwanie, a trudno o lepsze do tego miejsce niż kino. Gdy siedzi się w ciemnej sali wśród obcych osób i ogląda się wraz z nimi to samo i przeżywa się to samo, to doświadczenie pozwala stworzyć jedyną w swoim rodzaju więź między ludźmi. Po to zresztą opowiada się historie: byśmy mogli zrozumieć, jak wiele zależy od tego, co nas nawzajem łączy.

Czy jakieś dzieło sztuki zrobiło ostatnio na tobie podobnie silne wrażenie? Niekoniecznie zaraz film, może być książka czy muzyka.

Niedawno, kiedy byliśmy w Hiszpanii, udało się znaleźć chwilę na wycieczkę do muzeum. Widziałem czarno-biały obraz Picassa, "Guernica". Niezwykła rzecz, niesamowite malowidło.

Czyj to był pomysł, by wybrać się do muzeum?

Ryana. Nigdy nie widział tego obrazu na własne oczy, a zawsze o tym marzył. Zbieraliśmy się już na lotnisko, kiedy nagle zaproponował, by może pójść obejrzeć "Guernicę", skoro jest okazja. Muzeum było zamknięte, ale otworzyli je specjalnie dla nas. Jaka to przyjemność móc zwiedzać galerię sztuki i nie musieć przeciskać się przez tłum! W takich sytuacjach uświadamiam sobie, że dzięki swojej pracy zjeździłem już kawał świata, ale tak naprawdę niewiele widziałem, ponieważ takie wyprawy w ramach kampanii promocyjnych polegają głównie na tym, że jedzie się w wyznaczone miejsce, robi swoje, a potem wraca się do hotelu. A pokoje hotelowe wszędzie na świecie wyglądają tak samo. Podczas tych wyjazdów nie ma właściwie miejsca na zwiedzanie, na tak zwany czas wolny. Wszystko odbywa się pod ścisłą kontrolą, cały rozkład zajęć jest z góry ustalony. Naszym zadaniem jest zachęcanie widzów, by obejrzeli nasz film, ale jednocześnie musimy bardzo uważać na to, co mówimy, by nie zdradzić zbyt wiele. Tego rodzaju okazje, jak nasza wycieczka do muzeum, zdarzają się niezwykle rzadko, dlatego tym bardziej się cieszę, że mogliśmy sobie na to pozwolić.

Niedawno Liam Neeson oznajmił, że zamierza wycofać się z udziału w filmach akcji. Tymczasem przyjrzałam się zapowiedziom twoich kolejnych ról i zobaczyłam niemal wyłącznie akcyjniaki.

Nie powiedziałbym. To nie są wyłącznie filmy akcji. Przede wszystkim nie uważam "Indiany Jonesa" – bo domyślam się, że do tego głównie pijesz – za kino akcji. "Indiana Jones" to o wiele więcej niż tylko pościgi i strzelaniny. Ta seria właściwie stanowi odrębny gatunek. Co więcej, nigdy nie przyjąłem żadnej roli z nastawieniem, że będzie to film akcji. Nigdy nie interesował mnie jeden, konkretny gatunek. Zawsze ceniłem sobie to, że mogę zaprezentować się widzom w rozmaitych rolach, między innymi także w dramatycznych. Jeśli cenisz sobie poważne kino, to myślę, że w moich kolejnych filmach na pewno coś dla siebie znajdziesz.

Sprawiasz wrażenie, że czas się ciebie nie ima. Ostatnio David Attenborough, który ma, jak pewnie wiesz, 92 lata, udzielał wywiadu BBC. Zapytany, na ile lat się czuje, odpowiedział: na 51. A na ile lat ty się czujesz?

Na 51. (śmiech) Tyle mi odpowiada. Chcę być kimś takim, jak David Attenborough, kiedy dorosnę. A poza tym jestem szczęśliwym człowiekiem, pewnie dlatego wyglądam zdrowo.

Wciąż pilotujesz samolot?

Tak, oczywiście. Latanie to nadal bardzo ważna część mojego życia. Uwielbiam towarzyszące mu emocje, wyzwania i to niezwykłe połączenie swobody i odpowiedzialności. Zdaję sobie sprawę, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci technika poszła bardzo do przodu i dzisiaj pilotowanie samolotu wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Ale to zbyt skomplikowany temat, by się teraz w niego zagłębiać.

W ciągu ostatnich lat przypomniałeś widzom swoje najpopularniejsze role. Był już Indiana Jones, był Han Solo, teraz na ekran wrócił Rick Deckard. Wspominasz czasem, jak zaczęła się twoja kariera i jak długą drogę przeszedłeś?

W takich sytuacjach przypomina mi się rada, jakiej udzielił mi przed laty Mike Nichols, wspaniały i pełen poczucia humoru człowiek. Powiedział: "Nie pozwól, by zrobili z ciebie przedmiot". To samo dzisiaj powtarzam młodszym aktorom: żeby nie stali jak kołki przed kamerą, tylko na coś się przydali. Miałem to szczęście, że na swojej drodze napotkałem mnóstwo fantastycznych, nadzwyczajnych ludzi, którzy dali mi szansę na spełnienie marzeń i osiągnięcie rzeczy, których nawet nie śmiałbym sobie wyobrazić. Dzięki nim znalazłem zajęcie, które daje mi w życiu szaloną satysfakcję i jest bez porównania lepsze od normalnej pracy. Oczywiście, czasami nie obyło się bez ryzyka… ale skoro dziś tu jestem i rozmawiam z tobą, to znaczy, że jakoś się udało.

Mam nadzieję, że zobaczymy się na początku przyszłego roku na Złotych Globach. Przed nami jubileuszowa, 75. edycja. Masz jakieś cenne rady dla tych, którzy wybiorą się po raz pierwszy?

No cóż, to znakomite miejsce, by poznać przyszłą żonę. Warto więc zaryzykować.Chyba że ktoś już jest żonaty [Harrison Ford poznał Calistę Flockhart właśnie na gali Złotych Globów – Y. Cz.-H.] (śmiech)



[Yola Czaderska-Hayek]